wtorek, 14 lipca 2015

Iker Casillas - "Święty" czy diabeł?



              Lipiec to w futbolu najczęściej okres bardzo interesujący. Nie ze względu na zmagania boiskowe, ale na roszady dokonujące się we wszystkich klubach na świecie. Transfery – jedni piłkarze przychodzą, z innymi kluby się rozstają, powstaje również niezliczona ilość plotek na temat wzmocnień poszczególnych drużyn. Bez wątpienia bieżące okno transferowe – póki co rzecz jasna – można zaliczyć do niezwykle ciekawych. W Anglii furorę robią wzmocnienia Manchesteru United, na półwyspie Iberyjskim szaleje Barcelona, a w Italii wreszcie obudziły się dwa giganty z Mediolanu – Inter i Milan. Tak, obecna kampania transferowa w Europie ma szansę przejść do historii.
            Wszystkie ruchy na rynku transferowym bledną jednak przy informacji mówiącej o tym, iż Iker Casillas odchodzi z Realu Madryt. San Iker, po 25 latach spędzonych na Santiago Bernabeu, odchodzi do FC Porto. Transfer ten – jak można było się spodziewać – wywołał lawinę komentarzy. Piłkarscy fanatycy podzielili się na dwa obozy: zwolenników, którzy uważają, że czas Casillasa przy Concha Espina 1 już przeminął oraz przeciwników, uważających, że nie powinno się tak postępować z człowiekiem, który stał się legendą nie tylko Realu Madryt, ale i całego hiszpańskiego futbolu. Mówiąc szczerze, jestem rozdarty. Trafiają do mnie argumenty zarówno pierwszej, jak i drugiej grupy fanów. Ale po kolei, aby wszystko było jasne i klarowne.

San Iker – Święty

            Zacznę od argumentów używanych przez przeciwników odejścia Ikera, bo inaczej chyba mi nie wypada. W całej rozciągłości zgadzam się z tym, że Casillas to chodząca legenda los Blancos, człowiek-instytucja. Zaczął przygodę z piłką w wieku 9 lat, a następnie – konsekwentnie przechodząc przez wszystkie szczeble juniorskie – trafił do pierwszej drużyny, w której spędził ostatecznie 16 lat. Przez cały ten czas imponował nie tylko umiejętnościami bramkarskimi, ale także niesamowitym spokojem i pewnością siebie. Poza boiskiem emanował natomiast klasą. Był boiskowym dżentelmenem, madryckim odpowiednikiem Carlesa Puyola, a to w dzisiejszych czasach rzadkość. Dlatego też niezmiernie mnie dziwi, że jeden z największych klubów na świecie – jakim bez wątpienia jest Real Madryt – nie był w stanie podziękować Ikerowi tak, jak na to zasługiwał. Bo wybaczcie, ale machania do trybun na praktycznie pustym Estadio Santiago Bernabeu nie uważam za godne takiego zawodnika. Podobno sam Casillas zdecydował się na taką formę pożegnania, choć niewykluczone, że była to decyzja Florentino Pereza (który nota bene w tej sprawie również ma swoje za uszami). Ale nawet zakładając, że to san Iker podjął decyzję, to czy jest się czemu dziwić? Od dłuższego czasu Casillas nie był bowiem ulubieńcem trybun. Choć może to nieprecyzyjne określenie. Lepiej odda je stwierdzenie, że dla wielu ludzi na Bernabeu był on wrogiem! Oglądając mecze Realu miałem czasem wrażenie, iż ci ludzie tylko czekają na błąd portero z Madrytu, aby wygwizdać go z dziką satysfakcją. Oczywiście nie mam zamiaru generalizować, bo z pewnością duża część trybun zachowywała się zgoła odmiennie, aczkolwiek niesmak pozostał. Czy więc w takiej sytuacji można dziwić się obawom Ikera, że ci sami ludzie, którzy obrażali go i wygwizdywali podczas meczów, zjawią się na jego oficjalnym pożegnaniu, aby zgotować mu ostatnią salwę gwizdów? Nie wydaje mi się. Co by nie mówić, z pewnością nie tak powinien wyglądać ostatni dzień w klubie człowieka, który spędził w nim całe swoje piłkarskie życie.

El Diablo – diabeł?

            Było już o nienajlepszej – delikatnie mówiąc – postawie klubu. Teraz pora na grzeszki samego Casillasa. Bez wątpienia jednym z ważniejszych czynników jego odejścia była – najzwyczajniej w świecie – forma sportowa Ikera. Od pewnego czasu to już nie był ten bramkarz, który – razem z Bufonnem – „odsadził” resztę stawki o lata świetlne. Coraz częściej zdarzały mu się pomyłki, a coraz rzadziej fantastyczne interwencje. Dziś na Weszło! przeczytałem artykuł Krzysztofa Stanowskiego, który w pewnym momencie stwierdza, iż „nie przypomina sobie w ubiegłym sezonie meczu, w który Casillas byłby głównym winowajcą porażki”. Jest w tym sporo prawdy, ale ja wobec tego chciałbym usłyszeć odpowiedź na pytanie, ile w zeszłym sezonie było meczów, w których Iker był bohaterem, wybronił Realowi jakieś punkty? Bo osobiście oglądałem praktycznie wszystkie mecze Los Galacticos w sezonie 14/15 i nie przypominam sobie takiego meczu (może nie licząc Gran Derbi na Bernabeu, gdzie faktycznie popisał się kilkoma świetnymi interwencjami). Niestety, moim zdaniem Iker w tej chwili jest bramkarzem dobrym i nic ponadto. A dobry bramkarz to za mało, aby mieć pierwszy plac na Bernabeu. Real zawsze celuje w najwyższe trofea i w klubie potrzebny jest golkiper, który obroni coś „extra”. Potrzebny jest gość, który odbije piłką, którą wszyscy będą widzieli już w siatce. A Casillas – przy całym moim szacunku do niego – obecnie już się do nich nie zalicza.
            Niektórzy powiedzą: „No dobrze, ale mógł zostać w Realu w roli rezerwowego i za   2-3 lata skończyć w nim karierę”. Owszem, mógł. Ale Iker zmuszony był już siedzieć na ławce za czasów Jose Mourinho i każdy pamięta, jak to się skończyło. Niesnaski w szatni, szorstkie relacje ze szkoleniowcem, a następnie burzliwe rozstanie z Portugalczykiem. Moja opinia jest taka, że san Iker wciąż jest zbyt dobrym bramkarzem, by siedzieć na ławce. Tak jak napisałem wcześniej, nie jest to już ścisła światowa czołówka, ale wciąż gwarantuje wysoki poziom sportowy. Dlatego uważam, że FC Porto to dla niego klub wręcz idealny. Drużyna o uznanej marce, która dodatkowo rokrocznie występuje w Lidze Mistrzów, często również w fazie pucharowej. Wydaje mi się, że w Portugalii Iker zyska spokój, którego nie miał w Madrycie.
            Dodatkowo słychać było jeszcze różne plotki, dotyczące chociażby tego, że Casillas kłóci się z Realem o wysokość odprawy, chcąc wycisnąć z klubu ostatnią, sowitą pensję. Głośno było również kilka lat temu, podczas słynnej afery, kiedy to został określony mianem „kreta”, który wynosi informacje z szatni. Ale osobiście nie przywiązuję najmniejszej wagi do tych plotek, gdyż nie sądzę żeby człowiek, który spędził całe życie w jednym klubie, mógł działać na jego szkodę.

***


            Podsumowując, uważam, że transfer Ikera w obecnej sytuacji wyjdzie na dobre zarówno jemu, jak i klubowi. Oczywiście forma pożegnania Realu ze swoją legendą budzi spory niesmak, ale ze sportowego punktu widzenia transfer ten jest jak najbardziej zrozumiały. Casillas obecnie jest już jednak nieco poniżej poziomu oczekiwanego od pierwszego bramkarza Realu Madryt, a jemu samemu ciężko byłoby pogodzić się z rolą rezerwowego. Przenosiny do FC Porto mogą zatem okazać się strzałem w dziesiątkę, a sam golkiper z pewnością zdąży jeszcze obronić kilka groźnych strzałów, a także powiększyć swoją – już teraz bardzo okazałą – gablotę trofeów. Gracias, san Iker!

piątek, 8 maja 2015

Walka o bilety do Berlina i Warszawy trwa w najlepsze



             Liga Mistrzów weszła w decydującą fazę… I to weszła z wielkim przytupem! Pierwsze mecze półfinałowe przyniosły ogromną dawkę emocji i… nieco niespodziewane wyniki. W starciu Realu Madryt z turyńskim Juventusem faworyt wydawał się być oczywisty – i nie była to bynajmniej drużyna „Starej Damy”. Futbol ma jednak to do siebie, iż uwielbia zaskakiwać i to dlatego uważany jest za najwspanialszy sport na świecie. Tak też było i tym razem, gdyż „Królewscy” musieli uznać wyższość mistrzów Włoch, przegrywając w stolicy Piemontu 1-2. Bramka zdobyta przez Cristiano Ronaldo może jednak okazać się decydująca w perspektywie całego dwumeczu, Real ma bowiem przed sobą rewanż na Estadio Bernabeu. Dzień później na Camp Nou w szranki stanęli zawodnicy Barcelony i Bayernu. Starcie gigantów, określane mianem „przedwczesnego finału” zakończyło się rezultatem, którego chyba mało kto się spodziewał. Do 77. minuty wszystko było w normie. Barca miała przewagę, stwarzając sobie kilka świetnych okazji strzeleckich, ale nie potrafiła wyjść na prowadzenie. Bayern próbował się odgryzać (dodajmy, że dość nieudolnie), a najlepszą sytuację zmarnował Robert Lewandowski. W końcówce dał jednak o sobie znać geniusz Leo Messiego, który najpierw zdobył dwa gole, a następnie zaliczył asystę przy trafieniu Neymara. Trzy szybkie ciosy i monachijska maszyna padła na deski, z których piekielnie ciężko będzie jej się podnieść. W dalszym ciągu posługując się bokserską nomenklaturą można powiedzieć, że sędzia stoi już nad Bawarczykami i – odliczając do 10 – jest już gdzieś w okolicach „ósemki”. Knock-out jest blisko!

Rewanżowe przewidywania

            Pierwszego finalistę wyłoni wtorkowe starcie na Allianz Arena, gdzie Bayern podejmie Barcelonę. Tutaj jednak sprawa wydaje się oczywista. Być może Bawarczycy są na tyle dobrym zespołem żeby zdobyć przeciwko drużynie prowadzonej przez Luisa Enrique trzy bramki – co i tak graniczy z cudem – ale potencjał ofensywny „Blaugrany” pozwala zakładać, że w Monachium przynajmniej raz pokonają Manuela Neuera. Moim zdaniem kwestia tego dwumeczu jest już rozstrzygnięta, a wszystkie swoje nadzieje monachijczycy zaprzepaścili w doliczonym czasie gry pierwszego spotkania. Kiedy bowiem stracili drugą bramkę, rzucili się do desperackich ataków, zamiast nieco uspokoić grę, nawet kosztem utrzymania wyniku 0-2. A tak ruszyli do przodu i – rzecz jasna – nadziali się na kontrę, która na dobre przekreśla ich szanse na udział w berlińskim finale.
            Dużo ciekawiej będzie w stolicy Hiszpanii, gdzie na Estadio Santiago Bernabeu „Królewscy” zmierzą się z Juventusem. Piłkarze „Starej Damy” będą chcieli obronić jednobramkową zaliczkę z pierwszego meczu i w tym starciu wcale nie są bez szans. Mimo wszystko wydaje się, że wszystkie atuty są po stronie Realu. W końcu rewanż zagrają przed własną publicznością, w dodatku do zameldowanie się w Berlinie brakuje im skromnego 1-0. Z pewnością podopieczni Carlo Ancelottiego są drużyną o większych umiejętnościach, a także bardziej doświadczoną w grach o wielką stawkę. Massimilliano Allegri oraz jego podopieczni udowodnili już jednak, że grać w piłkę niewątpliwie potrafią, a jeśli dorzucimy do tego ich ogromne zaangażowanie oraz wolę walki, to szykuje nam się wielki mecz. Świetną wiadomością są również ostatnie doniesienia prasowe, według których na rewanż powinni być gotowi dwaj wspaniali, francuscy zawodnicy. Mowa oczywiście o Karimie Benzemie po stronie Realu oraz Paulu Pogbie w Juventusie. O ile występ tego drugiego stoi pod znakiem zapytania, o tyle Benzema już przedwczoraj powrócił do treningów z drużyną. Istnieje więc prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, iż w przyszłą środę ujrzymy go na murawie.

Liga Europejska w pigułce

            Warto również kilka słów poświęcić Lidze Europejskiej, której tegoroczny finał odbędzie się na Stadionie Narodowym w Warszawie. Sporą niespodziankę sprawili Ukraińcy z Dnipropietrowska, którzy na stadionie świętego Pawła zremisowali z Napoli 1-1. I wydaje się, że na tę chwilę to właśni Dnipro znajduje się bliżej warszawskiego finału. Niestety, nie dane mi było obejrzeć tego meczu, dlatego też nie jestem w stanie określić, która z drużyn zaprezentowała się z lepszej strony, nie jestem też w stanie osądzić czy rezultat jest adekwatny do boiskowych wydarzeń.

            Dane mi za to było obejrzeć starcie w Sevilli, gdzie gospodarze ograli Fiorentinę 3-0. I choć suchy wynik nie do końca oddaje przebieg meczu, to wydaje się, że podopieczni Unai’a Emery’ego są w tej chwili głównym kandydatem do zdobycia trofeum. W dzisiejszym spotkaniu zaprezentowali się naprawdę fantastycznie, a samego siebie przeszedł Aleix Vidal, który najpierw dwukrotnie pokonał Neto, a na koniec zaliczył jeszcze asystę przy bramce Kevina Gameiro. Nie sposób nie docenić postępu, jaki wykonał ten zawodnik od czasu transferu Almerii. I jeśli w dalszym ciągu będzie rozwijał się w takim tempie to niewykluczone, że w niedalekiej przyszłości znajdzie uznanie w oczach Vicente del Bosque, który zresztą był tego wieczoru obecny na Estadio Ramon Sanchez Pizjuan. Pamiętając o znakomitej grze Sevilli oraz – mimo wszystko – niezłej piłce zaprezentowanej przez Fiorentinę trzeba zauważyć, że swoje trzy grosze – a właściwie to jakieś pięć złotych – dorzucił arbiter dzisiejszych zawodów. Sędziujący to spotkanie Felix Brych już w pierwszej połowie nie podyktował dwóch ewidentnych rzutów karnych (po jednym dla obu zespołów), a po przerwie puścił akcję, podczas której w polu karnym gospodarzy faulowany był Joaquin. I choć Sevilla była w tym spotkaniu zespołem lepszym to pewien niesmak pozostał. Zakładając bowiem, iż wszystkie trzy karne zostałyby wykorzystane, mielibyśmy wynik 4-2 dla gospodarzy, który gwarantowałby wielkie emocje w rewanżu. A tak, cóż… Grzegorz Krychowiak i spółka mogą powoli bukować bilety na lot do Warszawy. 

czwartek, 23 kwietnia 2015

Życie bez "Lukity" jednak istnieje?

      

       Zdecydowanie najciekawszym piłkarskim wydarzeniem minionego dnia było rewanżowe starcie ćwierćfinałowe Ligi Mistrzów pomiędzy Realem i Atletico. Diego Simeone oraz jego podopieczni mieli okazję pobić rekord Pepa Guardioli i po raz ósmy z rzędu nie przegrać w starciu z „Królewskimi”. Fiestę popsuli jednak zawodnicy Blancos, którzy zdominowali rywala z Calderon i ostatecznie – po złotym golu „Chicharito” Hernandeza – to oni mogli cieszyć się z awansu do półfinału. Atletico bardzo długo przy życiu trzymał Jan Oblak, który rozgrywał kapitalny dwumecz, ale w końcu i on musiał skapitulować. Największym zaskoczeniem – o którym w dużej mierze będzie traktował ten tekst – było jednak wystawienie Sergio Ramosa na pozycji defensywnego pomocnika. Carlo Ancelotti postanowił zastosować ten, bez wątpienia ryzykowny, manewr i w moim odczuciu nie zawiódł się. Wychowanek Sevilli grywał już w przeszłości na pozycji defensywnego pomocnika, ale zdarzało się to incydentalnie, w wyjątkowych przypadkach. Jak poradził sobie we wczorajszym spotkaniu?
            Jedno jest pewne, Ramosowi nie udało się w pełni załatać dziury po Luce Modriciu. Następującym stwierdzeniem nie odkryję Ameryki, ale w obecnej kadrze Realu żaden zawodnik nie jest w stanie zastąpić Chorwata. Moim zdaniem jest to najlepsza „ósemka” na świecie, która ma kolosalny wpływa na grę Realu. Jego zastąpienie jest po prostu niemożliwe i siłą rzeczy „Królewscy” tracą na jakości, kiedy Lukita nie może grać. Nie to było jednak głównym zadaniem Ramosa we wczorajszym spotkaniu. Hiszpan przejął bowiem rolę najbardziej defensywnego pomocnika, którą zwykle piastował Toni Kroos, odciążając tym samym Niemca od części zadań obronnych. I trzeba powiedzieć, że etatowy stoper reprezentacji Hiszpanii wywiązał się ze swoich zadań bez większego zarzutu. Ogromna waleczność i determinacja sprawiły, że Real zdecydowanie wygrał walkę o środek pola, co miało niebagatelny wpływ na przebieg całego spotkania. Wychowankowi Sevilli zdarzały się co prawda momenty dekoncentracji, kiedy to w łatwej – wydawałoby się – sytuacji podawał piłkę wprost pod nogi zawodników Rojiblancos. Generalnie jednak jego gra defensywna stała na wysokim poziomie, przez co Atletico nie stworzyło sobie zbyt wielu groźnych sytuacji.
            O ile gra defensywna w wykonaniu Sergio była naprawdę dobra, o tyle kreowanie gry i podłączanie się do akcji ofensywnych nie wychodziło mu już tak dobrze. Choć tak po prawdzie trudno się temu dziwić, bo Ramos – jako typowy środkowy obrońca – na co dzień raczej nie zajmuje się kreacją ofensywnych poczynań zespołu. We wczorajszym meczu rolę tę przejął raczej Toni Kroos. Ramos nie bał się co prawda trudniejszych zagrań, nie starał się grać „na alibi”, do najbliższego, ale też nie popisał się w ofensywie żadnym zagraniem wartym większej uwagi (czemu trudno się dziwić). Grał rozważnie, bezpiecznie, bez większego ryzyka. Kilka razy zaprezentował swój firmowy, wspaniały przerzut, oddał też jeden strzał, który jednak bez trudu wyłapał Oblak. W tym miejscu muszę jednak wrzucić kamyczek do jego ogródka, gdyż moim zdaniem zbyt rzadko pojawiał się on w polu karnym gości. Jak wiadomo, jednym z głównych atutów Ramosa jest fantastyczna gra głową. Wydaje mi się więc, że w momencie kiedy piłka znajdowała się w bocznych sektorach boiska, wychowanek Sevilli powinien częściej ruszać w pole karne, gdzie po dośrodkowaniu miałby szansę na oddanie groźnego strzału głową. Oczywiście w tym czasie jego rolę defensywnego pomocnika przejmowałby Toni Kroos. Są to jednak tylko dywagacje, bo ostatecznie „Królewscy” wygrali to spotkanie, a taktyka obrana przez Carlo Ancelottiego okazała się nad wyraz skuteczna.
            Podsumowując, Sergio Ramos rozegrał wczoraj naprawdę przyzwoite zawody, bardzo solidnie w defensywie oraz przyzwoicie w ofensywie. Rzecz jasna szkoleniowiec Los Blancos nie będzie wystawiał wychowanka Sevilli na pozycji defensywnego pomocnika zbyt często, niemniej uważam, iż na spotkania z silniejszymi rywalami (szczególnie w kontekście zbliżających się półfinałów LM) jest to bardzo ciekawe rozwiązanie.

W pozostałych ćwierćfinałach bez niespodzianek

            Dzisiejsza analiza w dużej mierze dotyczyła Sergio Ramosa oraz Realu Madryt, ale przecież w ostatnich dniach rozegrano jeszcze trzy inne, ćwierćfinałowe spotkania piłkarskiej Ligi Mistrzów. Niestety, zdecydowanie zabrakło w nich dramaturgii. Na emocje liczono przede wszystkim w Monachium, gdzie Bayern musiał odrabiać dwubramkową stratę z pierwszego meczu przeciwko Porto. Bawarczycy dwumecz rozstrzygnęli jednak już w pierwszych 40 minutach, kiedy to pięciokrotnie trafiali do portugalskiej siatki. Ostateczny wynik, 6:1, dobitnie świadczy o jednostronności tego spotkania. Warto również dodać, że świetny występ zaliczył zdobywca dwóch bramek – Robert Lewandowski.
            Po pierwszym meczu na Parc des Princes chyba nikt nie wierzył, że Paris Saint-Germain jest w stanie odrobić straty z pierwszego meczu. Porażka 1-3 na własnym stadionie w zasadzie kończyła rywalizację w tym dwumeczu już na jego półmetku. W rewanżu obyło się bez sensacji i Barcelona pewnie awansowała do półfinału. Wynik otworzył Neymar (genialna asysta Iniesty!), który jeszcze przed przerwą ustalił wynik spotkania na 2-0. Po tym golu oglądaliśmy już typowe „dożynki” Paryżan, którzy mniej więcej od 15. minuty wyglądali tak, jakby najchętniej rzucili na murawę ręcznik i oddając walkowera udali się do szatni (wyjątek stanowił Marco Verratti).
            W drugim środowym meczu Juventus wywalczył awans kosztem AS Monaco. Pierwszy mecz, wygrany przez podopiecznych Maxa Allegriego nakazywał sądzić, że w rewanżu będziemy świadkami emocjonującego widowiska. Niestety, nic bardziej mylnego. Zawodnicy obu zespołów zaprezentowali bowiem zgromadzonym kibicom jeden z najnudniejszych spektakli w bieżącym sezonie. Juve – ukontentowane wynikiem dwumeczu – ustawiło się na własnej połowie i mądrze broniło dostępu do swej bramki. Gospodarze z księstwa mimo, że grali bardzo ambitnie, nie mieli żadnego pomysłu jak sforsować szczelną defensywę mistrzów Włoch. I choć może wynik dwumeczu na to nie wskazuje to awans Juventusu raczej nie podlegał dyskusji. W półfinale znalazła się drużyna bardziej dojrzała, wyrachowana i – mimo wszystko – o większych umiejętnościach czysto piłkarskich.

            A już jutro odbędzie się losowanie półfinałów LM. Wydaje się, że każda z drużyn biorących w nim udział chciałaby trafić na Juventus Turyn. Bo choć Juve to bez wątpienia bardzo dobry zespół, to przy Realu, Barcelonie i Bayernie wypada blado. Błędem byłoby jednak skreślanie podopiecznych Allegriego jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Jeśli miałbym zabawić się w typowanie to uważam, że Real zmierzy się z Juventusem, a Guardiola powróci na Camp Nou. Ale w typowaniu zawsze byłem słabym, więc zapewne pomylę się i tym razem J

poniedziałek, 13 kwietnia 2015

Warszawskie deja vu


            Cóż, wracam po dłuższej przerwie… Złożyło się na to kilka czynników, które jednak nie są na tyle ważne, aby o nich wspominać. Najważniejsze – przynajmniej dla mnie – że wracam z nowymi siłami i głodem pisania! J
            Przyznam szczerze, że wolałbym uniknąć pisania takich tekstów, jak ten dzisiejszy. Dotyczy on bowiem mojego ukochanego klubu, w którym nie dzieje się ostatnio najlepiej. Co prawda Warszawska Legia w dalszym ciągu przewodzi ligowej tabeli, ale jej przewaga nad drugim w tabeli Lechem wynosi już tylko dwa „oczka”, a w minioną sobotę podopieczni Henninga Berga przegrali już ósme spotkanie w bieżącym sezonie, ulegając na wyjeździe Lechii Gdańsk 0-1. Sami przyznacie, że 8 porażek w 27 spotkaniach to bilans fatalny, przynajmniej w odniesieniu do drużyny aspirującej do mistrzostwa Polski oraz ewentualnej grze w elitarnej Lidze Mistrzów. Nie wiem jak innym, ale mnie obecna Legia do złudzenia przypomina tę prowadzoną przed trzema laty przez Macieja Skorżę. Wtedy też była to drużyna bez charakteru, toporna, do bólu przewidywalna. I nie muszę chyba przypominać, jak skończył się tamten sezon… Warto zastanowić się zatem, gdzie leży przyczyna fatalnej dyspozycji „Wojskowych” w rundzie wiosennej? Gdzie zostały popełnione błędy? Według mnie możemy wyróżnić trzy główne powody takiej sytuacji.

Nadmierne roszady

            Główny – moim zdaniem – powód słabych wyników Legii w bieżącej rundzie. Bardzo trafnie został on również opisany w jednym z felietonów na portalu legia.net. I przyznam szczerze, że w 100% zgadzam się z opinią zawartą w wymienionym przeze mnie tekście. Henning Berg bardzo często wspomina o rotacji, żeby zawodnicy teoretycznie pierwszego składu nie byli przemęczeni. Problem w tym, że to co serwuje Norweg to nie rotacja, a istne trzęsienie ziemi! Uważam bowiem, że z rotacją mamy do czynienia, gdy w wyjściowym składzie na kolejny mecz dokonuje się 2-3 roszad, wymieniając jedynie zawodników w najsłabszej dyspozycji lub tych najbardziej przemęczonych (dochodzą do tego jeszcze kontuzje i pauzy za kartki). Jeśli jednak trener w dwóch kolejnych spotkaniach wystawia dwie zupełnie różne drużyny to mamy już do czynienia z rewolucją. Co znamienne, przez takie podejście trenera zanika również rywalizacja. Piłkarze nie mają bowiem odpowiedniej motywacji wiedząc, że czego by nie zrobili – w najbliższym ważnym meczu i tak wyjdą w pierwszym składzie (i analogicznie – czego by nie zrobili, w ważnym spotkaniu i tak nie zagrają od pierwszych minut). Najbardziej jaskrawym przykładem jest tutaj Orlando Sa. Portugalczyk może nie jest w najwyższej formie, ale ma to coś, co cechuje dobrego napastnika – strzela bramki. I choć w tym sezonie jest głównie rezerwowym, to w lidze uzbierał już 11 trafień. Tylko co z tego, skoro zamiast niego w pierwszym składzie najczęściej występuje Marek Saganowski, który w spotkaniu Pucharu Polski z Podbeskidziem w końcu się przełamał i przerwał trwającą 147 miesięcy posuchę strzelecką. Rywalizacja w drużynie to bardzo ważny element, który napędza zespół i pozwala mu stać się jeszcze mocniejszym. Jej brak ma skutek zupełnie odwrotny.

Błędy w okresie przygotowawczym

            Argument dość rzadko wymieniany, aczkolwiek bardzo ważny. Wydaje się bowiem, że legioniści nie zostali należycie przygotowani do rundy wiosennej. Bo choć od pewnego czasu grają już systemem 7-dniowym (jeden mecz w tygodniu), to w końcowych fragmentach spotkań ewidentnie widać, że zaczyna brakować im „pary”. Oczywiście pisząc o okresach 7-dniowych mam również na myśli „rewolucję Berga”, o której pisałem w poprzednim akapicie. Bo choć Legia grała w środku tygodnia dwa dwumecze pucharu Polski – ze Śląskiem i Podbeskidziem – to mało który zawodnik grał po 90 minut zarówno w pucharze, jak i 3-4 dni później w lidze. Wracając jednak do meritum, kiedy trener Berg przychodził do klubu zimą zeszłego roku, okres przygotowawczy był wyjątkowo krótki. Norweg postanowił więc, że zawodnicy przepracują ten czas trochę luźniej, bazując głównie na zajęciach z piłkami. W tym roku szkoleniowiec ekipy z Łazienkowskiej postanowił powtórzyć ten manewr, aczkolwiek tym razem nie przyniosło to oczekiwanego skutku. Całkiem możliwe też, że rację mają osoby uważające, że główną przyczyną słabego przygotowania legionistów jest osoba trenera od przygotowania fizycznego. I faktycznie, póki odpowiedzialny za to był Cesar Sanjuan „Szklarz”, drużyna z Łazienkowskiej była „nie do zajechania”, ewidentnie górując w tym elemencie nad innymi drużynami. Po jego odejściu Legia zaliczyła pod tym względem spory regres. Może warto pomyśleć nad powtórnym zatrudnieniem Sanjuana? Tym bardziej, że przed kilkoma tygodniami zakończył on swą przygodę z Osasuną Pampeluna…

Bierność na rynku transferowym

            Temat najczęściej wałkowany w mediach, dlatego też nie będę zbyt długo się nad nim rozwodził. To prawda, że Legia zimą nie dokonała ani jednego prawdziwego wzmocnienia pierwszej jedenastki, sprzedając przy tym największą gwiazdę. Malarz jest jedynie solidnym zmiennikiem, Furman nie dostaje tylu szans, na ile zasłużył swoją grą w tych kilku meczach, a Masłowski wygląda jakby na boisko wychodził z dwukilowym bagażem w gaciach. Prawdą również jest to, że nikt nie przejął na swoje barki odpowiedzialności za grę po odejściu Miro Radovica. Wszystko to prawda, ale moim zdaniem Legia dysponuje na tyle silną i wyrównaną kadrą, że ubytek nawet takiego zawodnika jak Rado nie powinien spowodować aż takiej dysproporcji w wynikach. Jeśli bowiem popatrzymy na skład drużyny z Łazienkowskiej to praktycznie na każdej pozycji mamy do czynienia z czołowymi zawodnikami tej ligi. Tylko właśnie, nazwiska nie grają. Jak zwykle wszystko weryfikuje boisko i obecna forma zawodników, czyli to, o czym wspomniałem w poprzednim akapicie.


            Podsumowując, nie będę specjalnie odkrywczy pisząc, że nie jest dobrze. W tej chwili można już chyba powiedzieć, że Legia przeżywa kryzys i jak najszybciej musi się z niego wydostać. Oczywiście nic jeszcze nie jest przesądzone. Najważniejsze mecze wciąż przed podopiecznymi Henninga Berga, a ponadto legioniści – mimo słabej gry i wyników – wciąż przewodzą ligowej tabeli. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że piłkarze oraz sztab szkoleniowy wreszcie wyciągną te legendarne wnioski – o których mówią po każdym niekorzystnym wyniku – i wrócą na właściwe tory. Bardzo chciałbym bowiem po raz kolejny udać się na Starówkę i wspólnie świętować trzeci z rzędu tytuł mistrzowski!

czwartek, 12 marca 2015

Oporna FIFA, czyli kilka słów o wideo weryfikacji



               Bezsprzecznie najważniejszym w futbolu wydarzeniem wczorajszego dnia był awans Paris Saint Germain do 1/4 finału Ligi Mistrzów. Piłkarze z Paryża po heroicznym boju i grze przez ponad 90 minut w osłabieniu, zdołali ostatecznie wyeliminować Chelsea Londyn, a wszystko rozstrzygnęło się po dogrywce. Podopieczni Jose Mourinho mogą sobie pluć w brodę, ponieważ od 32. minuty grali w przewadze, po czerwonej kartce dla największej gwiazdy Francuzów – Zlatana Ibrahimovica. Oczywiście należy podkreślić znakomitą grę paryżan, którzy wolą walki i zaangażowaniem zdeklasowali wyspiarzy, ale w tym tekście chciałbym skupić się na najgorszym aktorze wczorajszego – bez wątpienia wspaniałego – spektaklu. I dodam od razu, że nie jest to żaden z piłkarzy. Bjorn Kuipers – arbiter wczorajszego meczu. Sędzia o bardzo wysokiej reputacji, często prowadzący mecze na najwyższym poziomie, wczoraj po prostu się kompromitował. Jedyny plus jest taki, że ostatecznie nie udało mu się wypaczyć wyniku spotkania. Holender mylił się wczoraj z wyjątkowo wysoką częstotliwością, co chwila krzywdząc jedną bądź drugą drużynę. Najważniejsze z nich to oczywiście niesłuszne wyrzucenie Zlatana, niewyrzucenie z boiska Davida Luiza oraz Diego Costy, niepodyktowanie rzutu karnego dla Chelsea oraz podyktowanie tego niezbyt ewidentnego. Do tego dochodzi szereg mniej widocznych błędów, tak jak losowe gwizdanie „miękkich” przewinień. Bez wątpienia arbiter zepsuł wczorajszy mecz, ale w związku z tym pojawia się jedno, bardzo ważne pytanie: kiedy w końcu w futbolu zagości możliwość oglądania powtórek przez sędziów?

Siatkówka wskazała drogę?

            Nie wiedzieć czemu światowe władze piłkarskie od lat wzbraniają się przed wprowadzeniem powtórek wideo podczas meczów. Argumentują to tym, iż wprowadzenie tzw. „challenge’ów” wpłynęłoby negatywnie na płynność meczu. Dla mnie to kompletna bzdura. Czas trwania takiej wideo weryfikacji to ledwie kilkanaście sekund. W meczu piłkarskim co chwila zdarzają się przerwy, które umożliwiłyby sprawdzenie poprawności decyzji sędziowskiej. Przykładowo, podczas gdy we wczorajszym meczu Oscar zwijał się z bólu po rzekomo „brutalnym” ataku Zlatana, sędzia osiemnaście razy zdążyłby sprawdzić, czy podjął słuszną decyzję.
            Oczywiście doskonale zdaję sobie sprawę, że możliwość wzięcia powtórki powinna być ograniczona. Nie może przecież być tak, że trenerzy chcą sprawdzać, czy arbiter słusznie przyznał jednej z drużyn rzut z autu. W takim przypadku argument o „zabijaniu” płynności gry byłby już jak najbardziej trafny. Dlatego też działacze FIFA powinni wzorować się na innych dyscyplinach. W piłce ręcznej trenerzy mogą wziąć challenge trzy razy w ciągu meczu, w tenisie zawodnicy mają taką możliwość trzy razy w ciągu jednego seta. Wydaje mi się, że gdyby w piłce nożnej wprowadzono podobne zasady jak w „szczypiorniaku”, to w żaden sposób nie ucierpiałaby dynamika meczu. Wiadomo rzecz jasna, że mylić się jest rzeczą ludzką. A sędziowie to przecież tylko ludzie. Poważny problem zaczyna się jednak wtedy, gdy te pomyłki niweczą czyjś ogromny wysiłek i trud. A jeszcze gorzej, gdy uświadomimy sobie, że tych pomyłek w bardzo prosty sposób można było uniknąć…

Jakie widoki na przyszłość?


Niestety, wydaje się, że póki w FIFA nie nastąpi „zmiana warty”, póty wideo weryfikacja nie zostanie wprowadzona. Blatter oraz jego świta od kilku lat tak zażarcie bronią się przed tą zmianą, iż wątpliwe żeby jakikolwiek argument w końcu ich przekonał. Dla obecnie rządzących futbolem świetnym pomysłem na wprowadzenie innowacji jest zorganizowanie mundialu w zimę, w Katarze. Wiadomo, pieniądze robią swoje… Ale żeby poważnie usprawnić futbol i ograniczyć możliwość wypaczenia wyniku do minimum? O nie! Co to, to nie! To zabiłoby całe piękno i dramaturgię tej gry! Dlatego osobiście bardzo się cieszę, że już niedługo odbędą się wybory na nowego prezesa światowej federacji futbolowej. A moja radość jest tym większa, iż jednym z kandydatów jest legendarny Luis Figo. I mam wielką nadzieję, iż to on wygra te wybory w cuglach. Bo właśnie ktoś taki: młody, ambitny działacz, który jeszcze niedawno był jednym z najlepszych zawodników na świecie (a więc doskonale znający środowisko oraz potrzeby współczesnego futbolu) może sprawić, iż ten najwspanialszy sport na świecie stanie się jeszcze lepszy. Luis, trzymam kciuki!

poniedziałek, 9 marca 2015

Gran Derbi, czyli w poszukiwaniu mistrza Hiszpanii



            Święta wojna. El Clasico. Gran derbi. Krótko mówiąc, prawdopodobnie najważniejsze piłkarskie wydarzenie roku. Czas, w którym na 90 minut cały piłkarski świat zamiera w bezruchu, delektując się starciem Realu Madryt z FC Barceloną. Często jest to mecz o większym ciężarze gatunkowym niż chociażby finał Ligi Mistrzów. Do spotkania na szczycie La Liga pozostało już ledwie dziesięć dni. Dwudziestego drugiego marca, punktualnie o godzinie 20:00 zabrzmi pierwszy gwizdek na Camp Nou. Czego możemy spodziewać się po nadchodzącym „starciu gigantów”?

Dlaczego wygra Barca?

            Na dzień dzisiejszy wydaje się, że większą szansę na zwycięstwo w tym spotkaniu ma Barcelona. Podopieczni Luisa Enrique są ostatnio w bardzo dobrej formie, a wpadkę zaliczyli jedynie z Malagą, której ulegli na Camp Nou 0-1. Oprócz tego Blaugrana spisuje się jednak bez zarzutu. W Pucharze Króla dotarła do finału, pokonując po drodze m.in. Atletico Madryt oraz Villarreal. W meczu o główne trofeum zmierzą się natomiast z dzielnymi Baskami z Bilbao. W lidze – poza wspomnianą porażką z Malagą – Katalończycy również radzą sobie bardzo dobrze, a potwierdzeniem tego jest wczorajsza demolka Rayo Vallecano. Messi i spółka urządzili sobie bowiem prawdziwy festiwal strzelecki, wygrywając 6:1.
            Skoro jesteśmy już przy Messim to bez echa nie powinna przejść także forma ofensywnego tercetu z Camp Nou. Leo Messi wrócił do swojej bardzo wysokiej formy, Luis Suarez zaczął wreszcie pokazywać, że wart był wydania na niego fury pieniędzy, a i Neymar zaczął regularnie pokazywać swój ogromny potencjał. W opozycji do tej trójki jest kastylijski tercet BBC. Benzema, Bale, a przede wszystkim Cristiano póki co z pewnością nie mogą zaliczyć obecnego roku do udanych. Gareth Bale pozostaje typowym „jeźdźcem bez głowy”, o niezwykle małej efektywności, a po ubiegłorocznej formie – zarówno strzeleckiej, jak i „jakościowej” – nie pozostał już ślad. Najlepiej z całej trójki prezentuje się Karim Benzema, ale i on nie prezentuje takiego poziomu oraz regularności, do jakiej przyzwyczaił. Wobec powyższych faktów wydaje się, że to obrona Realu będzie miała większe problemy z zatrzymaniem formacji ofensywnej rywala, niż odwrotnie.
            Bardzo ważnym aspektem w tym starciu jest ten psychologiczny. I tu również przewaga jest po stronie Barcelony. Jeszcze kilka tygodni temu goście z Madrytu prowadzili w tabeli z bezpieczną, czteropunktową przewagą. Przewagą, którą roztrwonili na przestrzeni zaledwie 6 dni! Najpierw zremisowali u siebie 1:1 z Villarreal, by kilka dni później polec 0:1 w Bilbao. Wpadki te bezlitośnie wykorzystali podopieczni Luisa Enriqe, którzy po wczorajszej kanonadzie z Rayo objęli prowadzenie w tabeli. Nie bez znaczenia będzie również atut gry na własnym boisku. Podopieczni Carlo Ancelottiego będą oczywiście mogli spodziewać się potężnej, niemal 100-tysięcznej porcji gwizdów.

Czemu lepszy jest Real?

            W tej chwili duża część ekspertów skazuje Królewskich na pożarcie. Przy odpowiednim podejściu może okazać się to atutem. Sęk w tym, że jeśli Carlo Ancelotti dobrze to rozegra, to zdejmie ze swoich zawodników ciążącą na nich presję, dzięki czemu szanse na końcowy triumf zdecydowanie wzrosną. Wydaje się również, że po prostu nie ma lepszego momentu na przełamanie kryzysu niż wyjazdowa potyczka z odwiecznym rywalem. Właśnie w takich meczach ujawnia się charakter drużyny, o ile go posiada. Osobiście wierzę jednak, że goście z Madrytu pokażą ów charakter, dzięki czemu będziemy świadkami wspaniałego spotkania.
            Jeśli przed spotkaniem można doszukiwać się jakichś plusów po stronie Realu, to jest to z pewnością… sposób gry Barcelony. Tak, tak, dobrze przeczytaliście. Nie trzeba być bowiem taktycznym geniuszem żeby zauważyć, że Real po prostu nie umie rozgrywać piłki w ataku pozycyjnym. Ich naturalnym stylem gry jest gra z kontrataku, która bardzo często przynosi zabójcze efekty. Jak powszechnie wiadomo, w Barcelonie wyznaje się kulturę bardzo długiego rozgrywania piłki. I to jest moim zdaniem siła Madrytczyków w najbliższym spotkaniu. Jeśli tylko będą uważnie grać w obronie i nastawią się na grę z kontrataku, to na wrogim terenie mogą pokusić się o zdobycie chociaż jednego punktu.
            Na koniec zostawiłem argument najprzyjemniejszy. Luka Modric. Na tę chwilę wydaje się, że chorwacki geniusz na Camp Nou będzie gotowy do gry od pierwszego gwizdka. A nie trzeba mówić, jaką pozycją cieszy się Lukita wśród piłkarzy, kibiców oraz sztabu szkoleniowego z Concha Espina. Filigranowy pomocnik do chwili odniesienia kontuzji był kluczowym zawodnikiem w talii Ancelottiego, a bez niego mało kto wyobrażał sobie ówczesny Real Madryt. Pod jego nieobecność część jego obowiązków wziął na siebie Isco, ale gdy ta dwójka wybiegnie razem na boisko – będziemy mogli spodziewać się naprawdę wysokiej jakości w drugiej linii Królewskich.

            Podsumowując, ferowanie wyniku przed tego typu meczem jest jak wróżenie z fusów. Na papierze obie drużyny prezentują ten sam poziom, ostatnia forma oraz inne, aktualne czynniki w lepszej pozycji stawiają Barcę. Real z pewnością będzie chciał jednak powetować sobie ostatnie, nienajlepsze wyniki. Bez względu na wynik liczę jednak na świetny, wyrównany mecz. Czego sobie i wam życzę J

piątek, 27 lutego 2015

Jak to Ajax Legię ograł...

    Po takim meczu jak ten dzisiejszy ciężko na gorąco wysnuć jakieś konstruktywne wnioski. Na usta cisną się bowiem nieparlamentarne w większości słowa. Od kilku dni w szeregach warszawskiej Legii panowały niezwykle bojowe nastroje, które skończyły się… wraz z pierwszym gwizdkiem sędziego. Wyglądało to tak, jakby po wyjściu na boisko piłkarze stołecznego zespołu całą swoją pozytywną energię przekuli w strach. Strach, że jedna bramka Ajaxu praktycznie uniemożliwi im awans do dalszej fazy rozgrywek. Podopieczni trenera Berga grali niezwykle nerwowo, było dużo niedokładności, prostych strat. Sam mecz rozstrzygnął się w dwie minuty, kiedy najpierw po indywidualnej akcji gola zdobył Milik, a chwilę później po centrze z rzutu wolnego, strzałem głową wynik podwyższył Viergever. Przed przerwą trzecią bramkę dorzucił Milik i można było spodziewać się pogromu. Szczęście w nieszczęściu, że w drugiej części gry Ajax nie miał już parcia na kolejne bramki, a w ostatnich kilkunastu minutach oddał nawet inicjatywę Legii. Podopieczni Franka de Boer’a wyszli chyba jednak z założenia „grajcie, bo nam się już nie chce”. Ostatecznie wynik do końca nie uległ zmianie i klub z Łazienkowskiej pożegnał się z europejskimi pucharami.
    Rzecz jasna ta porażka nie powinna zamazać naprawdę udanej przygody Legii w tegorocznej edycji europejskich pucharów. Wspaniały dwumecz z Celticiem (jak wiadomo zaprzepaszczony w najgłupszy z możliwych sposobów, ale to już nie wina piłkarzy), łatwe ogranie Kazachów z Aktobe, 15 punktów i pierwsze miejsce w grupie Ligi Europy. Tak, z pewnością za te osiągnięcia piłkarzom oraz całemu sztabowi szkoleniowemu należą się duże brawa. Nie zmienia to jednak faktu, że w dwumeczu z Ajaxem legioniści rozegrali jedynie jedną dobrą połówkę, a w pozostałej części rywalizacji byli głównie statystami. Jak już pisałem wcześniej, ciężko po takim meczu wysnuć na gorąco jakieś wnioski, ale mimo to spróbuję:

Gra bez bramkarza

    Dusan Kuciak to z pewnością bardzo dobry bramkarz, można powiedzieć, że w skali polskiej ligi nawet znakomity. Nie zmienia to jednak faktu, że w obecnym sezonie jest po prostu bez formy. Już jesienią przytrafiały mu się liczne błędy, że przypomnę tylko mecze w Gliwicach, Bielsku-Białej czy Szczecinie. Według mnie w dzisiejszym spotkaniu również się nie popisał, a dwie pierwsze bramki w dużej mierze obciążają jego konto. W pierwszej sytuacji miał obowiązek złapać piłkę po uderzeniu Milika, który w zasadzie trafił prosto w niego. W drugiej natomiast miał obowiązek wyjść do dośrodkowania, które spadało w okolice 5-6 metra. Warto również zaznaczyć, na co wielu ekspertów nie zwraca uwagi, że Słowak kompletnie nie umie grać nogami. W tym elemencie piłkarskiego rzemiosła jest po prostu tragiczny. A jeśli dodamy do tego słabą formę „czysto bramkarską” to mamy taki obraz, jaki widzieliśmy w dzisiejszym meczu.

Brak skuteczności

    Sprawa dość oczywista. Jeśli nie strzelasz bramek to nie masz prawa myśleć o awansie do kolejnej rundy. Zaryzykuję twierdzenie, że Legia w tym dwumeczu stworzyła sobie więcej dobrych okazji bramkowych od Ajaxu. Różnica polegała na tym, że podopieczni de Boer’a byli bezlitośni i praktycznie każdy błąd byli w stanie zamienić na bramkę, a Legia co chwila obijała Cillessena. Prym wiedli w tym oczywiście Orlando Sa oraz Michał Żyro, ale swoje sytuacje mieli również Michał Kucharczyk (spektakularne pudło!) czy Tomasz Jodłowiec. Niestety, z takim rywalem jak Ajax Amsterdam takie sytuacje po prostu trzeba zamieniać na gole.

Brak środka pola

    Bez dwóch zdań, Ajax dosłownie zmasakrował Legię w środku pola. Najlepszy w holenderskiej drużynie był moim zdaniem Thulani Serero, ale i reszta zawodników z Amsterdamu nie ustępowała mu poziomem. Cechowało ich świetne przewidywanie gry, bardzo dobry odbiór, a także umiejętność gry na jeden kontakt. Druga linia mistrza Holandii przewyższała tę warszawską przynajmniej o dwie klasy. Na tle kolegów najmniej tragicznie prezentował się chyba Ivica Vrdoljak: dużo walki, kilka odbiorów, próba wzięcia ciężaru gry na siebie. Michał Masłowski wypadł podobnie jak cała Legia: w całym dwumeczu zagrał dobrze jedynie drugą połowę meczu w Amsterdamie. Przez resztę czasu był zupełnie niewidoczny, odcięty od gry, przestraszony. Widać, że ten chłopak potrzebuje jeszcze czasu, aby przyswoić taktykę i schematy Henninga Berga. Największy zawód sprawił jednak Tomasz Jodłowiec, który zagrał dziś chyba najgorszy mecz w swojej przygodzie z piłką. Mnóstwo strat, niewymuszone błędy, brak udanych, ofensywnych wejść… Jednym słowem: dramat. Najlepszym dowodem na słabość legijnego środka był fakt, iż najlepszym zawodnikiem tej formacji okazał się… Helio Pinto, który pojawił się na boisku z ławki rezerwowych. Cóż, z tak dysponowanym środkiem pola – który najczęściej ma największy wpływ na boiskowy rozwój wypadków – Legia nie miała prawa ograć Ajaxu.

Absencje

    Nie napiszę niczego nowego, ale kluczowa dla ofensywnych poczynań Legii była nieobecność Miro Radovica oraz Ondreja Dudy. Tych dwóch gości nie dość, że potrafiło w pojedynkę wygrać mecz, to jeszcze świetnie rozumiało się na boisku, stanowiąc niezwykle groźny i kreatywny duet. Od początku wydawało się, że Michał Masłowski to jeszcze nie ten kaliber i niestety, obawy te się potwierdziły. Niełatwo też zrozumieć decyzję Henninga Berga, który w Amsterdamie nie znalazł dla Rado miejsca nawet na ławce. A moim zdaniem to właśnie tam legioniści przegrali awans. Gdyby strzelili choć jedną bramkę – w Warszawie to Ajax musiałby od początku zaatakować, a drużyna z Łazienkowskiej mogłaby nastawić się na kontry, czyli to, co jej najbardziej odpowiada. Nie ma jednak co gdybać – mistrz Polski okazał się słabszy od mistrza Holandii i zasłużenie odpadł z rozgrywek. Oby piłkarze, sztab szkoleniowy oraz działacze wyciągnęli odpowiednie wnioski. Tak, abyśmy za rok o podobnej porze świętowali awans do kolejnej rundy, bądź emocjonowali się starciami polskiego klubu w Lidze Mistrzów.