sobota, 14 czerwca 2014

O mundialu sprzed 60 lat...

                MUNDIAL. Jedno słowo, tysiące emocji. Czas, kiedy możemy oglądać fantastyczne bramki, zachwycać się fenomenalnymi interwencjami bramkarzy, podziwiać pomysłowość ludzi zasiadających na trybunach, a także – niestety – czuć zażenowanie po kolejnych sędziowskich gafach. Tak, mistrzostwa świata w piłce nożnej Brasil 2014 ruszyły pełną parą… Jednak nie o bieżących wydarzeniach mam dziś zamiar pisać. Jak wszyscy zapewne doskonale już wiedzą, największym beneficjentem pierwszych dwóch dni turnieju są Holendrzy, którzy rozbili w pył aktualnych mistrzów świata – Hiszpanów. Drużyna Oranje zagrała nie tylko pięknie dla oka, ale i bardzo skutecznie, co z miejsca stawia ich w roli mocnego kandydata do medalu. Klamrą spinającą wczorajsze spotkanie pomiędzy Hiszpanią a Holandią oraz to, o czym będzie traktował ten tekst jest właśnie piękna gra. Otóż, równe 60 lat temu – w 1954r. – widzowie mieli okazję oglądać jedną z najlepszych drużyn w historii futbolu.
                WĘGRY. Aktualnie co najwyżej europejski średniak. Kraj, który ostatni raz na wielkim turnieju zagrał blisko 30 lat temu, w 1986 roku w Meksyku. Dzisiaj na dźwięk tego słowa żadnemu z poważnych zawodników nie zadrżą łydki. Ale w okresie powojennym, na przełomie lat 40. i 50. było zupełnie inaczej. „Madziarzy” doczekali się wówczas piłkarskiego pokolenia, które zdarza się raz na kilkaset lat. Narodziny „złotej drużyny” miały miejsce w 1952 roku, podczas Igrzysk Olimpijskich w Helsinkach. Węgrzy wygrali wówczas wszystkie pięć spotkań, które przyszło im rozgrywać. Strzelili w nich 20 bramek, tracąc zaledwie 2. Prawdziwy popis dali w ćwierćfinale – pokonując Turków 7:1 – a następnie w półfinale, kiedy to rozbili Szwedów 6:0.
                Swoją dominację Węgrzy chcieli potwierdzić dwa lata później, na mundialu w Szwajcarii. Mając w składzie takich zawodników jak József Bozsik, Ferenc Puskas, czy fenomenalny Sandor Kocsis z miejsca stali się głównym faworytem do zdobycia Złotej Nike. W fazie grupowej los przydzielił im reprezentacje RFN, Turcji oraz Korei Południowej. W swoim pierwszym spotkaniu „Madziarzy” rozbili Koreę Południową aż 9:0, a kilka dni później „przejechali się” po  Niemcach 8:3! Siedem spośród tych bramek zdobył Kocsis, trzy dołożył Puskas. W ćwierćfinale przyszło im zmierzyć się z ekipą „Canarinhos”, który bez trudu ograli 4:2. Dopiero w półfinale trafili na godnego siebie rywala, kiedy to po dogrywce (po dwóch golach Kocsisa) pokonali – również w stosunku 4:2 – Urugwaj. W finale los ponownie zetknął ich z drużyną RFN, która zdążyli już upokorzyć podczas spotkań grupowych. I przez pierwszych kilka minut wydawało się, że finał będzie miał identyczny przebieg. Węgrzy błyskawicznie wyszli na dwubramkowe prowadzenie po golach Puskasa oraz Czibora. Potem jednak stała się rzecz niewytłumaczalna. Jedna drużyna nagle przestała grać w piłkę, drugiej natomiast wszystko zaczęło wychodzić. Niemcy straty odrobili jeszcze przed przerwą, a w drugiej części strzelili zwycięskiego gola, zdobywając tym samym trofeum. Tyleż niespodziewanie, co zasłużenie. Węgrom na pocieszenie został jedynie tytuł króla strzelców dla Sandora Kocsisa (11 bramek).
                Jak się okazało, był to schyłek jednej z najwspanialszych drużyn w historii futbolu. Podczas następnych Igrzysk Olimpijskich – w 1956 roku w Melbourne – węgierscy piłkarze już nie wystąpili. Za punkt kulminacyjny uważa się Powstanie Węgierskie (właśnie w 1956 roku), z powodu którego wielu świetnych zawodników – na czele z Puskasem, Kocsisem i Cziborem – wyemigrowało do Hiszpanii. Puskas został zawodnikiem Realu Madryt, Kocsis i Czibor grali w Barcelonie. Rzecz jasna w tamtych czasach Węgry znajdowały się za tzw. „Żelazną Kurtyną”, emigracja oznaczała zatem dożywotni zakaz gry w reprezentacji narodowej. Z biegiem lat reprezentacja Węgier stawała się coraz słabsza i nigdy już nie powróciła do dawnej świetności.

                W kolejnych latach futbol rozwijał się bardzo dynamicznie, na mistrzostwach świata pojawiały się kolejne drużyny grające niezwykle widowiskowo – jak choćby Brazylia w 1970r. albo Rinus Michels oraz jego „futbol totalny”. W ostatnich latach pojawiła się także „La Furia Roja” – Hiszpania ze swoją słynną tiki-taką. Zaryzykuję jednak tezę, że żadna z tych drużyn – umiejętnościami ani widowiskowością – nie dorównywała legendarnej ekipie „Madziarów”, prowadzonej przez Gustava Szebesa. Kto wie, może wreszcie, po tylu latach, podczas tegorocznego mundialu objawi nam się drużyna pokroju Puskasa, Kocsisa i spółki?

wtorek, 10 czerwca 2014

Pieniądz okiełznał "Nieposkromione Lwy"?

                Po bardzo długim czasie postanowiłem reaktywować mojego bloga i ponownie zacząć pisać… Dlaczego wracam do pisania? Choć w zasadzie lepsze będzie pytanie: dlaczego przestałem pisać? Otóż złożyło się na to wiele czynników. Przede wszystkim długa kontuzja, która wyeliminowała mnie z treningów na długi czas, przez co nie mogłem opisywać swoich biegowych zmagań. Brak weny? Możliwe. Mało interesujący czas w świecie futbolu? Niewykluczone. Najważniejsze jednak, że znów postanowiłem pisać i tym razem mam zamiar ruszyć z kopyta! Mam nadzieję, że ktokolwiek będzie tu zaglądał J
                Kilka dni temu natknąłem się na informację, która wywarła na mnie kolosalne wrażenie. Jak co dzień przeglądałem Internet w poszukiwaniu tekstów wartych zainteresowania, kiedy to na jednej ze stron dosłownie powalił mnie ogromny tytuł, który brzmiał: „Reprezentacja Kamerunu nie pojechała na mundial”. Jak zwykle w tego typu sytuacjach, spór rozchodzi się o pieniądze. Władze kameruńskiej federacji proponują zawodnikom po 70 tys. Euro premii na głowę, zawodnicy oczekują stawki w wysokości… 180 tys. Euro! Głównym argumentem piłkarzy „Nieposkromionych Lwów” jest fakt, iż każda federacja za udział w mundialu otrzyma około 6 mln Euro, więc działacze mają z czego płacić. I choć ostatecznie Samuel Eto’o i jego koledzy zameldowali się na brazylijskiej ziemi, ja chciałbym odnieść się krótko do zaistniałej sytuacji.
                W mojej opinii nie do pomyślenia jest, aby o tym, czy drużyna zaprezentuje swój kraj na mundialu decydowała wysokość premii. Niewykluczone, że mam do tego staromodne, trochę idealistyczne podejście, ale według mnie reprezentowanie kraju, z którego się pochodzi jest największą nagrodą. Świadomość, że spośród kilkudziesięciu milionów ludzi znajdujesz się pośród dwudziestu trzech, tych najlepiej grających w piłkę. Ciarki, które przechodzą po plecach, kiedy słuchasz hymnu narodowego oraz świadomość, ile radości możesz dać ludziom w swojej ojczyźnie powinna być ważniejsza niż kilkadziesiąt tysięcy więcej na koncie bankowym. Tym bardziej, że nie mówimy tutaj o zwykłej grupie ludzi. Nie, tutaj chodzi o piłkarzy, którzy w zdecydowanej większości grają w bardzo dobrych, europejskich klubach (względnie – klubach azjatyckich, gdzie zarabiają bajońskie sumy) i ostatnią rzeczą, o której powinni w takiej sytuacji myśleć jest stan konta.
                Warto również zwrócić uwagę na aspekt czysto piłkarski. Otóż, takie przepychanki pomiędzy związkiem a piłkarzami na pewno nie wpływają korzystnie na formę oraz morale tych drugich. Podopieczni Volkera Finke – zamiast przygotowywać się do jednego z najważniejszych wydarzeń w ich sportowych karierach – kłócą się z działaczami o wysokość premii. Niełatwo jest odciąć się od tego na boisku, więc większość z nich nie zaprząta sobie głowy jak najlepszym reprezentowaniem Kamerunu na mundialu, ale ilością zer na rachunku bankowym. I choć pierwotnie szanse „Nieposkromionych Lwów” na wyjście z grupy, w której znajdują się jeszcze Brazylia, Chorwacja oraz Meksyk oceniano relatywnie wysoko, to po tych wszystkich kłótniach o pieniądze mam wrażenie, że prawdopodobieństwo, iż zobaczymy Kamerun w fazie pucharowej są bliskie zeru.
                Sytuacja przypomina mi trochę tę sprzed Euro 2012, kiedy to reprezentanci Polski – na czele z Jakubem Błaszczykowskim – „boksowali się” ze związkiem o wielkość tzw. „wyjściówek”, a także o ilość darmowych biletów na poszczególne mecze. Ostatecznie znaleziono kompromis, choć niesmak pozostał. A nie muszę chyba przypominać, jakie rezultaty osiągała nasza reprezentacja na tamtym turnieju. Z Samuelem Eto’o i jego kolegami może być podobnie…

PS. Ostatecznie reprezentanci Kamerunu postanowili polecieć do Brazylii, co jednak nie zmienia mojej opinii na ich temat.  

czwartek, 22 sierpnia 2013

Steaua-Legia, czyli nie taki diabeł straszny...

    Wczoraj odbyła się pierwsza połowa dwumeczu pomiędzy Steauą Bukareszt i warszawską Legią, którego stawką jest awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów (a przy okazji pokaźny zastrzyk gotówki). Legioniści, remisując na wyjeździe 1-1 uzyskali satysfakcjonujący wynik i wydaje się, że mając w perspektywie rewanż na własnym boisku są delikatnym faworytem do awansu. W zasadzie mecz ten został już przez wszystkich rozłożony na czynniki pierwsze (pierwsza połowa - dramat, druga - lepiej), dlatego też nie mam zamiaru po raz kolejny tego opisywać. Chciałbym natomiast skupić się na czynnikach, które mogą być decydujące podczas rewanżu na Łazienkowskiej.
    Przede wszystkim legioniści nie mogą, podobnie jak w kilku ostatnich pucharowych potyczkach, "przespać" pierwszych minut spotkania. Jeśli w Warszawie Rumuni zdobędą szybko gola, to o awans będzie naprawdę bardzo trudno. Goście będą mogli skupić się wówczas na obronie wyniku, a kontry w wykonaniu świetnych skrzydłowych: Popy oraz Tanase, mogą okazać się gwoździem do legijnej trumny.
    Kolejnym aspektem jest agresywna i ostra gra, na pograniczu faulu. "Wojskowi" powinni zagrać tak, jak w pierwszej części prezentowali się piłkarze Steauy, którzy momentalnie doskakiwali do legionistów, uniemożliwiając im tym samym swobodne rozegranie piłki, co skutkowało notorycznym wybijaniem futbolówki "na oślep". Jeśli zespół z Łazienkowskiej w rewanżu zagra w ten sposób, gryząc trawę, to jego szanse na awans na pewno delikatnie wzrosną. To jest zresztą ten aspekt, którego zabrakło w pierwszej części spotkania w Bukareszcie. Dodajmy, aspekt kluczowy!
    Warto również podkreślić, że w rewanżu na Łazienkowskiej legioniści nie mogą wyjść z przeświadczeniem, że do awansu do upragnionej Ligi Mistrzów wystarcza im remis. W poprzedniej rundzie, w spotkaniu rewanżowym z norweskim Molde, taktyka ta okazała się skuteczna, co nie oznacza, że sprawdzi się również w najbliższym spotkaniu. Bo, co by nie mówić, Steaua to jednak zespół o klasę lepszy od mistrzów Norwegii. Te dwie drużyny różnią się przede wszystkim tym, iż w Molde gra ofensywna opierała się na jednym zawodniku, którym był Daniel Chima Chukwu. W ekipie z Bukaresztu takich zawodników jest przynajmniej kilku. Każdy z ofensywnych piłkarzy: napastnik, środkowi pomocnicy, czy też skrzydłowi mają wysokie umiejętności i spuszczenie ich z oka, choćby na sekundę, może skończyć się utratą gola. A to, jak już wspomniałem wcześniej, może oznaczać koniec marzeń o fazie grupowej LM.
    I ostatni, chyba najważniejszy czynnik. Kibice! Decyzja UEFY o zamknięciu "Żylety" była już przez wszystkich szeroko komentowana, dlatego opiszę ją tylko jednym słowem: żenada. Jeśli jednak w siedzibie europejskiej federacji piłkarskiej pójdą po rozum do głowy i swoją decyzję cofną, to legioniści w rewanżu zyskają potężną (jeśli nie najpotężniejszą) broń. Nie od dziś bowiem wiadomo, że kibice Legii należą do ścisłej europejskiej czołówki, co zresztą zgodnie potwierdzają nawet rumuńskie media. Jeśli więc "dwunasty zawodnik" będzie obecny na meczu, Rumuni wyjdą na boisko zestresowani jak nigdy dotąd. A to stworzy Legii możliwość szybkiego zdobycia bramki i ustawienia całego meczu.
    Podsumowując, wymieniłem cztery, wg mnie najważniejsze czynniki, które powinny pomóc (lub przeszkodzić) Legii w awansie do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Takich aspektów jest oczywiście o wiele, wiele więcej, np. dyspozycja dnia, wyjściowa jedenastka, czy losowy podmuch wiatru. Jednak te wymienione przeze mnie uważam za kluczowe. I mam wielką nadzieję, że wszystko potoczy się po myśli mojego ukochanego klubu i po 17 latach ujrzymy wreszcie polski klub w Lidze Mistrzów. Do boju Legio!

wtorek, 16 lipca 2013

Dawno mnie tu nie było...

                II bieg Morskie Oko miał być dla mnie jedynie kolejnym etapem przygotowań do biegu Powstania Warszawskiego, na który od kilku tygodni szlifuję formę. Nie oznaczało to jednak, że z uśmiechem na ustach przetruchtam cały dystans, który wynosił 5 km. Co to, to nie. Celem było pobiegnięcie całej trasy w trzecim zakresie (tzw. wytrzymałość tempowa), czyli tempem ok. 4:00/km, co w rezultacie dałoby mi czas zbliżony do 20 minut.
                Rano standardowe procedury, czyli wczesna pobudka, lekkie śniadanie, sznurowanie butów… i w drogę! Dwa autobusy, 40 minut drogi i byłem na miejscu. Na jeden z autobusów oczywiście się spóźniłem, przez co nie zdążyłem przeprowadzić tak intensywnej rozgrzewki, jak planowałem. Wcześniej musiałem również odstać swoje w kolejce do depozytu. Już wtedy wiedziałem, że tego dnia złamanie bariery 20 minut będzie graniczyło z cudem. Trasa była bowiem pełna stromych podbiegów, a do tego bardzo wąską, co utrudniało wyprzedzanie rywali. Do tego we znaki dawały mi się bolące, ciężkie nogi, co było skutkiem wyczerpujących treningów przez dwa ostatnie dni.
                Punktualnie o 12:00, niczym w amerykańskim westernie, starter dał sygnał i można było biec. Rzecz jasna przed startem nie udało mi się „dopchnąć” do pierwszych rzędów biegaczy i, tak jak przypuszczałem, drogo za to zapłaciłem. Pierwsze kilka minut biegłem klasycznymi „zrywami”, czyli głównie ślimacze tempo, przeplatane sprintami w miejscach, gdzie dało się wyprzedzać. Dopiero po ok. 2 kilometrach zaczęło się robić luźniej, gdyż Ci słabsi odpadali na długim, stromym podbiegu. Koniec pierwszej pętli (były przewidziane dwie) prowadził już zdecydowanie z górki, i to właśnie tam chciałem nadrobić czas, stracony w pierwszym fragmencie. Na półmetku wynosił on bowiem 10:53, co jasno dało mi do zrozumienia, że wynik poniżej 20 minut zrobię innym razem. Tym bardziej, że ciężkie nogi coraz bardziej dawały mi się we znaki. Drugą pętlę biegło się już zdecydowanie lepiej, gdyż nie trzeba było już wyprzedzać najwolniejszych i można było biec swoim tempem. Problem w tym, iż… pokonał mnie podbieg. To tam straciłem kilkadziesiąt kolejnych sekund, gdyż mięśnie łydek, a także dwu- oraz czworogłowe ewidentnie odmawiały już posłuszeństwa. W wyniku tego musiałem zwolnić tempo biegu, co z pewnością przełożyło się na końcowy wynik. Na zbiegach było już jednak lepiej, a na ostatniej prostej zostało mi jeszcze trochę pary na stumetrowy sprint, aż do linii mety. Ostatecznie ukończyłem bieg z czasem 21:39. Niby życiówka, a radości nie było. Co najwyżej rozczarowanie…
                Na koniec jeszcze kilka słów odnośnie samego biegu i jego organizacji. Trasa była bardzo fajna, urozmaicona licznymi podbiegami i zbiegami. Ale owe podbiegi czyniły ją naprawdę trudną, a co za tym idzie, ciężko było bić na niej rekordy życiowe. Była również bardzo wąska, przez co na samym początku trudno było wyprzedzić kogokolwiek. A jak już wspomniałem wcześniej, wystartowałem pod koniec stawki, dlatego też przez początkowe dwa kilometry musiałem cierpliwie przebijać się przez tych, którzy biegli na czas w granicach 30 minut. Na oko, straciłem przez to ponad minutę. Kolejnym kamyczkiem, wrzuconym do ogródka organizatorów jest fakt, iż faktycznie linia mety była kilkanaście metrów za napisem „META”, i to w dodatku za zakrętem. I przyznam szczerze, nie widziałem nikogo, kto przed dobiegnięciem do „właściwej linii mety” nie zatrzymał się najpierw kilkanaście metrów wcześniej. Tu straciłem kolejne kilka sekund.

                Podsumowując, bieg całkiem sympatyczny, ciekawa trasa i słaby rezultat. Tym razem zrzucę to jednak na karb ciężkich treningów J A już za dwa tygodnie bieg Powstania Warszawskiego, na dystansie 10 km. Tam już żadnej wymówki nie będzie, a zamierzony cel po prostu MUSZĘ zrealizować. Trzymajcie kciuki! J






Ja oraz mój podopieczny :)

poniedziałek, 13 maja 2013

Przed meczem sezonu w T-Mobile Ekstraklasie

     Mecz, który wydaje się być decydujący w walce o mistrzostwo Polski, zbliża się wielkimi krokami. Już w najbliższą sobotę o godzinie 13:30 jedenastki Legii Warszawa i Lecha Poznań wybiegną na murawę stadionu im. Wojska Polskiego, by zmierzyć się ze sobą w spotkaniu 27. kolejki piłkarskiej T-Mobile Ekstraklasy. Jakby nie patrzeć, gospodarzy w tym spotkaniu "urządza" nawet remis, poznaniacy natomiast za wszelką cenę muszą zwyciężyć. Wygrana legionistów sprawi, iż losy tytułu będą już praktycznie rozstrzygnięte. Nikt w Warszawie nie wyobraża sobie bowiem, by podopieczni Jana Urbana byliby w stanie roztrwonić 5-punktową przewagę (w zasadzie przewaga będzie wynosiła 6 punktów, bowiem w przypadku wygranej Legia będzie miała również lepszy bilans bezpośrednich spotkań z Lechem) w zaledwie trzy kolejki. Przed tego typu szlagierami dosyć popularne ostatnio stało się porównywanie sił obu zespołów "na papierze". W skrócie, porównuje się zawodników grających na tych samych pozycjach, a lepszemu z nich przyznaje się punkt. Drużyna, która tych punktów zdobędzie więcej, wygrywa to "papierowe starcie". Ja również postanowiłem pobawić się w porównanie obu drużyn. Oto moja analiza...
      Bramkarze: Dusan Kuciak vs Krzysztof Kotorowski
Gdyby nie fakt, że kontuzjowany jest podstawowy bramkarz Lecha, Jasmin Buric, pewnie miałbym duży problem ze wskazaniem tego, który prezentuje wyższy poziom. Jednak Bośniak z pewnością przeciwko Legii nie zagra, a Kotorowski, choć to solidny golkiper, prezentuje jednak poziom o dwie klasy niższy od słowackiego bramkarza gospodarzy. Przewaga Legii.
      Prawi obrońcy: Bartosz Bereszyński vs Kebba Ceesay
Największy smaczek tego spotkania. W Legii wystąpi bowiem Bartek Bereszyński, który jeszcze jesienią reprezentował barwy "Kolejorza". Pół żartem, pół serio można stwierdzić, iż "Bereś" jest jedynym zawodnikiem, który bez względu na rozstrzygnięcia w końcówce sezonu zostanie mistrzem Polski. Co do poziomu zawodników, obaj bardzo dobrze prezentują się w ofensywie, trochę gorzej radząc sobie przy tym w obronie. Delikatny plus po stronie zawodnika "Wojskowych", który w poczynaniach defensywnych radzi sobie nieco lepiej od Gambijczyka. Umiejętności jednak bardzo zbliżone. Remis.
       Środkowi obrońcy: Artur Jędrzejczyk i Tomasz Jodłowiec vs Marcin Kamiński i Hubert Wołąkiewicz
Bez wątpienia są to dwie, najlepsze pary stoperów w T-Mobile Ekstraklasie. Michał Żewłakow powiedział niedawno o "Jędzy", iż ten na boku obrony jest bardzo dobry, ale jako stoper może być wybitny. I oglądając ostatnie poczynania Artura nie sposób się z tym nie zgodzić. Na uwagę zasługuje również fakt, że coraz pewniej w Legii zaczyna się czuć Tomasz Jodłowiec. W Białymstoku zawodnik ten zdobył swoją pierwszą bramkę w barwach stołecznego klubu, a i jego gra obronna może napawać optymizmem. Jeśli chodzi o Lecha, to pewnym odkryciem tej rundy jest Kamiński. Zawodnik, który na jesieni był pośmiewiskiem całej ekstraklasy pokazuje wiosną, że jednak potrafi grać w piłkę. Na plus fakt, że zaczął również strzelać bramki. Wołąkiewicz natomiast z pewnością nie jest wirtuozem, aczkolwiek poniżej pewnego poziomu również schodzi bardzo rzadko. Ot, solidny ligowiec. Wydaje się jednak, że dwójka stoperów Legii minimalnie wygrywa to starcie. Remis ze wskazaniem na Legię.
        Lewi obrońcy: Jakub Wawrzyniak vs Luis Henriquez
Piłkarski poziom obu zawodników wydaje się być mocno zbliżony. Przewaga Wawrzyniaka polega jednak na tym, że potrafi grać twardo, ale nie brutalnie. Panamczyk natomiast tej granicy nie potrafi odróżnić, przez co od czasu do czasu zdarzają mu się chamskie wejścia. Nietrudno go również sprowokować, co w takim meczu może okazać się kluczowe. Zarówno Wawrzyniak, jak i Henriquez lubią grać ofensywnie, zdarzają im się natomiast "obcinki" obronie. Na tę chwilę wydaje mi się, że w nieco lepszej formie jest jednak Wawrzyniak. Przewaga Legii.
         Defensywni pomocnicy: Ivica Vrdoljak vs Rafał Murawski
Zarówno jeden, jak i drugi prezentują ostatnio naprawdę wysoką formę. Murawski wreszcie zaczyna przypominać zawodnika sprzed wyjazdu do Rubina Kazań, a Vrdoljak za wszelką cenę próbuje udowodnić, że zasługuje na nowy kontrakt. I jak na razie mu się to udaje. Wadą Chorwata jest to, iż w przeciwieństwie do "Murasia", jest pomocnikiem typowo defensywnym. Charakteryzuje go odbiór piłki, a następnie oddanie jej do najbliższego kolegi. Zawodnik Lecha jest bardziej wszechstronny, potrafi rozegrać do przodu, a także popisać się prostopadłą piłką, otwierającą kolegom drogę do bramki. Przewaga Lecha.
         Defensywni pomocnicy: Daniel Łukasik vs Łukasz Trałka
O Łukasiku w tym sezonie powiedziano już chyba wszystko. I niewiele się pomylę, jeśli powiem, iż jest to jedno z odkryć tego sezonu. Świetny odbiór, niezły przerzut, a także umiejętność rozegrania piłki do przodu (co jednak do tej pory czyni zbyt rzadko). Daniel nie boi się wziąć na siebie ciężaru gry, dzięki czemu w przyszłości może nawet stanowić o sile naszej kadry. Trałka natomiast ostatnimi czasy prezentuje się lepiej, niż choćby jesienią, ale to wciąż nie jest ten poziom, do którego nas przyzwyczaił, grając chociażby w barwach Polonii. Przewaga Legii.
         Ofensywni pomocnicy: Vladimer Dvalishvili vs Kasper Hamalainen
Dwaj, kompletnie różni zawodnicy. Gruzin to typowy napastnik, który sprawdza się jednak również na pozycji tego "fałszywego". Charakteryzuje go ogromna dynamika, instynkt strzelecki, a także niesamowita siła. Hamalainen natomiast to typowa '10'. Ofensywny pomocnik, który potrafi rozegrać, rzucić prostopadłą piłkę, od czasu do czasu huknąć z dystansu, jak choćby w spotkaniu z Zagłębiem Lubin. Jego problemem w Lechu jest duża chimeryczność. Potrafi poprowadzić zespół do zwycięstwa, by trzy dni później zagrać kompletne dno. Choć są to dwaj, zupełnie różni zawodnicy, to dają swoim drużynom podobną jakość. Ale, tak jak pisałem, Hamalainen jest zbyt chimeryczny, więc mój wybór pada na Dvalishvilego. Przewaga Legii.
         Prawi skrzydłowi: Jakub Kosecki vs Gergo Lovrencics
Sytuacja na tej pozycji również wydaje się być bardzo wyrównana. "Kosa" powoli wraca do formy z jesieni, kiedy to był jedną z wiodących postaci w ekipie Jana Urbana. Węgier jesienią prezentował się bardzo słabo, ale na wiosnę udowadnia, iż jednak potrafi grać w piłkę. Zdobył kilka ważnych bramek, a jego gra naprawdę może się podobać. Wpływ na to może mieć fakt, iż do Lecha jest tylko wypożyczony, a swoją wartość musi udowodnić najpóźniej do końca sezonu. W tej chwili obaj zawodnicy prezentują podobny poziom. Remis.
          Lewi skrzydłowi: Michał Kucharczyk vs Aleksandar Tonew
Tutaj sytuacja jest jasna. Bo choć Kucharczyk w ostatnich tygodniach zdaje się łapać formę, to od Tonewa wciąż jest zdecydowanie słabszy. Gdyby w formie był Miroslav Radovic, to pewnie on wyszedłby w pierwszym składzie, i to on wygrałby bezpośrednie starcie z Bułgarem. "Rado" jest jednak kompletnie bez formy, a także "po przejściach", dlatego też w pierwszej jedenastce wybiegnie wychowanek Świtu Nowy Dwór Mazowiecki. Przewaga Lecha.
           Napastnicy: Marek Saganowski vs Bartosz Ślusarski
Statystyki przemawiają za napastnikiem Lecha, który w tym sezonie zdobył już w lidze 11 goli (przy 6 "Sagana"). Trzeba jednak zwrócić uwagę, że zawodnik "Wojskowych" przez długi czas był poza grą, z powodu problemów kardiologicznych. Moim zdaniem Marek daje dużo więcej drużynie, gdyż nie zajmuje się tylko "wpychaniem" piłki do siatki z kilku metrów, jak Ślusarski, ale też przez 90 minut bardzo mocno pracuje na całym boisku, wywierając ciągłą presję na obrońcach, zmuszając ich przy tym do popełnienia błędu. Obaj zawodnicy dobrze grają tyłem do bramki, ale "Sagan" częściej bierze na siebie ciężar gry, umie również rozegrać piłkę. Według mnie: Przewaga Legii.

Wynik ostateczny: 8 - 5 dla Legii.

Być może, jako kibic Legii jestem w mojej ocenie nieco subiektywny, ale "na chłodno" tak właśnie oceniam potencjał obu ekip. "Na papierze" silniejsza wydaje się Legia, ale wszystko zweryfikuje boisko. Jak zwykle zresztą...:)











poniedziałek, 29 kwietnia 2013

Przed rewanżami LM

     Już jutro oraz pojutrze odbędą się rewanżowe spotkania półfinałowe piłkarskiej Ligi Mistrzów. Najpierw Na Santiago Bernabeu Real podejmie Borussię Dortmund, a dzień później Barcelona oraz Bayern Monachium zmierzą się na Camp Nou. Czy po pierwszych meczach, gdzie w roli gospodarza wystąpiły niemieckie drużyny, możemy jeszcze liczyć na jakiekolwiek emocje?
     Real Madryt sam skomplikował sobie sytuację przed rewanżem. Do przerwy remisował bowiem 1-1, choć trzeba przyznać, iż był to dla "Królewskich" wynik dosyć szczęśliwy. Podopieczni Jose Mourinho nie wyciągnęli jednak żadnych wniosków z pierwszej części i dali sobie wbić kolejne trzy bramki, co stawia ich przed rewanżem w ekstremalnie ciężkim położeniu. Musimy jednak pamiętać, że nie mówimy tu o pierwszej lepszej drużynie. Mówimy o Realu Madryt. Śmiem twierdzić, iż jeśli obecni wciąż mistrzowie Hiszpanii zagrają na swoim optymalnym, wysokim poziomie, to na Santiago Bernabeu, przy wspaniałej publice, trzy bramki są w stanie strzelić dosłownie każdej drużynie na świecie. Kluczem będzie jednak poprawienie gry defensywnej, gdyż w Dortmundzie formacja ta, poza Fabio Coentrao, wyglądała wręcz żenująco. Jeśli "Galacticos" zagrają w defensywie na 100% swoich możliwości i unikną głupich błędów przy wyprowadzaniu piłki, to w tym dwumeczu będziemy mieli jeszcze ogromne emocje. Na dzień dzisiejszy szanse na awans oceniam na 60-40 dla BVB.
     Zdecydowanie gorzej wygląda sytuacja drugiego, hiszpańskiego półfinalisty, czyli FC Barcelony. Podopieczni Tito Vilanovy w środowy wieczór zmierzą się na Camp Nou z monachijskim Bayernem. Jeśli jednak śmiało można powiedzieć, że Borussia przewyższała Real o klasę, to Bawarczycy byli lepsi od "Dumy Katalonii" nawet nie o dwie, ale o trzy klasy. Co prawda dwie bramki dla gospodarzy pierwszego meczu budziły pewne kontrowersje, ale nie zmienia to faktu, że Bayern całkowicie zdeklasował Barcę, a wynik jest jak najbardziej zasłużony. Jeśli mam być szczery, nie daję Hiszpanom najmniejszych szans na awans. I to z dwóch, prostych przyczyn. Po pierwsze, goście mają zbyt duży potencjał ofensywny, więc będą w stanie zdobyć w stolicy Katalonii co najmniej jedną bramkę. A to sprawi, że gospodarze będą musieli odpowiedzieć aż sześcioma trafieniami. I tu przyczyna numer dwa, Bayern ma bowiem zbyt dobrą linię obrony, na czele z fenomenalnym Manuelem Neuerem, żeby dać sobie wbić pół tuzina bramek. Nie napiszę zapewne nic odkrywczego, ale daję Bawarczykom 99% szans na awans do finału na Wembley, a jeden, skromny procencik pozostawiam podopiecznym Tito Vilanovy. A jakie jest Wasze zdanie na ten temat? Kto Waszym zdaniem zagra w londyńskim finale?

środa, 24 kwietnia 2013

O Orlen Warsaw Marathon słów kilka...


                Bieg na dystansie 10 km podczas Orlen Warsaw Marathon miał być moim biegowym debiutem na tym dystansie. Wcześniej brałem co prawda udział w 8. Półmaratonie Warszawskim, ale jednak bieg na dystansie dwa razy krótszym to zupełnie inny rodzaj wysiłku. Na co dzień jestem dość aktywny fizycznie, trenując regularnie piłkę nożną, więc nie realizowałem żadnego programu treningowego, który pomógłby mi osiągnąć cel minimum, czyli przebiegnięcie w czasie 46-47 minut. Ot, w wolne dni wychodziłem przebiec te 12-13 km, tyle. Byłem przekonany, że to wystarczy do złamania założonej bariery i - jak się okazało - nie pomyliłem się.

                                   Pamiątkowa fotka z Marcinem, kilka minut przed startem


                Dzień, w którym miałem zmierzyć się z trasą Orlenu zaczął się wcześnie, jak na niedzielę, gdyż już o 6:45 czekała mnie pobudka. Następnie lekkie śniadanie, pół godziny drzemki, Red-Bull na pobudzenie, i wreszcie przechadzka do autobusu linii 517, gdzie czekał już na mnie Marcin. Około 8:45 byliśmy na miejscu, gdzie oddaliśmy rzeczy do depozytów, a następnie zaczęliśmy rozgrzewkę. Kilka minut po 9 ruszyliśmy w okolice startu. Potem jeszcze pamiątkowa fotka i każdy udał się w swoją stronę; Marcin do strefy maratończyków, ja natomiast do grupy „10 km”. 9:30 – startuje 6,5 tysiąca maratończyków, a ja coraz mocniej odliczam czas do własnego startu. Wreszcie, około 10 minut później, jest! Upragniony sygnał i można zacząć biec. Początek trasy prowadzi Wybrzeżem Szczecińskim, a następnie Mostem Świętokrzyskim. Obok mnie biegnie aktor, Bartłomiej Topa, ale szybko zostawiam go w tyle. Podobnie zresztą jak wielu innych „niedzielnych” biegaczy, którzy chyba nie do końca zdawali sobie sprawę, do czego służyło ustawienie tzw. „stref czasowych” na starcie. Już na samym początku na uczestników czeka najtrudniejszy fragment całej trasy – podbieg ul. Tamka. Dla mnie to jednak bardzo dobra wiadomość, bowiem nie dość, że w tej fazie biegu będę w stanie pokonać ten odcinek bez większego zmęczenia, to jeszcze porządnie „przewietrzę” płuca, co w dalszej fazie może mi tylko pomóc. Kilkaset metrów nieco większego wysiłku, podczas którego wyprzedzam m.in. Roberta Korzeniowskiego, i jest – koniec podbiegu! Trasa wiedzie Krakowskim Przedmieściem, a ja czuję, że „wspinaczka” ul. Tamka dobrze mi zrobiła. Po pokonaniu kolejnych kilkuset metrów zaczynamy mijać maratończyków, biegnących akurat w drugą stronę. Ten widok mobilizuje mnie jeszcze bardziej, nie ma bowiem nic lepszego, niż motywacja ze strony innego biegacza. Kilka kolejnych minut mija bez żadnych przeszkód – biegnę równym tempem, nawet nieco wyższym, niż zakładałem. Trasa przebiega Krakowskim Przedmieściem, a następnie ul. Miodową oraz Bonifraterską, aż do Konwiktorskiej, gdzie „odbijamy” w prawo. To właśnie tam tracę kilka sekund z powodu rozwiązanych sznurówek. Kilkaset metrów dalej jest półmetek, na który dobiegam z czasem 0:21:48. W międzyczasie zgarniam kubeczek z wodą, której większość i tak ląduje prosto w oku. Jeszcze kilkadziesiąt kolejnych sekund i wbiegam na Wybrzeże Gdańskie. Uff… nareszcie szeroka trasa, dzięki czemu można spokojnie wyprzedzać tych, którzy opadli z sił. Po przebiegnięciu około 6,5 km, w okolicach Centrum Nauki Kopernik, dopada mnie lekki kryzys. Wmawiam sobie jednak, że jeszcze nieco ponad 3 km, i że najzwyczajniej w świecie trzeba się zmusić. Cały czas utrzymuję identyczne tempo, a ponadto licznie zgromadzeni na trasie kibice dodatkowo mobilizują do zdwojonego wysiłku. Zaczynam naprawdę ciężko oddychać, ale do mety coraz bliżej, więc nie ma wyjścia – trzeba biec! Wreszcie dobiegam do Mostu Świętokrzyskiego – jestem w domu! Na moście wyprzedzam kilku kolejnych, wyraźnie słabnących zawodników i skręcam w prawo, ponownie na Wybrzeże Szczecińskie. Zerkam na stoper – czas zapowiada się na niezły, ale przede mną jeszcze długa droga. Sił zdecydowanie już brakuje, ale mam to szczęście, że koło mnie biegnie człowiek w zdecydowanie lepszym stanie. „Uczepiam się” go więc i tak obaj dobiegamy do al. Księcia Poniatowskiego. Jeszcze jeden, krótki podbieg, a po chwili delikatny zbieg – jestem coraz bliżej. Po chwili trasa zakręca w lewo i – chwała Bogu – już widać metę! Próbuję jeszcze wykrzesać z siebie resztki sił, aby uzyskać jak najlepszy wynik, ale nie jest to łatwe. Po kilkudziesięciu sekundach mijam linię mety. Rzut oka na stoper – 0:43:18 – udało się! Założony plan udało się zrealizować z nawiązką. Po chwili jeszcze typowa ceremonia w tego typu biegach, czyli poganianie przez ochroniarzy, a następnie odbiór pamiątkowego medalu. Potem tylko woda, izotonik… i w pełni usatysfakcjonowany mogę udać się do domu!

                                                                       Półmetek



                Na koniec kilka słów dotyczących organizacji całej imprezy. Generalnie, plusów jest o niebo więcej niż minusów. Miasteczko biegacza – wzorowe, depozyty – zero kolejek, trasa – bardzo fajna, dobra do bicia „życiówek”, atmosfera podczas biegu – rewelacja (choć to akurat norma), pakiet startowy – baaaardzo przyzwoity. Jeśli natomiast miałbym szukać jakichś niedociągnięć, to z pewnością będzie to brak oznaczeń na trasie. Mnie osobiście nie sprawiło to problemu, gdyż wcześniej dokładnie ją przeanalizowałem, ale dla większości zawodników było to zapewne spore utrudnienie. Słyszałem też, że na piątym kilometrze zabrakło wody dla tych, którzy biegli na czas powyżej godziny, ale nie byłem naocznym świadkiem tego incydentu, więc na jego temat nie mam zamiaru się wypowiadać. Jednak impreza zorganizowana była niemal perfekcyjnie i za rok z pewnością znów wystartuję. Wcześniej mam jednak zamiar wziąć udział w kilku innych biegach na tym dystansie, a najbliższy z nich – XXIII Bieg Powstania Warszawskiego – odbędzie się już 27. lipca. Tym razem planuję jednak solidnie się do niego przygotować i być może zejść poniżej magicznej granicy 40 minut. Czy mi się to uda, czas pokaże… Trzymajcie się i pamiętajcie, że bieganie bardzo często pomaga pokonywać własne słabości, tak więc, zdecydowanie – warto biegać! J

Pozdro, Paweł

PS. Gratulacje dla Marcina, który swój pierwszy maraton ukończył w czasie 3 godzin i 36 minut J



                                                          Tuż po minięciu linii mety