środa, 17 sierpnia 2016

Więcej optymizmu! Dundalk FC na horyzoncie

           



           
           Dawno mnie tu nie było… Nadszedł jednak najwyższy czas, aby naprostować wszystkich piłkarskich pesymistów, żyjących w naszym pięknym kraju. Od kilku dni słyszę bowiem, że Legię z Irlandczykami czeka niezwykle ciężka przeprawa. Dziennikarze trąbią na lewo i prawo, że choć awans jest obowiązkiem podopiecznych Besnika Hasiego, a stołeczny zespół jest wyraźnym faworytem, to w obecnej formie legioniści będą mieli ogromne problemy z awansem.

            Czytam i nie bardzo dowierzam. Skoro awans do fazy grupowej jest obowiązkiem, to skąd bierze się założenie, że Legia będzie miała problemy? I analogicznie, skoro legioniści faktycznie będą do końca musieli drżeć o awans w tym dwumeczu, to po co pompować ten legijny balonik do granic możliwości i jeszcze przed rozpoczęciem dwumeczu obwieszczać wszem i wobec, że awans do Ligi Mistrzów to jedynie formalność?

Abstrahując już od rażącej niekonsekwencji wydaje mi się, że jest to też wywieranie pewnego rodzaju negatywnej presji. „Weszło!” często używa określenia „win-win”, w myśl którego rozwiązanie jest dobre dla wszystkich stron. W przypadku pojedynku Legii z Dundalk mamy raczej do czynienia z sytuacją „lose-lose”. Jeśli bowiem podopieczni Hasiego przejdą Irlandyczków i zameldują się w fazie grupowej LM, dziennikarska brać zapewne machnie lekceważącą ręką i stwierdzi, że przy takim rywalu był to obowiązek. Gdyby jednak stołecznej ekipie powinęła się noga – o! – wtedy cała piłkarska Polska miałaby pożywkę na kilka najbliższych miesięcy. Wszelkie gazety oraz portale – rzecz jasna nie tylko te sportowe – prześcigałyby się w wymyślaniu coraz to nowych tytułów wyśmiewających Legię.

* * *

            A propos rozpoczynającego się dzisiaj dwumeczu nachodzi mnie jeszcze jedna refleksja… Kogo my się boimy? Zewsząd słyszę głosy, że Dundalk FC to wcale nie takie ogórki, bo ograły BATE. Ludzie, litości… BATE Borysów, które pamiętacie sprzed kilku lat, kiedy to w fazie grupowej LM ogrywało Bayern Monachium, już nie istnieje. Teraz pod tym szyldem grają przeciętniacy, dowodzeni na boisku przez podstarzałe gwiazdy pokroju Aleksandra Hleba. Obecna drużyna poziomem piłkarskim nawet nie zbliżyła się do tej z czasów świetności. Jeśli ktoś ma wątpliwości, polecam obejrzenie skrótu spotkania rewanżowego, wygranego przez Irlandczyków 3-0. Bramki tracone przez mistrzów Białorusi to jakaś piłkarska pornografia…

            Jeśli więc ktokolwiek chce mnie przekonywać, że Dundalk FC to mocna ekipa, bo pokonała BATE, niech najpierw rzuci okiem na poziom piłkarski obu spotkań, a następnie prześledzi osiągnięcia Irlandczyków rundę wcześniej. Ich rywalem był mistrz Islandii, FK Hafnarfjordur. Udało wam się już wymówić tę nazwę? To przejdźmy do konkretów. Podopieczni Stephena Kenny’ego po niezwykle zaciętym boju wyeliminowali ostatecznie Islandyczków, dwukrotnie remisując swoje spotkania (1-1 u siebie oraz 2-2 na wyjeździe), przechodząc do kolejnej rundy jedynie lepszą skutecznością w meczu wyjazdowym. I jestem niemal pewien, że to właśnie ten dwumecz, a nie ogranie BATE Borysów, stanowi prawdziwą weryfikację klasy i umiejętności Dundalk FC.


            A że Legia jest bez formy? No, jest. W spotkaniu z Trenczynem również była, a mimo to awansowała do kolejnej rundy kosztem Słowaków, którzy są drużyną o klasę lepszą od Irlandczyków. Z pewnością nie napiszę niczego nowego, ale warszawski zespół jest obecnie bez formy, widzą to chyba wszyscy, którzy choć w niewielkim stopniu interesują się polską piłką. Siła Legii polega jednak na tym, że nawet grając „piach”, jest w stanie wygrywać mecze w europejskich pucharach. Można co prawda mówić o furze szczęścia i życiowej formie Malarza, ale według mnie główny czynnik jest inny. Doświadczenie. To jest dokładnie ta cecha, która pozwala legionistom wygrywać mecze, w których albo nie są lepsi albo nawet są słabsi. Legia w europejskich pucharach to drużyna niezwykle wyrachowana, która wyczuwa, kiedy przeciwnik ma słabszy moment i można go „napocząć”. Warto także dodać, że proces ten trwa już naprawdę długo. Przez ostatnich sześć lat legioniści w fazach eliminacyjnych do Ligi Mistrzów bądź Ligi Europy przegrali jedynie dwukrotnie, za każdym razem w sezonie 2012/2013: z SV Ried 1-2 (w rewanżu wygrał 3-1 i awansowała do dalszych gier) oraz 1-2 z Rosenborgiem Trondheim (jedyny raz w ciągu ostatnich pięciu lat, kiedy klub z Warszawy nie awansował do fazy grupowej LE). Te wyniki pokazują, że Legia na arenie międzynarodowej (o ile o takiej możemy mówić w przypadku eliminacji do europucharów…) jest drużyną niezwykle wyrachowaną i doświadczoną. I jestem przekonany, że potwierdzi to w dwumeczu z Dundalk FC!

wtorek, 5 stycznia 2016

Florentino Perez i jego "żonglerka" trenerami

          

             Stało się. Florentino Perez poszedł po rozum do głowy i na wczorajszej konferencji prasowej podziękował za współpracę dotychczasowemu szkoleniowcowi „Blancos”, Rafie Benitezowi. Sternikowi klubu z Estadio Santiago Bernabeu zajęło więc siedem miesięcy dojście do tego samego wniosku, który każdy, średnio zorientowany kibic wysnuł wraz z pierwszymi plotkami łączącymi Beniteza z Realem. Nowym szkoleniowcem pierwszej drużyny został jeden z najwybitniejszych zawodników w historii – Zinedine Zidane – i wydaje się być to w tej chwili najrozsądniejsze posunięcie. Parafrazując jednak pewne przysłowie – jest to zaledwie łyżeczka miodu w beczce dziegciu – włodarze klubu z Concha Espina 1 od kilku miesięcy notują bowiem istną serię fatalnych, absurdalnych wręcz decyzji i zatrudnienie Zidane’a nijak nie jest w stanie tego przysłonić. Od czego więc tak naprawdę zaczęły się problemy Realu, gdzie według mnie popełniono błędy?

Błąd pierwszy – zwolnienie Ancelottiego

            Z pewnością dla fanów „Królewskich” oraz zdecydowanej większość osób interesujących się futbolem nie jest to żadne zaskoczenie. Moim – i nie tylko – zdaniem było to idealny szkoleniowiec dla obecnego Realu. „Carletto” miał naprawdę wszystko: znakomity warsztat trenerski, ogromną wiedzę z zakresu psychologii sportowej, a przede wszystkim posiadał szacunek i sympatię swoich podopiecznych. Wszystkich, bez wyjątku! Jego wad trzeba byłoby szukać naprawdę głęboko. Florentino Perez takowe jednak odnalazł i postanowił zakończyć współpracę z włoskim szkoleniowcem. Dlaczego? Tego nie wiedzą chyba nawet najbliżsi współpracownicy Pereza. Fakt, drużyna prowadzona przez Ancelottiego nie wygrała w ubiegłym sezonie żadnego trofeum, ale na tej zasadzie żaden trener nie zagrzałby dłużej miejsca w jednym klubie. Decyzja ta była tym bardziej absurdalna, że Real pod wodzą Włocha grał naprawdę widowiskowy, ofensywny futbol. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść…

Błąd drugi – dlaczego nie Klopp?

            Informacja o zwolnieniu „Carletto” była dla wszystkich ludzi związanych z klubem dużym rozczarowaniem. Gorzką pigułkę trzeba było jednak przełknąć… Już kilkanaście godzin po zwolnieniu dotychczasowego szkoleniowca w mediach zaczęły pojawiać się kolejne kandydatury następców. W międzyczasie przewinęło się sporo nazwisk, ale bezsprzecznym faworytem – zarówno mediów jak i kibiców – pozostawał Jurgen Klopp. Niemiecki trener od lipca pozostawał bez klubu, kiedy to zdecydował się zakończyć swoją niezmiernie owocną współpracę z Borussią Dortmund. Klopp, który z bardzo dobrej strony pokazał się już w FSV Mainz, dzięki czemu zapracował na swój „transfer” do BVB wydawał się być idealnym następcą Ancelottiego. Młody, z ogromną charyzmą oraz zapałem do pracy, świetny taktyk oraz wyśmienity psycholog, ulubieniec piłkarzy. Rzecz jasna nie wiadomo jak poradziłby sobie w tak wielkim klubie jak Real, ale bez wątpienia miał wszelkie predyspozycje ku temu, by osiągnąć sukces. Plan Florentino zakładał jednak coś zupełnie innego…

Błąd trzeci – dlaczego Benitez?!

            Jeśli mam być szczery, pierwsze plotki dotyczące Rafy jako nowego szkoleniowca „Królewskich” przyjąłem z uśmiechem. Nie dlatego, że uznawałem go za dobrego fachowca, ale dlatego, iż wydawało mi się to tak absurdalne jak nominacja Franciszka Smudy do otrzymania literackiej nagrody Nobla. Nie od dziś wiadomo, że katalońskie brukowce lubią czasem zadrwić z Realu (i na odwrót – madryckie brukowce często kpią z Barcelony), całą sytuację uznałem więc jako zwykły żart o niezbyt wyszukanym poziomie. Gorzej, gdy ta informacja zaczęła być powtarzana przez coraz wiarygodniejsze źródła, aż w końcu potwierdzili ją oficjele z Estadio Santiago Bernabeu. Wtedy już do śmiechu mi nie było…
            Naprawdę nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć, jakie procesy myślowe musiały zachodzić w głowach działaczy Realu, że postanowili powierzyć drużynę właśnie Benitezowi. Jedynym jego atutem – choć w tym wypadku niewiele znaczącym – było to, że wychował się w białej części Madrytu i jest z tym klubem mocno związany. Nie zmienia to jednak faktu, że Rafa od kilku ładnych lat jedzie wyłącznie na opinii, którą wyrobił sobie będąc jeszcze w Valencii. A następnie było już coraz gorzej. Liverpool – zgoda, wygrał Ligę Mistrzów, ale w Premier League – mając ogromne pieniądze oraz plejadę świetnych zawodników – nawet nie otarł się o mistrzostwo kraju; Inter – w pół roku udało mu się rozpieprzyć machinę zbudowaną przez Mourinho (fakt, że część zawodników była nieco wypalona, ale Benitez w pół roku z ekipy wygrywającej potrójną koronę zrobił ligowego średniaka); Napoli – mając praktycznie nieograniczony budżet oraz każdego piłkarza, którego tylko chciał, nie był w stanie zająć miejsca premiowanego grą choćby w eliminacjach do Ligi Mistrzów. I w nagrodę za popsucie trzech świetnych drużyn otrzymał angaż w jeszcze większym klubie… Naprawdę, zakrawało to na jakiś kompletny kabaret.

Światełko w tunelu?


            Zwolnienie Beniteza to z pewnością pierwsza od wielu miesięcy dobra decyzja Pereza oraz jego ludzi. Szkoda, że aby prezes do tego doszedł, trzeba było wcześniej zwolnić Carlo Ancelottiego, ale cóż… Lepiej późno niż wcale. Zatrudnienie Zinedine’a Zidane’a również wydaje się być racjonalnym posunięciem. Przede wszystkim obecnie nie było na rynku lepszego kandydata – może poza „The Special One”, ale on nie wyrażał chęci powrotu. Poza tym to w Realu człowiek-instytucja: uwielbiany przez kibiców, szanowany przez piłkarzy oraz współpracowników. Wydaje mi się, że człowiek tego pokroju będzie miał większy kredyt zaufania – zarówno wśród „socios” jak i samych zawodników. Nie trafiają również do mnie kontrargumenty mówiące o braku doświadczenia. Kiedy Pep Guardiola przejmował Barcelonę słychać było podobne głosy, okazało się jednak, że stworzył on najbardziej śmiercionośną maszynkę w najnowszych futbolowych dziejach. Nie twierdzę, że w przypadku „Zizou” będzie tak samo. Uważam jedynie, że czasem od doświadczonego szkoleniowca lepszy jest ten nieopierzony żółtodziób ze świeżym spojrzeniem, masą innowacyjnych pomysłów oraz ogromnym zapałem do pracy. A jak będzie? Wszystko jak zwykle zweryfikuje zielona murawa. 

czwartek, 17 grudnia 2015

"Lisy" buszują w Premier League



         Obecny sezon Premier League bardziej niż poważną ligę piłkarską przypomina środowe losowanie Lotto. W zasadzie w każdą sobotę na scenę mógłby wychodzić ładnie ubrany gość i z pełną powagi miną ogłaszać: "Proszę państwa, w tej kolejce Premiership wylosowano następujące wyniki...". Nie ma bowiem tygodnia, podczas którego nie bylibyśmy świadkami sensacyjnych rozstrzygnięć. Największym rozczarowaniem jest oczywiście londyńska Chelsea, podopieczni Jose Mourinho punktują bowiem mniej więcej tak, jak swego czasu Robert Mateja punktował na mamuciej skoczni. Nie lepiej wygląda tu Newcastle United, który latem wydał na transfery ogromne pieniądze tylko po to, by bić się z Sunderlandem oraz Aston Villą o miano czerwonej latarni ligi (choć akurat podopieczni McClarrena zanotowali ostatnio dwa cenne zwycięstwa i nieco poprawili swoją ligową sytuację). Na drugim biegunie znajduje się natomiast chociażby Crystal Palace. Podopieczni Alana Pardew mają już na rozkładzie kilka teoretycznie mocniejszych (a także bogatszych) ekip, a wcale nie wyglądają na drużynę, która miałaby stracić impet. Drugim tak ogromnym zaskoczeniem jest Leicester City.
           
            No właśnie, Leicester... Jeszcze kilka miesięcy temu "Lisy" były głównym kandydatem do spadku z Premiership. Drużyna z King Power Stadium grała katastrofalnie, przez zdecydowaną część sezonu okupując miejsce w strefie spadkowej. Jak wszyscy pamiętamy, ówczesny menedżer Leicester – Nigel Pearson – zaliczył piorunującą końcówkę sezonu. Drużyna punktowała wówczas z częstotliwością klubu bijącego się o grę w Lidze Mistrzów, dzięki czemu zamiast do ostatniej kolejki walczyć o ligowy byt, zakończyła rozgrywki na bezpiecznym, 14. miejscu. W nagrodę za utrzymanie Pearson otrzymał... wypowiedzenie. Rzecz jasna nie zdecydowały o tym względy czysto sportowe, ale niesmak pozostał.

            Dla fanów "Lisów" odejście Pearsona było dużym ciosem. I nim zdążyli się po nim otrząsnąć, kolejny raz dostali obuchem w łeb (a przynajmniej tak się wtedy wydawało). Na King Power Stadium zawitał bowiem Claudio Ranieri, szkoleniowiec słynący z tego, że gdziekolwiek się nie pojawiał, ugrywał wicemistrzostwo kraju (stąd ksywka "The Second One"). W zasadzie nikt – poza działaczami Leicester – nie wierzył, że drużyna pod wodzą Ranieriego może odpalić. Spodziewano się raczej rozpaczliwej walki o utrzymanie.


            Włoski szkoleniowiec udowodnił jednak, że skreślono go zdecydowanie za szybko. Pod jego batutą zespół wzniósł się na jeszcze wyższy poziom niż prezentował w końcówce ubiegłych rozgrywek. "Lisy" w 16 dotychczasowych spotkaniach przegrały tylko raz, gromadząc przy tym aż 35 punktów i wygodnie rozsiadając się w fotelu lidera Premier League. Jest to oczywiście wielka sprawa, ale ważne jest również to, iż drużyna gra naprawdę ładnie dla oka, widowiskowo. Riyad Mahrez stał się jedną z rewelacji pierwszej fazy rozgrywek, Jamie Vardy – choć już w poprzednim sezonie prezentował się nieźle – jest aktualnie zdecydowanym liderem tabeli strzelców, nawet Robert Huth wygląda na w miarę poważnego defensora. Ranieri zapowiada jednak: "Vardy zostaje z nami. Nikt nie odejdzie w styczniu, ani Riyad Mahrez, ani Jamie, ani Jeffrey Schlupp. Nikt.". I trudno mu się dziwić, Leicester wreszcie wygląda bowiem na całkiem poważny klub, w którym kadra zespołu budowana jest z głową, towarzyszy temu jakaś myśl przewodnia. I jeśli wszyscy na King Power Stadium będą wciąż działać z taką rozwagą, a piłkarze nie spoczną na laurach, to "Lisy" pod wodzą "The Second One" staną się poważnym kandydatem do gry w europejskich pucharach.  

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Cyrk na kółkach rodem z Marsylii

          

         

          Olympique Marsylia pokonał w niedzielę Saint-Etienne w meczu wyjazdowym w ramach 15. kolejki francuskiej Ligue 1. Bynajmniej nie ma jednak powodów do zadowolenia. Dla ekipy ze Stade Velodrome było to bowiem dopiero piąte zwycięstwo w bieżącym sezonie, a sama drużyna w najmniejszym stopniu nie przypomina zespołu, który przez większą część ubiegłych rozgrywek zachwycał swoją grą całą Europę. Zresztą klub z Lazurowego Wybrzeża jest idealnym przykładem tego, jak dynamicznie zachodzą w futbolu różnego rodzaju zmiany i jak szybko ze szczytu można trafić na sam dół. Co zatem miało wpływ na tak fatalny sezon, który jak do tej pory notują piłkarze OM?

            Tak naprawdę włodarze Marsylii pierwszy duży błąd popełnili już kilkanaście miesięcy temu. Od dawna było bowiem wiadomo, że po zakończeniu sezonu 2014/2015 kontrakty kończą się dwóm kluczowym zawodnikom zespołu: Andre-Pierre Gignac'owi oraz Andre Ayew. W przypadku Gignaca stanowisko klubu było jasne – umowa z zawodnikiem nie zostanie przedłużona, gdyż klubu nie stać na opłacanie tak wysokiego kontraktu. Z Ayew sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Syn Abediego Pele jest wychowankiem Marsylii, zawsze był mocno związany z klubem i nigdy nie zabiegał o odejście. Problem w tym, że działacze ze Stade Velodrome zaproponowali swojej gwieździe... niższe zarobki niż dotychczas, co reprezentant Ghany potwierdził świeżo po transferze do swojego nowego klubu, którym okazało się walijskie Swansea. Nic więc dziwnego, że negocjacje w sprawie podpisania nowego kontraktu zakończyły się fiaskiem, a sam Ayew zdecydował w końcu o transferze do Premier League.

            Marsylia „powitała” zatem letnie okienko transferowe bez dwóch kluczowych zawodników.
Problem polegał jednak na tym, że zamiast uzupełnić luki po odejściu swoich gwiazd, klub zdecydował się na wytransferowanie kolejnych ważnych ogniw. Do FC Porto trafił Giannelli Imbula – jeden z najlepszych środkowych pomocników w lidze francuskiej, kierunek na Londyn (a dokładnie West Ham) obrał Dimitri Payet – król asyst ubiegłego sezonu (16 ostatnich podań), Lazurowe Wybrzeże na północną Anglię – a dokładnie Newcastle United – zamienił natomiast Florian Thauvin. Jeśli do tego dodamy, że klub wraz z końcem sezonu opuścili Rod Fanni oraz Jeremy Morel to wychodzi, że z Marsylii odeszło aż siedmiu zawodników, którzy mogliby z powodzeniem grać w pierwszym składzie.

            Działacze OM poczynili wprawdzie liczne próby wzmocnienia składu, ale w praktyce były to raczej nieudolne próby załatania ogromnych dziur kadrowych. Do klubu trafili m.in. Rolando, Paolo de Ceglie czy Javier Manquillo, ale trudno uznać tych graczy za realne wzmocnienia. Większość z nich była bowiem rezerwowymi w swoich klubach, grając przy tym naprawdę rzadko. Jedynym zawodnikiem, któremu faktycznie udało się załatać dziurę po swoim poprzedniku jest Lassanna Diarra. Ściągnięty za darmo były zawodnik m.in. Realu Madryt czy Arsenalu bardzo dobrze wprowadził się do nowego zespołu i w zdecydowanej większości spotkań godnie zastępuje sprzedanego do Portugalii Imbulę. Potencjał tkwi również w wypożyczonym z Newcastle United Cabelli, ale on z pewnością potrzebuje trochę czasu, aby odbudować się po bardzo nieudanym epizodzie na północy Anglii.

            Jakby mało było osłabień przedsezonowych, to po pierwszym spotkaniu ligowym – przegranym przez Marsylię na własnym stadionie z Caen – do dymisji podał się trener Marcelo Bielsa. Nie było żadną tajemnicą, że Argentyńczyk był od dawna skonfliktowany z klubowymi działaczami, niemniej jednak taka decyzja była dla wszystkich dużym zaskoczeniem. Główną kością niezgody pomiędzy obiema stronami były transfery do klubu. Bielsa w chwili przyjścia do OM przekazał szefostwu listę zawodników, których chciałby mieć w swoim zespole. Dopominał się o tych piłkarzy przez dwa okienka transferowe, niestety bezskutecznie. W zamian za to dostał m.in. brazylijskiego stopera Dorię, który pomimo opinii jednego z najzdolniejszych młodych zawodników rodem z kraju kawy w OM nawet nie powąchał murawy. Argentyński szkoleniowiec doszedł bowiem do wniosku, że skoro działacze nie dotrzymali słowa i sprowadzili zawodnika wbrew jego opinii – zawodnik ten u niego nie zagra. Abstrahując jednak od postawy Bielsy, brak solidnych transferów odbił się Marsylczykom głęboką czkawką w końcówce ubiegłego sezonu. Runda jesienna to fantastyczna gra i fotel lidera Ligue 1 na koniec 2014 roku. Problem w tym, że już wtedy kadra OM składała się z ledwie 13-14 zawodników, Bielsa nigdy nie był bowiem fanem zbędnych roszad. Niestety, gdy w decydującej fazie sezonu doszły kontuzje, kartki oraz napięty terminarz, piłkarze z Lazurowego Wybrzeża zwyczajnie nie wytrzymali tempa i zakończyli rodzime rozgrywki dopiero na czwartym miejscu.


            Następcą Bielsy na Stade Velodrome został Michel. Była wielka gwiazda Realu Madryt, w karierze trenerskiej znany głównie z prowadzenia Sevilli oraz Olympiakosu Pireus. Debiut Hiszpan zaliczył wręcz wymarzony, jego drużyna w wielkim stylu pokonała bowiem Troyes 6-0 (co za bramki Lassa Diarry oraz Ocamposa!). Dalej nie było już jednak tak kolorowo. Drużyna grała w kratkę, bardzo dobre mecze (4-1 z Bastią) przeplatała fatalnymi (0-2 z Guingamp, 0-1 z Reims). Wydawało się, że punktem zwrotnym może być mecz na Parc des Princes przeciwko PSG, gdzie w pierwszych 35 minutach Marsylczycy grali fantastycznie, bezapelacyjnie dominując nad dream team'em z Paryża. Wystarczyła jednak chwila nieuwagi, dwa rzuty karne dla gospodarzy – oba zamienione na bramki przez Zlatana – i czar prysł. Niewykluczone, że to właśnie wyjazdowe zwycięstwo na Stade Geoffroy-Guichard –  gdzie Marsylii zawsze gra się bardzo ciężko – może być momentem przełomowym dla podopiecznych Michela. Czy faktycznie tak będzie? Czas pokaże.


EDIT: Jak pokazały kolejne tygodnie, do żadnego przełomu nie doszło. Po zwycięstwie w Saint-Etienne Marsylczycy zremisowali trzy mecze (wszystkie rozegrane przed własną publicznością) oraz wygrali zaległe spotkanie wyjazdowe przeciwko Rennes. Podopieczni Michela po 18 kolejkach francuskiej Ligue 1 zajmują dopiero dziewiątą lokatę i nic nie wskazuje na rychły marsz w stronę miejsce premiowanych grą w europejskich pucharach.

wtorek, 18 sierpnia 2015

Viva football!

          
            Okres wakacyjny powoli się kończy, tzw. „sezon ogórkowy” w świecie futbolu także przechodzi już zatem do historii. Wracam więc i ja. Dzisiejszy wieczór można uznać za pewnego rodzaju „grę wstępną” przed właściwą Ligą Mistrzów. Dlaczego o tym wspominam? Otóż od kilku lat – po reformie prezydenta Platiniego – są dwie drogi awansu do fazy grupowej najbardziej elitarnych rozgrywek w europejskiej piłce: mistrzowska oraz „niemistrzowska”. W praktyce możemy być więc świadkami bardzo interesujących pojedynków – jak choćby Valencii z Monaco – które już jutro zmierzą się na Estadio Mestalla.
            Nie bez przyczyny piszę jednak w przeddzień tego wielkiego (miejmy nadzieję) meczu. Właśnie dziś przyszło mi bowiem oglądać starcie na Stadio Olimpico w Rzymie, gdzie Lazio podejmowało Bayer Leverkusen. To spotkanie po raz kolejny dobitnie pokazało mi, jak piękny i nieprzewidywalny potrafi być futbol. Pierwsza połowa to dość wyrównane widowisko, z lekką przewagą gości. Po przerwie na boisku istniała jednak już tylko jedna drużyna – Bayer. „Aptekarze” zagrali niemal wybitne 45 minut, praktycznie nie schodząc z połowy rzymian, tworząc sobie przy tym kilka wyśmienitych okazji do zdobycia bramki. Należy dodać, że w perspektywie rewanżu w Niemczech bramki kluczowej, zdobytej bowiem w meczu wyjazdowym. Wynik końcowy? 1:0 dla gospodarzy. Wystarczyła chwila nieuwagi formacji defensywnej gości, aby młodziutki Balde wszedł w obronę rywali jak w masło, a następnie wreszcie pokonał Bernda Leno (warto nadmienić, że mógł to zrobić już wcześniej). Pisząc krótko: kwintesencja futbolu. W tym sporcie nie liczy się, jak wielką masz przewagę oraz jak dobre wrażenie artystyczne jesteś w stanie zrobić. To nie siatkówka ani gimnastyka artystyczna. I właśnie ta nieprzewidywalność sprawia, że według mnie jest to najpiękniejszy sport na świecie.

            Dzisiejszy wieczór utwierdza mnie również w przekonaniu, iż maksyma „pieniądze nie grają” jest jak najbardziej prawdziwa. O mały kroczek od fazy grupowej Ligi Mistrzów są bowiem także białoruskie Bate Borysów oraz przedstawiciel Kazachstanu – FC Astana. I choć w przypadku Kazachów pieniądze również odgrywają pewną rolę, to są to sumy na tyle niewielkie, że sam awans do Ligi Mistrzów będzie stanowił dla kluby duży zastrzyk gotówki. Białorusini są natomiast chyba najdobitniejszym przykładem podanej przeze mnie tezy, można bowiem powiedzieć, że w LM są już stałymi bywalcami. I – co chyba jeszcze ważniejsze – nie pełnią jedynie roli statystów i „chłopców do bicia”. Na rozkładzie mają już bowiem choćby wielki Bayern Monachium (oczywiście nie tak mocny jak obecnie). I tylko polskim kibicom wciąż pozostaje liczenie kolejnych lat bez rodzimego klubu w najbardziej elitarnych rozgrywkach klubowych na świecie. 1… 2… aż do 19, póki co…

wtorek, 14 lipca 2015

Iker Casillas - "Święty" czy diabeł?



              Lipiec to w futbolu najczęściej okres bardzo interesujący. Nie ze względu na zmagania boiskowe, ale na roszady dokonujące się we wszystkich klubach na świecie. Transfery – jedni piłkarze przychodzą, z innymi kluby się rozstają, powstaje również niezliczona ilość plotek na temat wzmocnień poszczególnych drużyn. Bez wątpienia bieżące okno transferowe – póki co rzecz jasna – można zaliczyć do niezwykle ciekawych. W Anglii furorę robią wzmocnienia Manchesteru United, na półwyspie Iberyjskim szaleje Barcelona, a w Italii wreszcie obudziły się dwa giganty z Mediolanu – Inter i Milan. Tak, obecna kampania transferowa w Europie ma szansę przejść do historii.
            Wszystkie ruchy na rynku transferowym bledną jednak przy informacji mówiącej o tym, iż Iker Casillas odchodzi z Realu Madryt. San Iker, po 25 latach spędzonych na Santiago Bernabeu, odchodzi do FC Porto. Transfer ten – jak można było się spodziewać – wywołał lawinę komentarzy. Piłkarscy fanatycy podzielili się na dwa obozy: zwolenników, którzy uważają, że czas Casillasa przy Concha Espina 1 już przeminął oraz przeciwników, uważających, że nie powinno się tak postępować z człowiekiem, który stał się legendą nie tylko Realu Madryt, ale i całego hiszpańskiego futbolu. Mówiąc szczerze, jestem rozdarty. Trafiają do mnie argumenty zarówno pierwszej, jak i drugiej grupy fanów. Ale po kolei, aby wszystko było jasne i klarowne.

San Iker – Święty

            Zacznę od argumentów używanych przez przeciwników odejścia Ikera, bo inaczej chyba mi nie wypada. W całej rozciągłości zgadzam się z tym, że Casillas to chodząca legenda los Blancos, człowiek-instytucja. Zaczął przygodę z piłką w wieku 9 lat, a następnie – konsekwentnie przechodząc przez wszystkie szczeble juniorskie – trafił do pierwszej drużyny, w której spędził ostatecznie 16 lat. Przez cały ten czas imponował nie tylko umiejętnościami bramkarskimi, ale także niesamowitym spokojem i pewnością siebie. Poza boiskiem emanował natomiast klasą. Był boiskowym dżentelmenem, madryckim odpowiednikiem Carlesa Puyola, a to w dzisiejszych czasach rzadkość. Dlatego też niezmiernie mnie dziwi, że jeden z największych klubów na świecie – jakim bez wątpienia jest Real Madryt – nie był w stanie podziękować Ikerowi tak, jak na to zasługiwał. Bo wybaczcie, ale machania do trybun na praktycznie pustym Estadio Santiago Bernabeu nie uważam za godne takiego zawodnika. Podobno sam Casillas zdecydował się na taką formę pożegnania, choć niewykluczone, że była to decyzja Florentino Pereza (który nota bene w tej sprawie również ma swoje za uszami). Ale nawet zakładając, że to san Iker podjął decyzję, to czy jest się czemu dziwić? Od dłuższego czasu Casillas nie był bowiem ulubieńcem trybun. Choć może to nieprecyzyjne określenie. Lepiej odda je stwierdzenie, że dla wielu ludzi na Bernabeu był on wrogiem! Oglądając mecze Realu miałem czasem wrażenie, iż ci ludzie tylko czekają na błąd portero z Madrytu, aby wygwizdać go z dziką satysfakcją. Oczywiście nie mam zamiaru generalizować, bo z pewnością duża część trybun zachowywała się zgoła odmiennie, aczkolwiek niesmak pozostał. Czy więc w takiej sytuacji można dziwić się obawom Ikera, że ci sami ludzie, którzy obrażali go i wygwizdywali podczas meczów, zjawią się na jego oficjalnym pożegnaniu, aby zgotować mu ostatnią salwę gwizdów? Nie wydaje mi się. Co by nie mówić, z pewnością nie tak powinien wyglądać ostatni dzień w klubie człowieka, który spędził w nim całe swoje piłkarskie życie.

El Diablo – diabeł?

            Było już o nienajlepszej – delikatnie mówiąc – postawie klubu. Teraz pora na grzeszki samego Casillasa. Bez wątpienia jednym z ważniejszych czynników jego odejścia była – najzwyczajniej w świecie – forma sportowa Ikera. Od pewnego czasu to już nie był ten bramkarz, który – razem z Bufonnem – „odsadził” resztę stawki o lata świetlne. Coraz częściej zdarzały mu się pomyłki, a coraz rzadziej fantastyczne interwencje. Dziś na Weszło! przeczytałem artykuł Krzysztofa Stanowskiego, który w pewnym momencie stwierdza, iż „nie przypomina sobie w ubiegłym sezonie meczu, w który Casillas byłby głównym winowajcą porażki”. Jest w tym sporo prawdy, ale ja wobec tego chciałbym usłyszeć odpowiedź na pytanie, ile w zeszłym sezonie było meczów, w których Iker był bohaterem, wybronił Realowi jakieś punkty? Bo osobiście oglądałem praktycznie wszystkie mecze Los Galacticos w sezonie 14/15 i nie przypominam sobie takiego meczu (może nie licząc Gran Derbi na Bernabeu, gdzie faktycznie popisał się kilkoma świetnymi interwencjami). Niestety, moim zdaniem Iker w tej chwili jest bramkarzem dobrym i nic ponadto. A dobry bramkarz to za mało, aby mieć pierwszy plac na Bernabeu. Real zawsze celuje w najwyższe trofea i w klubie potrzebny jest golkiper, który obroni coś „extra”. Potrzebny jest gość, który odbije piłką, którą wszyscy będą widzieli już w siatce. A Casillas – przy całym moim szacunku do niego – obecnie już się do nich nie zalicza.
            Niektórzy powiedzą: „No dobrze, ale mógł zostać w Realu w roli rezerwowego i za   2-3 lata skończyć w nim karierę”. Owszem, mógł. Ale Iker zmuszony był już siedzieć na ławce za czasów Jose Mourinho i każdy pamięta, jak to się skończyło. Niesnaski w szatni, szorstkie relacje ze szkoleniowcem, a następnie burzliwe rozstanie z Portugalczykiem. Moja opinia jest taka, że san Iker wciąż jest zbyt dobrym bramkarzem, by siedzieć na ławce. Tak jak napisałem wcześniej, nie jest to już ścisła światowa czołówka, ale wciąż gwarantuje wysoki poziom sportowy. Dlatego uważam, że FC Porto to dla niego klub wręcz idealny. Drużyna o uznanej marce, która dodatkowo rokrocznie występuje w Lidze Mistrzów, często również w fazie pucharowej. Wydaje mi się, że w Portugalii Iker zyska spokój, którego nie miał w Madrycie.
            Dodatkowo słychać było jeszcze różne plotki, dotyczące chociażby tego, że Casillas kłóci się z Realem o wysokość odprawy, chcąc wycisnąć z klubu ostatnią, sowitą pensję. Głośno było również kilka lat temu, podczas słynnej afery, kiedy to został określony mianem „kreta”, który wynosi informacje z szatni. Ale osobiście nie przywiązuję najmniejszej wagi do tych plotek, gdyż nie sądzę żeby człowiek, który spędził całe życie w jednym klubie, mógł działać na jego szkodę.

***


            Podsumowując, uważam, że transfer Ikera w obecnej sytuacji wyjdzie na dobre zarówno jemu, jak i klubowi. Oczywiście forma pożegnania Realu ze swoją legendą budzi spory niesmak, ale ze sportowego punktu widzenia transfer ten jest jak najbardziej zrozumiały. Casillas obecnie jest już jednak nieco poniżej poziomu oczekiwanego od pierwszego bramkarza Realu Madryt, a jemu samemu ciężko byłoby pogodzić się z rolą rezerwowego. Przenosiny do FC Porto mogą zatem okazać się strzałem w dziesiątkę, a sam golkiper z pewnością zdąży jeszcze obronić kilka groźnych strzałów, a także powiększyć swoją – już teraz bardzo okazałą – gablotę trofeów. Gracias, san Iker!

piątek, 8 maja 2015

Walka o bilety do Berlina i Warszawy trwa w najlepsze



             Liga Mistrzów weszła w decydującą fazę… I to weszła z wielkim przytupem! Pierwsze mecze półfinałowe przyniosły ogromną dawkę emocji i… nieco niespodziewane wyniki. W starciu Realu Madryt z turyńskim Juventusem faworyt wydawał się być oczywisty – i nie była to bynajmniej drużyna „Starej Damy”. Futbol ma jednak to do siebie, iż uwielbia zaskakiwać i to dlatego uważany jest za najwspanialszy sport na świecie. Tak też było i tym razem, gdyż „Królewscy” musieli uznać wyższość mistrzów Włoch, przegrywając w stolicy Piemontu 1-2. Bramka zdobyta przez Cristiano Ronaldo może jednak okazać się decydująca w perspektywie całego dwumeczu, Real ma bowiem przed sobą rewanż na Estadio Bernabeu. Dzień później na Camp Nou w szranki stanęli zawodnicy Barcelony i Bayernu. Starcie gigantów, określane mianem „przedwczesnego finału” zakończyło się rezultatem, którego chyba mało kto się spodziewał. Do 77. minuty wszystko było w normie. Barca miała przewagę, stwarzając sobie kilka świetnych okazji strzeleckich, ale nie potrafiła wyjść na prowadzenie. Bayern próbował się odgryzać (dodajmy, że dość nieudolnie), a najlepszą sytuację zmarnował Robert Lewandowski. W końcówce dał jednak o sobie znać geniusz Leo Messiego, który najpierw zdobył dwa gole, a następnie zaliczył asystę przy trafieniu Neymara. Trzy szybkie ciosy i monachijska maszyna padła na deski, z których piekielnie ciężko będzie jej się podnieść. W dalszym ciągu posługując się bokserską nomenklaturą można powiedzieć, że sędzia stoi już nad Bawarczykami i – odliczając do 10 – jest już gdzieś w okolicach „ósemki”. Knock-out jest blisko!

Rewanżowe przewidywania

            Pierwszego finalistę wyłoni wtorkowe starcie na Allianz Arena, gdzie Bayern podejmie Barcelonę. Tutaj jednak sprawa wydaje się oczywista. Być może Bawarczycy są na tyle dobrym zespołem żeby zdobyć przeciwko drużynie prowadzonej przez Luisa Enrique trzy bramki – co i tak graniczy z cudem – ale potencjał ofensywny „Blaugrany” pozwala zakładać, że w Monachium przynajmniej raz pokonają Manuela Neuera. Moim zdaniem kwestia tego dwumeczu jest już rozstrzygnięta, a wszystkie swoje nadzieje monachijczycy zaprzepaścili w doliczonym czasie gry pierwszego spotkania. Kiedy bowiem stracili drugą bramkę, rzucili się do desperackich ataków, zamiast nieco uspokoić grę, nawet kosztem utrzymania wyniku 0-2. A tak ruszyli do przodu i – rzecz jasna – nadziali się na kontrę, która na dobre przekreśla ich szanse na udział w berlińskim finale.
            Dużo ciekawiej będzie w stolicy Hiszpanii, gdzie na Estadio Santiago Bernabeu „Królewscy” zmierzą się z Juventusem. Piłkarze „Starej Damy” będą chcieli obronić jednobramkową zaliczkę z pierwszego meczu i w tym starciu wcale nie są bez szans. Mimo wszystko wydaje się, że wszystkie atuty są po stronie Realu. W końcu rewanż zagrają przed własną publicznością, w dodatku do zameldowanie się w Berlinie brakuje im skromnego 1-0. Z pewnością podopieczni Carlo Ancelottiego są drużyną o większych umiejętnościach, a także bardziej doświadczoną w grach o wielką stawkę. Massimilliano Allegri oraz jego podopieczni udowodnili już jednak, że grać w piłkę niewątpliwie potrafią, a jeśli dorzucimy do tego ich ogromne zaangażowanie oraz wolę walki, to szykuje nam się wielki mecz. Świetną wiadomością są również ostatnie doniesienia prasowe, według których na rewanż powinni być gotowi dwaj wspaniali, francuscy zawodnicy. Mowa oczywiście o Karimie Benzemie po stronie Realu oraz Paulu Pogbie w Juventusie. O ile występ tego drugiego stoi pod znakiem zapytania, o tyle Benzema już przedwczoraj powrócił do treningów z drużyną. Istnieje więc prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, iż w przyszłą środę ujrzymy go na murawie.

Liga Europejska w pigułce

            Warto również kilka słów poświęcić Lidze Europejskiej, której tegoroczny finał odbędzie się na Stadionie Narodowym w Warszawie. Sporą niespodziankę sprawili Ukraińcy z Dnipropietrowska, którzy na stadionie świętego Pawła zremisowali z Napoli 1-1. I wydaje się, że na tę chwilę to właśni Dnipro znajduje się bliżej warszawskiego finału. Niestety, nie dane mi było obejrzeć tego meczu, dlatego też nie jestem w stanie określić, która z drużyn zaprezentowała się z lepszej strony, nie jestem też w stanie osądzić czy rezultat jest adekwatny do boiskowych wydarzeń.

            Dane mi za to było obejrzeć starcie w Sevilli, gdzie gospodarze ograli Fiorentinę 3-0. I choć suchy wynik nie do końca oddaje przebieg meczu, to wydaje się, że podopieczni Unai’a Emery’ego są w tej chwili głównym kandydatem do zdobycia trofeum. W dzisiejszym spotkaniu zaprezentowali się naprawdę fantastycznie, a samego siebie przeszedł Aleix Vidal, który najpierw dwukrotnie pokonał Neto, a na koniec zaliczył jeszcze asystę przy bramce Kevina Gameiro. Nie sposób nie docenić postępu, jaki wykonał ten zawodnik od czasu transferu Almerii. I jeśli w dalszym ciągu będzie rozwijał się w takim tempie to niewykluczone, że w niedalekiej przyszłości znajdzie uznanie w oczach Vicente del Bosque, który zresztą był tego wieczoru obecny na Estadio Ramon Sanchez Pizjuan. Pamiętając o znakomitej grze Sevilli oraz – mimo wszystko – niezłej piłce zaprezentowanej przez Fiorentinę trzeba zauważyć, że swoje trzy grosze – a właściwie to jakieś pięć złotych – dorzucił arbiter dzisiejszych zawodów. Sędziujący to spotkanie Felix Brych już w pierwszej połowie nie podyktował dwóch ewidentnych rzutów karnych (po jednym dla obu zespołów), a po przerwie puścił akcję, podczas której w polu karnym gospodarzy faulowany był Joaquin. I choć Sevilla była w tym spotkaniu zespołem lepszym to pewien niesmak pozostał. Zakładając bowiem, iż wszystkie trzy karne zostałyby wykorzystane, mielibyśmy wynik 4-2 dla gospodarzy, który gwarantowałby wielkie emocje w rewanżu. A tak, cóż… Grzegorz Krychowiak i spółka mogą powoli bukować bilety na lot do Warszawy.