poniedziałek, 24 sierpnia 2020

Bayern, czyli drużyna nieoczywista

 


Bayern Monachium zwycięzcą Ligi Mistrzów w sezonie 2019/2020. Zakładam, że macie w domu telewizję oraz dostęp do Internetu, więc powyższa wiadomość nie jest dla Was w żaden sposób przełomowa, ale warto na samym początku zaznaczyć, o czym będziecie mogli przeczytać w dalszej części. Bawarczycy pokonali w finale 1-0 drużynę spod znaku katarskiego pieniądza i jak najbardziej zasłużenie sięgnęli po końcowy triumf. Mam jednak wrażenie, iż zwycięstwo Hansiego Flicka oraz jego podopiecznych jest tyleż zasłużone, co niespodziewane. Oczywiście, jeśli spojrzymy na dyspozycję monachijczyków jedynie w tym roku – nie ma żadnych wątpliwości. Bayern na pełnym luzie zdobył mistrzostwo oraz puchar Niemiec, następnie w 1/8 finału Ligi Mistrzów przejechał się po londyńskiej Chelsea, a w turnieju finałowym upokorzył najpierw Barcelonę, następnie pewnie (choć nie bez kłopotów) ograł rewelacyjny Lyon, by w finale zasłużenie odprawić z kwitkiem francusko-katarskie PSG. Warto jednak przypomnieć sobie, w jakiej sytuacji Bayern znajdował się jeszcze stosunkowo niedawno – w październiku ubiegłego roku. Drużyna prowadzona wówczas przez Niko Kovaca grała fatalnie, nikt nie wymieniał jej nie tylko w gronie kandydatów do wygrania LM, ale nawet mistrzostwa Niemiec. Przyjrzyjmy się zresztą piłkarzom, którzy we wczorajszym, lizbońskim finale wybiegli na boisko:

Manuel Neuer – latem zeszłego roku niesamowicie krytykowany za brak formy. Przepowiadano wówczas rychłą zmianę w kadrze Niemiec, gdzie byłego zawodnika Schalke zluzować miał Marc – Andre ter Stegen. Neuer potrafił wrócić jednak do dawnej dyspozycji i udowodnił, że wciąż jest jednym z najlepszych – o ile nie najlepszym – golkiperem na świecie.

Alphonso Davies – fenomen. Gość, którego miała możliwość ściągnąć Barcelona, ale prezesowi Bartomeu wystarczyła informacja o narodowości Kanadyjczyka by uznać, że nie umie on grać w piłkę. A Davies w piłkę umie grać fenomenalnie, co udowadnia od kilku miesięcy. Faktem jest jednak, iż jeszcze rok temu nie słyszał o nim kompletnie nikt.

David Alaba – jeden z wyjątków potwierdzających regułę. Wyśmienity zarówno na lewym wahadle, jak i w środku obrony. Ogromna boiskowa klasa i pewny punkt Bayernu. Choć i w jego przypadku – z powodu wygasającego latem 2021 roku kontraktu – ruszyła lawina transferowych plotek. Odejście Alaby ze stolicy Bawarii jest co prawda mało prawdopodobne, ale nie można traktować tego scenariusza jako science-fiction.

Jerome Boateng – od dłuższego czasu wypychany z klubu. Mówiło się, iż najlepsze lata ma już za sobą, popełnia dużo prostych błędów, mówiąc krótko – nie prezentuje już poziomu godnego takiego klubu, jakim jest Bayern. Nie grał może fenomenalnie, ale pokazał, że może być ważnym ogniwem tego zespołu.

Niklas Sule – jeszcze do niedawna uchodził za jeden z największych talentów niemieckiej piłki. Po transferze z Hoffenheim prezentował się jednak przeciętnie, nie mogąc wejść na wyższy poziom. Dodatkowo w październiku ubiegłego roku doznał zerwania więzadeł krzyżowych w kolanie, co było niejako podsumowaniem ówczesnych nastrojów w klubie ze stolicy Bawarii. Niedawno wrócił do pełni sił i pokazał, że z pewnością jeszcze nie pokazał w Bayernie pełni swoich możliwości.

Joshua Kimmich – zero wątpliwości. Kimmich od długiego czasu gra na światowym poziomie – zarówno na pozycji prawego obrońcy, jak i środkowego pomocnika. Niezwykle inteligentny i odpowiedzialny zawodnik. Oczywiście, miewa słabsze mecze, ale z całą pewnością ostatni rok w jego przypadku zmienił najmniej.

Leon Goretzka – sprowadzony z odwiecznego rywala – Schalke 04 Gelsenkirchen. Podobnie jak Sule, po transferze do Bayernu ciężko było mu wskoczyć na światowy poziom. Przerwa spowodowana pandemią sprawiła jednak, iż na boisku pojawił się zupełnie inny Goretzka. Zarówno fizycznie (niesamowita metamorfoza!), jak i piłkarsko był to dużo lepszy zawodnik. W obecnej chwili ciężko wyobrazić sobie bez niego środek pola Bawarczyków.

Thiago Alcantara – w ówczesnej Barcelonie była tak wielka konkurencja o miejsce w środku pola, iż tak wspaniały zawodnik jak Thiago zdecydował się – z powodu niewystarczającej ilości minut spędzanych na boisku – na transfer. W Bayernie miewał okresy lepsze oraz gorsze, ale całościowo wydaje się, iż transfer ten okazał się jednak rozczarowujący. Thiago zbyt rzadko pokazywał pełnię możliwości i już latem ubiegłego roku pojawiały się informacje o możliwym przejściu do innego klubu. Plotki te zaczęły przybierać na sile po zakończeniu sezonu w Niemczech, gdy informowano o prawie pewnym transferze do Liverpoolu. Pomocnik rodem z Hiszpanii nic sobie jednak z tego nie robił i brylował na portugalskich boiskach. Po tym turnieju wreszcie można było zakrzyknąć: Oto reżyser pełną gębą!

Coretnin Tolisso – ówczesny rekord transferowy Bayernu. Casus Goretzki, z tym że Francuz do tej pory nie potrafi wejść na najwyższy poziom i najpewniej latem pożegna się z klubem.

Thomas Muller – legenda Bayernu. Wyśmienity zawodnik, ale latem ubiegłego roku także zdawał się być w potężnym dołku. Po przejęciu drużyny przez Flicka zyskał nowe życie. Zanotował niesamowite statystyki w Bundeslidze (8 bramek i 21 asyst!), a w turnieju finałowym Ligi Mistrzów był jednym z głównych motorów napędowych bawarskiej drużyny.

Kingsley Coman – niesamowity wiatrak na lewym skrzydle. Prywatnie: człowiek-trofeum. W wieku 24 lat: 9 tytułów mistrza kraju (5x Bayern, 2x Juventus, 2x PSG), 10 krajowych trofeów (puchar + superpuchar), a teraz – na dokładkę – uszaty puchar za wygranie Ligi Mistrzów. Mało kto pamięta jednak 2017 rok, kiedy to Juventus bez większego żalu oddał Comana do stolicy Bawarii.

Coutinho – niechciany w Barcelonnie, oddany bez żalu na wypożyczenie. Co znamienne, Bayern także niespecjalnie kwapi się do wykupu Brazylijczyka. W meczu przeciwko Blaugranie wszedł na plac w końcowej fazie meczu i zdołał zaliczyć asystę oraz dwukrotnie trafić do bramki strzeżonej przez ter Stegena. Wymowne.

Serge Gnabry – bez żalu oddawany zarówno przez Arsenal, jak i West Bromwich Albion. To w tym drugim klubie Tony Pullis – ówczesny menedżer The Baggies – przyznał publicznie, iż Gnabry nie prezentuje poziomu uprawniającego do gry w prowadzonym przez niego klubie. Przyszłość poniekąd potwierdziła słowa Pullisa, okazało się bowiem, iż niemiecki skrzydłowy prezentuje poziom o kilka (kilkanaście?) klasy wyższy niż świeżo upieczony beniaminek Premier League.

Ivan Perisic – zeszłego lata wypychany z Interu, ostatecznie przygarnięty przez Niko Kovaca w Bayernie. Może nie był wyróżniającą się postacią, ale za każdym razem, gdy pojawiał się na boisku, prezentował określoną jakość.

Robert Lewandowski – maszyna. Król strzelców Bundesligi, pucharu Niemiec oraz Ligi Mistrzów. I – choć osobiście wielkim zwolennikiem Lewego nie jestem – zdecydowanie najlepszy w tym roku zawodnik na świecie. A jeszcze rok temu królowały opinie, że aby wygrać najcenniejsze klubowe trofeum w Europie, kapitan reprezentacji Polski musi odejść z mistrza Niemiec. Najlepiej do słonecznej Hiszpanii, a konkretnie do Realu Madryt. Królewscy pożegnali się jednak z Ligą Mistrzów już na etapie 1/8 finału, a Lewy w końcu – po wielu latach rozczarowań – mógł w końcu podnieść
w górę uszaty puchar.

Mówi się, iż futbolu 365 dni to cała wieczność. Dokładnie widać to na przykładzie Bayernu. Jeszcze rok temu, patrząc na tych zawodników, doszlibyśmy do wniosku, że mogą oni powalczyć co najwyżej o triumf w pucharze Myszki Miki. Byli to zawodnicy wypaleni, bez formy, część z nich niechciana przez poprzednie kluby, kolejna część niechciana przez sam Bayern i wypychana z klubu. Mówiąc krótko – wyglądało to mało optymistycznie. Jak pokazała przyszłość, wystarczyło powierzyć stołek trenerski odpowiedniej osobie, a o żadnym z tych zawodników nie powtórzymy słów, które tak ochoczo wypowiadaliśmy zeszłego lata. W futbolu wszystko może zmienić się w mgnieniu oka oraz w najmniej oczekiwanym momencie. I to jest w tym wszystkim najpiękniejsze.


poniedziałek, 10 sierpnia 2020

Co tam, Panie, w polskiej piłce?

 

Polskie drużyny poznały dziś komplet potencjalnych rywali w europucharach. Znamienne, że zanim poważni piłkarze zakończą sezon 2019/2020, mistrz Polski może już być poza kwalifikacjami do kolejnej edycji Ligi Mistrzów. Cóż, taki poziom reprezentuje aktualnie nasz klubowy futbol… Aczkolwiek do takiej tragedii mimo wszystko dojść nie powinno. Finał LM zaplanowany jest bowiem na 23. sierpnia. Legia, przy całym szacunku do jej potencjalnych oponentów (o czym za chwilę), powinna równiutko się po nich przejechać, a eliminacje Ligi Europy polskie kluby rozpoczną dopiero 4 dni po finale Ligi Mistrzów. Czasoprzestrzeń nie powinna być zatem zagięta. Ale do rzeczy…

Mistrz Polski, Legia Warszawa, w pierwszej rundzie kwalifikacyjnej Ligi Mistrzów zmierzy się ze zwycięzcą pary Linfield FC (Irlandia Płn.) / Drita Gnjilane (Kosowo). W tym przypadku nie ma się tak naprawdę co rozwodzić: jeśli Legia chce uchodzić za choć trochę poważną drużynę, zwycięstwo (najlepiej wysokie) jest jej psim obowiązkiem. Mało renomowani przeciwnicy, w dodatku atut własnego boiska… Nic, tylko wyjść i pokazać swoją wyższość. Jeśli tak się stanie, podopieczni Aleksandara Vukovicia trafią na zwycięzcę pary Ararat-Armenia Erywań (Armenia) / Omonia Nikozja (Cypr) i tutaj poprzeczka zawiśnie już nieco wyżej. Ale tylko nieco, wciąż bowiem zdecydowanym faworytem tego starcia będą legioniści. Tym bardziej, iż dopisało im szczęście i mecz ponownie zostanie rozegrany w Warszawie. Osobiście życzyłbym sobie, aby mistrz Polski trafił na Cypryjczyków. Fajnie będzie ponownie ujrzeć przy Łazienkowskiej Henninga Berga, który w Warszawie pozostawił po sobie naprawdę mnóstwo fajnych wspomnień (oraz kilka mniej fajnych). Dodatkowo, zważywszy na agresywny, czasem wręcz brutalny styl prezentowany przez przedstawicieli futbolu rodem z Armenii, pojedynek z Omonią wydaje się bardziej optymistycznym wariantem. Na kogo by jednak Legia nie trafiła, awans – podobnie jak w 1. rundzie – jest obowiązkiem.

Lech Poznań w 1. rundzie kwalifikacyjnej do Ligi Europy trafił na łotwskie Valmiera FC i tutaj awans poznaniaków także wydaje się formalnością. Łotysze zajmują aktualnie trzecią lokatę w rodzimych rozgrywkach, które – nie oszukujmy się – poziomem odstają nawet od polskiej ekstraklasy (owszem, są w Europie kraje, w których ligowcy kopią piłkę jeszcze gorzej niż u nas…). Jeśli więc Kolejorz utrzyma formę z końcówki sezonu, możemy być świadkami prawdziwej golleady. Inna sprawa, że klub z Poznania ma już dość bogate doświadczenie w europejskich kompromitacjach z teoretycznie niżej notowanymi rywalami. Myślę jednak, że w tym przypadku nic takiego nie będzie miało miejsca i podopieczni Dariusza Żurawia pewnie awansują do kolejnej rundy.

Dochodzimy zatem do Piasta Gliwice i w tym przypadku tak optymistycznie na pewno już nie jest. Podopieczni Waldemara Fornalika trafili bowiem na białoruskie Dinamo Mińsk. Klub utytułowany, z bogatą historią, ale w tym sezonie radzący sobie bardzo przeciętnie. Podopieczni Leonida Kuczuka w 20 spotkaniach obecnych rozgrywek ugrali zaledwie 30 oczek i plasują się dopiero na 8. lokacie białoruskiej ekstraklasy. I wydaje się, że to w niemocy rywala trzeba upatrywać głównej szansy gliwiczan na awans do kolejnej rundy. Piast bowiem także w ostatnich miesiącach nie zachwyca i ciężko przypuszczać, aby zmieniło się to podczas kilkutygodniowej przerwy w rozgrywkach. Ale tak naprawdę żadne rozstrzygnięcie nie będzie w tej parze zaskoczeniem, w praktyce wskazanie faworyta jest niezwykle trudne. Mimo wszystko delikatnie wyżej oceniam szanse Dinama, Białorusini będą mieli bowiem poważny atut w postaci własnego boiska.

Najlepsze, naturalnie, pozostawiłem na koniec. Drużyna tysiąca i jednej wrzutki, prowadzona przez znanego i nie do końca lubianego sympatyka whisky. Michał Probierz i jego Cracovia trafili najgorzej jak mogli – ich rywalem będzie szwedzkie Malmo FF. Tak naprawdę nie ma co się tutaj dłużej rozwodzić, wystarczy przytoczyć kilka faktów z niedalekiej przeszłości. Drużyna prowadzona przez doskonale znanego kibicom piłkarskim Jon Dahla Tomassona w sezonie 2019/2020 grała w 1/16 Ligi Europy, gdzie musiała uznać wyższość niemieckiego Wolfsburga. Rok wcześniej Szwedzi doszli do tego samego etapu rozgrywek, ale wtedy zbyt silna okazała się Chelsea. Warto także zauważyć, że w sezonach 14/15 oraz 15/16 Malmo grało w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Pucharowa przygoda Cracovii zamyka się natomiast na obskoczeniu wpierdolu przeciwko Skhendiji Tetowo oraz DAC Dunajska Streda. Warto silić się na jakiekolwiek argumenty przemawiające za Cracovią? Nawet jeśli, ja takowych po prostu nie widzę. Względny spacerek i pewny awans Szwedów do następnej rundy.

Oj, piękne piłkarskie lato szykują nam polskie drużyny w tym roku… Cóż, pozostaje wciąż żywić nadzieję, że ostanie się choć jeden rodzynek, który zakwalifikuje się do fazy grupowej, zapewniając nam tym samym sześć dodatkowych spotkań, podczas których będziemy mogli do woli narzekać na stan polskiej piłki klubowej. Na pocieszenie (i z przymrużeniem oka) warto zaznaczyć, że 2020 rok i tak jest dla polskich klubów pod tym względem wyjątkowo udany. Mamy już bowiem połowę sierpnia, a jeszcze żadna z naszych eksportowych drużyn nie odpadła europejskich pucharów. I opóźnienie rozgrywek z powodu pandemii z pewnością nie ma z tym nic wspólnego… J


wtorek, 4 sierpnia 2020

Czas powrotów?


W dniu dzisiejszym nie mogłem napisać o niczym innym. Artur Boruc, po prostu. Legenda za życia, jeden z najlepszych polskich golkiperów w historii, symbol Legii Warszawa, po 15 latach powrócił do klubu. Ale w dniu dzisiejszym chciałbym spojrzeć na powrót Króla Artura pod trochę innym, szerszym kątem. Bardzo podoba mi się bowiem tendencja powrotu doświadczonych, polskich piłkarzy do klubów, które pozwoliły im wypłynąć na szerokie wody.

O Borucu i jego powrocie do polskiej piłki napisano już praktycznie wszystko. Ikona warszawskiej Legii wraca po długim czasie nieobecności, podpisując roczny kontrakt. Boruc zapewne przez ten okres będzie niekwestionowanym numerem 1 w bramce Wojskowych, a nauki u niego będzie miał możliwość pobierać choćby młodziutki Cezary Miszta, o którym szepczą w klubie, iż potencjał ma zdecydowanie większy od Radosława Majeckiego. Ale warto pamiętać, że Boruc to nie jedyny przykład tego typu powrotu do naszej ligi w ostatnim czasie. Dzień przed transferem Króla Artura Śląsk Wrocław ogłosił bowiem, iż po wielu latach zagranicznych wojaży na Dolny Śląsk powrócił Waldemar Sobota. Nie jest to z pewnością zawodnik tego formatu co Boruc, ale w skali polskiej piłki na pewno ten transfer odbił się dość szerokim echem. Wspominając o powrocie Soboty nie sposób zapomnieć rzecz jasna o Jakubie Błaszczykowskim, który przechodząc do krakowskiej Wisły zimą ubiegłego roku, stał się niejako prekursorem tego trendu. Trendu, który mnie osobiście bardzo cieszy.

Po pierwsze, taki zawodnik – doświadczony, z niezłą (co najmniej) karierą w Europie – nawet w podeszłym jak na piłkarza wieku, doda tej lidze kolorytu. Nie ma się co oszukiwać, nie jesteśmy piłkarskim Eldorado, gdzie gdy jakiś zawodnik kończy karierę, ot tak wydaje się 40 czy 50 baniek na nowego i kłopot znika. Jesteśmy 29. (!!!) ligą w Europie i samo to dobitnie świadczy o tym, iż poziom gry w piłkę jest u nas raczej marny. Można więc zaryzykować tezę, iż Boruc oraz Sobota w dalszym ciągu będą jednymi z wyróżniających się zawodników w naszej przaśnej lidze. Podobnie, jak miało to miejsce w przypadku Błaszczykowskiego (naturalnie jeśli dopisywało mu zdrowie).

Po drugie – charyzma. O ile w przypadku Soboty mam wątpliwości, czy w Śląsku będzie w stanie przejąć rolę lidera szatni, o tyle w przypadku Boruca jestem tego absolutnie pewien. Artur to człowiek, który zrobił dużą, europejską karierę, grał w naprawdę poważnych meczach i bardzo często zostawał tych meczów bohaterem. W dodatku jest urodzonym liderem. Sama jego obecność w zespole będzie kopem motywacyjnym dla pozostałych piłkarzy. I nie ulega według mnie wątpliwości, iż jeszcze więcej niż na boisku, Boruc da Legii w szatni.

Po trzecie – marketing. Kibice w Polsce mają ogromny głód oglądania w akcji dobrych piłkarzy. Niestety, wracamy do poprzedniego akapitu, czyli niskiego poziomu naszej ligi. Dobrzy gracze przyjeżdżają tu bardzo rzadko, młodzi i perspektywiczni – szybko wyjeżdżają. Ludzie cieszą się zatem, że ich klub pozyskuje piłkarza o wysokich – jak na standardy polskiej ligi – umiejętnościach.
A że przy okazji są to zawodnicy identyfikujący się z klubem? Tym lepiej. Jeśli zatem przychodzili oglądać Ljuboję, Nikolicia czy Vadisa, to na Boruca będą przychodzić tym chętniej. To samo w Śląsku: skoro swego czasu idolem trybun był Marco Paixao to Waldemar Sobota ma wszelkie predyspozycje do tego, aby dzięki niemu na Stadion Miejski we Wrocławiu przyszło kilka tysięcy osób więcej.

Powtórzę się po raz kolejny, ale tendencja powrotu doświadczonych piłkarzy do kraju niezmiernie mi się podoba, pozwala choć odrobinę wzmocnić wątpliwą renomę naszej ligi, co może skutkować tym, iż choć trochę poważnych piłkarzy łatwiej będzie namówić do transferu nad Wisłę.
I bardzo chciałbym, aby ze 2,3 czy 4 lata Kamil Glik wrócił do Piasta Gliwice, Łukasz Fabiański czy Wojtek Szczęsny do Legii, Kamil Grosicki do Pogoni Szczecin, a Robert Lewandowski do… Legii (poniosła mnie fantazja, wiem o tym doskonale).

PS. Szczególne ukłony dla Śląska Wrocław za zapowiedź transferu Waldemara Soboty. Kiler to niewątpliwie klasyka polskiej kinematografii, a fragment zapowiadający transfer, choć bez żadnych modyfikacji, pasuje po prostu perfekcyjnie J Link: Zapowiedź transferu Waldemara Soboty


poniedziałek, 27 lipca 2020

Śladem Football Managera. Kto zostanie gwiazdą?

               


            Niewielu rzeczy jestem w życiu absolutnie pewien, ale tej jednej – owszem. Football Manager to najlepsza gra komputerowa, z jaką kiedykolwiek miałem styczność. Absolutne arcydzieło. I nawet nie próbujcie ze mną na ten temat polemizować, jesteście z góry na straconej pozycji. Możecie nazwać mnie dziwakiem (i zapewne będziecie mieli rację), ale kiedy za młodu moi rówieśnicy grali w Heroes of Might & Magic czy Counter Strike’a, ja pasjonowałem się głębią szczegółów Football Managera. Uwielbiałem dopasowywać taktykę do posiadanych w kadrze zawodników, godzinami mogłem analizować minione spotkania i kombinować, czy przypadkiem mój zespół nie powinien grać wyższym pressingiem, a będąc przy piłce atakować skrzydłami, a nie środkiem. Pasja do arcydzieła Sports Interactive została mi zresztą do dziś, w dalszym ciągu lubię od czasu do czasu „odpalić” FMa. Football Manager sprawił także, że zupełnie inaczej zacząłem patrzeć na piłkę. W dalszym ciągu uwielbiam patrzeć na efektowne zagrania oraz piękne bramki, ale równie dużą frajdę sprawia mi analizowanie ustawienia formacji, przesuwania się zawodników. Mogę śmiało powiedzieć, że FM zaszczepił we mnie nieco trenerskiego bakcyla.

               Nie o Football Managerze – a przynajmniej nie w głównej mierze – będzie traktował ten tekst. Tak się składa, iż w każdej z gier serii Football Manager mieliśmy do czynienia z kilkudziesięcioma piłkarzami określanymi mianem „wonderkid”. Byli to młodzi, często nastoletni zawodnicy, o ogromnym możliwościach. Potencjalne gwiazdy światowej piłki. Goście, którzy jeszcze nie zaistnieli w wielkim futbolu – często grający jeszcze w rezerwach – ale mający „papiery” na dołączenie do światowej czołówki. Dziś postanowiłem pobawić się trochę w scouta i wynotować zawodników o największym, moim zdaniem, potencjale w pięciu najsilniejszych ligach świata. Oznacza to, iż z lig: włoskiej, angielskiej, francuskiej, hiszpańskiej oraz niemieckiej wybrałem po jednym zawodniku, który według mnie zrobi w przyszłości wielką karierę. Na wstępie muszę jednak zaznaczyć, iż brałem pod uwagę jedynie zawodników, którzy dopiero mogą wskoczyć na poziom europejski. Nie uświadczycie więc w tym rankingu Jadona Sancho, Erlinga Haalanda, Alphonso Daviesa czy Masona Greenwooda. Przyczyna jest prosta: oni trafili już na salony i całkiem ochoczo rozpychają się tam łokciami, torując sobie drogę. Zatem, nie przedłużając:

 

WŁOCHY: Sandro Tonali (20 lat, Brescia Calcio)

Cudowne dziecko włoskiego futbolu. 20-latek jest wychowankiem oraz wschodzącą gwiazdą Brescii Calcio. Niemal pewne jest jednak to, iż tego lata zmieni klub i dołączy do jednego z potentatów
Serie A. Według medialnych doniesień, na chwilę obecną najbliżej pozyskania Tonalego jest Inter Mediolan, ale zarówno Juventus, jak i Milan także nie składają broni. Cena za środkowego pomocnika, który zdążył już trzykrotnie wystąpić w reprezentacji Włoch to minimum 35 milionów , choć prezes Brescii od dawna zapowiada, iż nie sprzeda swojej młodej gwiazdy za mniej niż 50 milionów w europejskiej walucie.

 

FRANCJA: Eduardo Camavinga (17 lat, Stade Rennais)

Chyba najgłośniejsze nazwisko w całym zestawieniu. Młodziutki Camavinga, który w listopadzie skończy ledwie 18 lat, jest Francuzem angolańskiego pochodzenia. Podobnie jak Tonali występuje na pozycji defensywnego pomocnika i trzeba przyznać, że w ostatnich kilkunastu miesiącach robi zawrotną karierę. Jak na tak młody wiek, abstrahując od naprawdę wysokich umiejętności piłkarskich, charakteryzuje się naprawdę dużym spokojem w grze oraz ogromną boiskową inteligencją. Nic więc dziwnego, że parol na przyszłego reprezentanta Francji (do tej pory 1 występ w kadrze U21) zagiął sam Real Madryt. Cena wywoławcza? Około 100 milionów . Biorąc pod uwagę dzisiejsze standardy, obecne umiejętności oraz wciąż ogromne rezerwy Camavingi, wydaje się to ceną adekwatną.

 

HISZPANIA: Ferran Torres (20 lat, Valencia CF)

Jeden z najnowszych „produktów” Akademii Valencia CF. Klub z Walecji słynie nie tylko ze świetnego szkolenia młodzieży, ale także z umiejętnego wprowadzania ich do seniorskiego futbolu, a Torres jest tego książkowym przykładem. 20-letni skrzydłowy przeszedł przez wszystkie szczeble akademii „Nietoperzy”, a następnie – poprzez drugą drużynę – trafił do pierwszego zespołu Los Ches. Radzi sobie w niej na tyle dobrze, iż w ostatnim czasie zaczęły pojawiać się plotki o jego rzekomym transferze do Juventusu Turyn. Wydaje się jednak, iż Ferran przynajmniej przez rok pozostanie jeszcze w Valencii. Młody Hiszpan, który nie zdążył jeszcze zadebiutować w seniorskiej reprezentacji, zanotował w tym sezonie 44 występy we wszystkich rozgrywkach, strzelając przy tym 6 goli i zaliczając 8 asyst.

 

ANGLIA: Troy Parrott (18 lat, Tottenham Hotspur)

Zdecydowanie najmniej znane nazwisko w całym zestawieniu oraz mój ulubieniec z kilku ostatnich edycji Football Managera. 18-letni Irlandczyk póki co wciąż gra w młodzieżowym zespole Tottenhamu – notując jedynie pojedyncze epizody w drużynie prowadzonej przez Jose Mourinho – ale stawiam dolary przeciwko orzechom, iż w niedalekiej przyszłości sytuacja ta diametralnie się zmieni. Wysunięty napastnik, sprowadzony przed trzema laty z irlandzkiego Belvedere FC dysponuje bowiem naprawdę niesamowitym potencjałem, a 6 goli ustrzelonych w zaledwie 4 meczach Ligi Młodzieżowej UEFA są tego całkiem dobrym przykładem. Jeśli Parrott będzie potrafił przekuć swój potencjał na rozgrywki seniorskie, to według mnie w niedalekiej przyszłości może stać się równorzędnym partnerem dla Harry’ego Kane’a, a w nieco dalszej perspektywie – zastąpić kapitana Spurs w roli gwiazdy zespołu. Wydaje się, że – pomimo niedawnego zainteresowania Bayernu Monachium – młodziutki Irlandczyk ma aktualnie w Tottenhamie status „nie na sprzedaż”.

 

NIEMCY: Giovanni Reyna (17 lat, Borussia Dortmund)

Młody Amerykanin to żywy dowód na to, iż niedaleko pada jabłko od jabłoni. Jego ojcem jest bowiem Claudio Reyna, wybitny amerykański piłkarz, który zaliczył 112 występów dla narodowej reprezentacji i grał w takich klubach jak Bayer Leverkusen, Glasgow Rangers czy Manchester City. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują jednak, iż jeśli niespełna 18-letni Giovanni w dalszym ciągu będzie rozwijał się w takim tempie jak do tej pory, wyprzedzi dokonania ojca o kilka długości. Reyna junior, grający na pozycji nr 10, został sprowadzony w lipcu zeszłego roku z NYFC Academy i początkowo grywał jedynie w drużynie U19 klubu z Dortmundu. Lucien Favre dał mu jednak szansę w pierwszym zespole, a Giovanni ochoczo z niej skorzystał. W minionym sezonie 18 występów w pierwszej drużynie, strzelając przy tym 1 gola i notując 2 asysty. Niemal pewne jest jednak to, iż w sezonie 2020/21 jego pozycja w Dortmundzie będzie już dużo mocniejsza.

 

Zdaję sobie sprawę, iż powyższy ranking jest mocno subiektywny oraz że przy tak małej liczbie miejsc nie będę w stanie zadowolić wszystkich. Chętnie dowiem się jednak, kogo Wy umieścilibyście w swoim rankingu, być może lepszym od mojego J


poniedziałek, 13 lipca 2020

Leeds United - czy Pawie powrócą na szczyt?

Elland Road – legendarny obiekt, na którym swoje spotkania rozgrywają „Pawie”


Chyba nie ma pośród kibiców piłkarskich osoby, która nie kojarzyłaby Leeds United. Popularne „Pawie” nie są co prawda równie utytułowanym klubem co ich największy rywal – Manchester United – ale bez wątpienia zdołały odcisnąć swoje piętno na angielskim futbolu. Starsi kibice z rozrzewnieniem  wspominają zapewne okres od końca lat sześćdziesiątych
aż do początku osiemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to „The Peacocks” odnosili największe sukcesy m.in. trzy tytuły mistrza Anglii, dwa Puchary Miast Targowych (poprzednik Pucharu UEFA). Szczególne miejsce w ich pamięci zajmuje z pewnością rok 1975, kiedy to drużyna prowadzona wówczas przez Jimmy’ego Arfielda dotarła do finału Pucharu Europy, ulegając w nim Bayernowi Monachium.

Nieco młodsi fani z pewnością kojarzą Leeds United z początku XXI w., kiedy
to fenomenalną drużynę stworzył irlandzki szkoleniowiec – David O’leary, a prowadzony przez niego zespół w znakomitym stylu dotarł do półfinału Ligi Mistrzów, gdzie został zatrzymany przez hiszpańską Valencię. I choć klub tylko trzykrotnie w swojej historii cieszył się z mistrzostwa kraju, można zaryzykować twierdzenie, iż w annałach angielskiego futbolu zdążył zapisać się złotymi zgłoskami.

Od kilkunastu lat „Pawii” nie oglądamy już jednak nie tylko na europejskich, ale także na angielskich salonach. Wielu kibiców  po dziś dzień zastanawia się, co stało się tak dużym klubem i czemu tak nagle zniknął z piłkarskiej mapy Europy? Czy obecny zespół zdoła nawiązać do czasów chwały?

 

 Geneza upadku

            „The Peacocks” z początku XXI wieku – prowadzeni przez Davida O’leary – byli bez wątpienia znakomitą drużyną. Był to zespół idealnie zbilansowany: mocni w obronie, kreatywni w środku pola, skuteczni w ataku. Z pełnym przekonaniem można stwierdzić,
iż w tamtych czasach Leeds nie skupowało gwiazd światowej piłki, ono je tworzyło. Tacy piłkarze jak chociażby Rio Ferdinand, James Milner czy Harry Kewell zrobili potem naprawdę duże kariery, grali w znakomitych klubach. Model finansowy klubu oparty na takich założeniach wydawał się znakomity – zamiast sprowadzać wielkie gwiazdy za jeszcze większe pieniądze, stawiano na wychowanków klubu bądź sprowadzano – za niewielkie kwoty – perspektywicznych zawodników o określonym potencjale. Taka polityka – trzeba zaznaczyć, iż jak najbardziej zasłużenie – zaprowadziła klub z hrabstwa West Yorkshire aż do półfinału rozgrywek Ligi Mistrzów w sezonie 2000/01. Warto również zaznaczyć, że drużyna pod wodzą irlandzkiego szkoleniowca ani razu nie skończyła sezonu w Anglii poniżej piątej lokaty.

            Jak się jednak okazało, znakomite wyniki osiągane w tamtych czasach przez „Pawie” stały się gwoździem do ich trumny. Ambicje klubu były bowiem tak wielkie, iż kierownictwo klubu postanowiło zaciągnąć ogromną pożyczkę, której spłatę pokryłyby zyski z transmisji telewizyjnych oraz dobre występy w Lidze Mistrzów w kolejnych sezonach. Poważny problem pojawił się wtedy, gdy Leeds w kolejnym sezonie nie zakwalifikowało się do Ligi Mistrzów, zajmując ostatecznie dopiero 5. lokatę… Pierwszym sygnałem świadczącym o problemach finansowych „The Peacocks” była sprzedaż niezwykle uzdolnionego środkowego obrońcy – Rio Ferdinanda. Wychowanek West Hamu za 30 milionów funtów przeniósł się do największego rywala, a więc Manchesteru United. Dla kibiców „Pawii” był to czytelny sygnał, że w klubie nie dzieje się dobrze. Jak pokazała przyszłość, był to dopiero początek wielkiej wyprzedaży.

Rio Ferdinand – pierwsza „ofiara” problemów finansowych „The Peacocks”


W kolejnych latach klub był zmuszony sprzedawać swoich najlepszych zawodników, do innych zespołów odeszli m.in. Paul Robinson, Jonathan Woodgate, Harry Kewell, Lee Bowyer, Marc Viduka oraz wielu, wielu innych. W międzyczasie próbowano ratować klub poprzez zmianę szkoleniowców (O’leary został zastąpiony przez Terrego Veneblesa, którego z kolei zastąpił Peter Reid) oraz roszady na stanowisku prezesa klubu. Zadłużenie stale jednak rosło, a wyniki sportowe stawały się coraz gorsze. W sezonie 2002/2003 klub zdołał co prawda uchronić się przed spadkiem z ligi, zajmując ostatecznie 15. miejsce w tabeli. Sezon później długi „The Peacocks” sięgały już jednak 130 milionów funtów, a „rozsprzedana” drużyna z przedostatniego miejsca spadła do The Championship.

Spadek na dno

            Po spadku z Premier League „Pawie” stały się sztandarowym przykładem ligowego średniaka, zajmując w pierwszym sezonie gry w The Championship dopiero 14. lokatę. Sezon później wydawało się, iż na Elland Road zaświtał promyk nadziei. Drużyna prowadzona przez ówczesnego szkoleniowca – Kevina Blackwella – w sezonie zasadniczym zajęła 5. miejsce i uzyskała prawo gry w barażach o awans do angielskiej elity. Leeds w półfinale pokonało Preston North End i zameldowało się w finale. Niestety dla fanów „Pawii”, na legendarnym Wembley zdecydowanie mocniejszy okazał się Watford, a gorycz porażki była dla kibiców Leeds jedynie przedsmakiem tego, co miało się stać w kolejnych miesiącach…

            Klub w dalszym ciągu borykał się bowiem z ogromnymi problemami finansowymi. Problemami na tyle dużymi, iż pod koniec sezonu 2006/2007  - trzeciego, które Leeds spędzało na drugim szczeblu rozgrywkowym – angielska federacja ukarała klub z West Yorkshire karnym odjęciem dziesięciu punktów. Leeds United nie zdołało pozbierać się już do końca rozgrywek i z hukiem, z przedostatniego miejsca, spadło do League One.

Powrót do normalności?

            Gdyby sam spadek nie okazał się wystarczająco złą informacją, na klub – z powodu, a jakże, problemów finansowych – nałożono karę 15 ujemnych punktów na starcie sezonu 2007/2008. I choć drużyna prowadzona wówczas przez Denisa Wise’a, a następnie przez ikonę klubu – Garry’ego McAllistera bardzo szybko odrobiła ujemne punkty, ostatecznie skończyła rozgrywki na piątym miejscu, a awans do The Championship zaprzepaściła na Wembley, ulegając w finale baraży zespołowi Doncaster Rovers. Sezon później historia powtórzyła się, tym razem pogromcą „Pawii” okazał się zespół Milwall. Awans do wyższej klasy rozgrywkowej „The Peacocks” mogli świętować dopiero w sezonie 2009/2010, kiedy to sezon zasadniczy zakończyli na 2. lokacie, pieczętując tym samym bezpośredni awans.

 Lata stagnacji i argentyński magik

            Droga na szczyt – w przeciwieństwie do wyobrażeń fanów Leeds – nie była jednak usłana różami. Po zasłużonym awansie do The Championship „Pawie” utknęły w tych rozgrywkach na dobre, zajmując w kolejnych sezonach następujące lokaty:

·       Sezon 2010/11: 7. miejsce,

·       Sezon 2011/12: 14. miejsce,

·       Sezon 2012/13: 13. miejsce,

·       Sezon 2013/14: 15. miejsce,

·       Sezon 2014/15: 15. miejsce,

·       Sezon 2015/16: 13. miejsce,

·       Sezon 2016/17: 7. miejsce,

·       Sezon 2017/18: 13. miejsce.

Nietrudno zatem zauważyć, iż klub z Elland Road stał się typowym średniakiem drugiego poziomu rozgrywkowego w Anglii. Dwukrotnie otarł się o baraże –  zajmując w sezonie zasadniczym 7. lokatę – w pozostałych latach kończył jednak rozgrywki w środku stawki.

            Sytuacja uległa diametralnej zmianie dopiero 1. lipca 2018 roku. Wtedy to nowym menedżerem klubu z Elland Road mianowano Marcelo Bielsę. Zatrudnienie szkoleniowca tyleż genialnego, co ekscentrycznego było ogromnym ryzykiem ze strony kierownictwa klubu. Ryzykiem, które – wiele na to wskazuje – opłaci się. Drużyny prowadzone przez Bielsę – nieprzypadkowo noszącego przydomek „El Loco” – zawsze słynęły z ofensywnej, atrakcyjnej piłki i „Pawie” nie były tutaj wyjątkiem. Odmieniony zespół, mający w składzie m.in. Mateusza Klicha, przez większość sezonu 2018/2019 zachwycał zarówno ekspertów, jak i kibiców. Drużyna grała efektownie i – co najważniejsze – punktowała regularnie. Kryzys przyszedł jednak w najgorszym możliwym momencie. Końcówka sezonu była dla samego Bielsy oraz jego podopiecznych fatalna. Najpierw słaba końcówka sezonu zasadniczego spowodowała, że z bezpośredniego awansu cieszyły się ekipy Norwich City oraz Sheffield United. Następstwem tego była konieczność gry w barażach, gdzie już w półfinale lepsze okazało się prowadzone wówczas przez Franka Lamparda Derby County.

Marcelo „El Loco” Bielsa w swoim żywiole

            

            Wszyscy związani z klubem przeżyli ogromny zawód, to więcej niż pewne. Kierownictwo klubu wytrzymało jednak ciśnienie, zatrzymując „El Loco” na stanowisku i wszystko wskazuje na to, iż było to dobre posunięcie. Leeds United, na trzy kolejki przed zakończeniem sezonu zasadniczego, jest bowiem liderem The Championship i do zapewnienia sobie awansu potrzebuje ledwie trzech punktów. Tym razem już nikt ani nic nie powinno zmącić radości wszystkich osób związanych z „The Peacocks”.

Odpowiadając na koniec na pytanie zawarte w tytule: czy „Pawie” powrócą jeszcze na szczyt? Nie da się tego stwierdzić z pełnym przekonaniem. Wydaje się jednak, iż z szalonym Marcelo Bielsą u sterów są na dobrej drodze do osiągnięcia tego celu. A to powinna być znakomita wiadomość dla wszystkich fanów futbolu, Leeds United jest bowiem wielkim klubem z bogatą tradycją oraz rzeszą fanów. A miejsce takich klubów bez wątpienia znajduje się na piłkarskich salonach.

 

 

 


poniedziałek, 6 lipca 2020

Dokąd zmierzasz, Legio?

              


         Legia Warszawa zostanie nowym mistrzem Polski i jest to bardziej fakt, nie opinia. Podopiecznym Aleksandra Vukovica brakuje jednego punktu w trzech pozostałych spotkaniach, aby przypieczętować tytuł i powrócić na tron po rocznej przerwie. Co prawda Legia mistrzostwo powinno przyklepać już ze dwie kolejki temu, ale że grupa pościgowa goni bliżej niezidentyfikowany obiekt (ale z pewnością nie Legią), jest jak jest – 8 punktów przewagi nad Piastem oraz Lechem, 12 punktów nad Śląskiem. Za chwilę przyjdzie jednak weryfikacja drużyny (oby wzmocnionej) w europejskich pucharach i trzeba odpowiedzieć na kilka dość istotnych pytań.

               Czy Legia jest tak mocna, czy reszta ligi tak słaba? Stołeczna drużyna pod wodzą Vuko z pewnością wykonała krok naprzód. Legia ma swój styl, potrafi dominować rywala. Praktycznie zawsze, nawet w przegranych meczach, stara się grać na dużej intensywności, wysokim pressingiem, a po przejęciu futbolówki – ofensywnie, z polotem. Zdecydowanie największa ilość bramek strzelonych spośród wszystkich drużyn ekstraklasy jest tego dobrym podsumowaniem. No właśnie, jeśli jednak przenalizujemy analogiczny moment zeszłego sezonu, dojdziemy do wniosku, iż legioniści punktują w tym sezonie gorzej niż w poprzednich rozgrywkach! W ubiegłorocznej kampanii drużyna prowadzona na przestrzeni całego sezonu przez Deana Klafurica, Ricardo Sa Pinto oraz Aco Vukovica po 34 rozegranych spotkaniach miała na koncie 66 punktów, w tym – jedno oczko mniej. W obu przypadkach daje to średnią poniżej 2 pkt / mecz, co świadczy o tym, iż w obecnym sezonie Legia jest silna głównie słabością rywali. Piast Gliwice? Historyczny tytuł tej drużyny w poprzednich rozgrywkach był wynikiem grubo ponad stan, tak samo jak grubo ponad stan jest 2. lokata w obecnym sezonie. Lech Poznań? Podobnie jak przed rokiem, zespół niesamowicie chimeryczny. Lech potrafi zagrać fenomenalne spotkanie, by po tygodniu zaprezentować się jak zespół pieśni i tańca „Mazowsze”. Lechia Gdańsk? Problemy z wypłacaniem pensji, rozwiązywanie kontraktów z zawodnikami, do tego toksyczny (podobno) Piotr Stokowiec… standardzik. Jagiellonia Białystok? Wydaje się, iż obecne miejsce zajmowane w tabeli przez białostoczan jest idealnym odzwierciedleniem ich potencjału sportowego. O Pogoni Szczecin, Śląsku Wrocław oraz Cracovii pod wodzą trenera z baśni tysiąca i jednej wrzutki – Michała Probierza – nawet nie będę się rozwodził. Można zatem dojść do wniosku, iż najpoważniejszym konkurentem Legii w walce o mistrzostwo Polski była… Legia. Inne zespoły z czołówki punktowały bowiem z taką regularnością, z jaką Polacy jeżdżą na mundial – ze dwa mecze wygrali, potem w trzech kolejnych nie byli w stanie zgarnąć kompletu punktów, następnie przydarzyła się jakaś seria bez porażki, która znów została przerwana przez mecze bez zwycięstwa. I tak w kółko. Jeśli Legia z takimi kontrkandydatami do tytułu nie byłaby w stanie go zdobyć, byłaby to katastrofa, naprawdę.

               Czy obecny skład pozwala myśleć o fajnej przygodzie w pucharach?
I nie mam tu na myśli wyjścia z grupy Ligi Mistrzów, bynajmniej. Raczej możliwość rozegrania 6 spotkań w fazie grupowej Ligi Europy i zdobycie 6-8 punktów. Umówmy się, w ostatnich latach polskie zespoły z taką regularnością rozpieszczały swoich kibiców grą w europejskich pucharach, iż taki wynik uznalibyśmy pewnie za światełko w tunelu. Wracając do pytania zawartego na początku tego akapitu: moim zdaniem nie. Spośród bramkarzy trenerzy mają do dyspozycji: solidnego Radka Cierzniaka, młodego i niedoświadczonego Wojciecha Muzyka oraz obiecującego juniora – Cezarego Misztę. Niby dramatu nie ma, ale zdecydowanie przydałoby się wzmocnić tę formację. Środek obrony? Bardzo doświadczeni Jędza oraz Igor Lewczuk, do tego Mateusz Wieteska, na którego osobiście mam alergię i liczę, że klub sprzeda go przy pierwszej sposobności. W zasadzie na tym wyliczanie stoperów można zakończyć, gdyż Inaki Astiz ma już jakieś 140 lat i z pewnością nie będzie odgrywał w zespole większej roli, a William Remy częściej niż na boisku widywany jest w gabinetach lekarskich. Boki obrony? Lewa strona całkiem nieźle obsadzona – jest Michał Karbownik (o ile nie zostanie sprzedany), który może też grać na prawej stronie obrony oraz w środku pola. Jest Luis Rocha (czy będzie w kolejnym sezonie – okaże się), który może żadnym wirtuozem nie jest, ale nie można zaliczyć go też do kategorii szrot. Pozyskano także Filipa Mladenovica, co uważam za bardzo dobry ruch ze strony warszawskich działaczy. Na prawej stronie defensywy też byłoby całkiem obiecująco, gdyby nie Marko Vesovic i jego zerwane więzadła w kolanie, przez które Czarnogórzec w tym roku raczej już nie wybiegnie na boisko. Pozostaje przeciętny Paweł Stolarski (+ ewentualnie Karbownik), ewidentnie potrzebne jest więc wzmocnienie. Środek pola wydaje się być obsadzony naprawdę nieźle, do dyspozycji trener Vukovic ma tam Andre Martinsa, Domagoja Antolica, Bartosza Slisza, Waleriana Gwilię oraz Luquinhasa. Na skrzydle pewniakiem jest Paweł Wszołek, ale brakuje gościa robiącego robotę po drugiej stronie boiska. Niestety, Arvydas Novikovas, Mateusz Cholewiak ani tym bardziej Piotr Pyrdoł nie gwarantują jakości predestynującej ich  do gry w pierwszej „11” takiego klubu jak Legia. Luqinhas też zdecydowanie lepiej niż na boku sprawdza się jako podwieszony. W ataku mamy natomiast Jose Kante, który powinien być gotów do gry w ciągu 1,5 miesiąca, drewnianego Tomasa Pekharta oraz młodziutkiego Macieja Rosołka. Szału nie ma, sami przyznacie.

Podsumowując, obecna kadra warszawskiego zespołu zdecydowanie wymaga wzmocnienia. Może nie rewolucji, ale z pewnością na Łazienkowską powinno zawitać 4-5 piłkarzy, którzy z miejsca podnieśliby poziom sportowy. Mam ogromną nadzieję, iż zespół ds. sportowych stanie na wysokości zadania i zapewni drużynie jakościowe wzmocnienia, aby tegoroczna przygoda w europejskich pucharach ponownie nie zakończyła się pocałunkiem śmierci (po raz kolejny ukłony dla złotoustego trenera Probierza). Czego życzę nie tylko Legii, ale także pozostałym klubom, które w najbliższych miesiącach będą reprezentowały Polskę na arenie międzynarodowej.


czwartek, 2 lipca 2020

Hakimi w Interze, czyli zwiastun gorącego, transferowego lata


Achraf Hakimi został nowym piłkarzem Interu Mediolan. Marokańczyk przeszedł już obligatoryjne testy medyczne i podpisał z mediolańskim klubem kontrakt obowiązujący do czerwca 2025 roku. Można śmiało zaryzykować tezę, iż dyrektorzy ds. sportowych mediolańczyków – Beppe Marotta oraz Piero Ausilio – zrobili kolejny świetny interes. Pozyskali bowiem gracza naprawdę wysokiej klasy, a także na tyle młodego, że spokojnie będzie w stanie wspiąć się na jeszcze wyższy poziom, stając się jednym z najlepszych na świecie na swojej pozycji. Warto także zauważyć, że równie ważny co sportowy jest aspekt ekonomiczny. Nieoficjalnie mówi się, iż mediolańczycy zapłacą za 21-latka około 40 milionów + kolejne 5 milionów zmiennych. W umowie pomiędzy klubami nie zawarto także żadnej klauzuli odkupu, Real będzie miał jedynie możliwość wyrównania oferty w przyszłości (oznacza to, iż jeśli za rok jakiś klub zaoferuje za Hakimiego przykładowe 70 milionów i oferta zostanie zaakceptowana, Królewscy będą mogli złożyć identyczną ofertę, która również będzie musiała zostać zaakceptowana). Wśród kibiców – szczególnie tych na co dzień sympatyzujących z madrycką drużyną – dało się słyszeć głosy o bezsensowności tego ruchu. Poniżej postanowiłem przedstawić kilka argumentów przemawiających za tym, iż sprzedaż Marokańczyka do Interu nie jest wcale tak głupią koncepcją i nie musi wcale oznaczać, że Florentino Perez nagle postradał zmysły.

               Po pierwsze: aspekt taktyczny. Real Madryt pod wodzą Zizou preferuje formację 4-4-3, względnie 4-5-1. Głównym zadaniem bocznych obrońców w tym systemie – szczególnie w spotkaniach przeciwko słabszym rywalom – jest naturalnie atakowanie, wspomaganie skrzydłowych. Ale nie tylko. Przy takim stylu gry boczny defensor musi być niczym samochodzik napędzany bateriami Duracell, przez całe 90 minut zasuwając od jednego pola karnego do drugiego, mając przy tym duże umiejętności w grze obronnej. Po analizie gry Hakimiego w barwach Borusii Dortmund uważam, iż Marokańczyk takich umiejętności póki co nie posiada. Owszem, ma niesamowitą wydolność, potrafi biegać przez cały mecz na niewyobrażalnej intensywności. Ale właśnie braki w grze obronnej powodują, że zdecydowanie lepiej sprawdza się w formacji 3-5-2, na pozycji wahadłowego. Przy takim ustawieniu ma zdecydowanie mniej zadań defensywnych oraz świadomość, że – nawet przy spóźnionym powrocie – jest jeszcze trzech stoperów, którzy wyjaśnią sprawę. A nie muszę przecież dodawać, iż ulubioną (i chyba jedyną stosowaną) formacją drużyn prowadzonych przez Antonio Conte jest właśnie 3-5-2, z bardzo ofensywnie usposobionymi wahadłami.

               Po drugie: aspekt sportowy. Na pierwszy rzut oka argument niezbyt logiczny. Bo który poważny menadżer sprzedaje zawodnika lepszego, a pozostawia w klubie słabszego? Uprzedzam Was z góry, iż to tylko moje przypuszczenia, ale zastanówmy się nad tym na spokojnie. Hakimi już teraz prezentuje wysoki poziom, a z każdym rokiem powinien być tylko lepszy. Logicznym jest więc, iż będzie chciał spędzać na boisku coraz więcej czasu i pełnić w drużynie coraz bardziej istotną rolę. Jednocześnie trzeba pamiętać, iż w klubie wciąż jest Dani Carvajal, który – choć ostatnio przechodzi nieco gorsze chwile – ma dopiero 28 lat i jeszcze przynajmniej 4-5 kolejnych pogra na światowym poziomie. Real miałby zatem potencjalnie dwóch świetnych, bocznych obrońców i zbyt mało minut do rozdysponowania, aby obu zadowolić w pełni. Potrafię zatem wyobrazić sobie sytuację, w której Zinedine Zidane dochodzi do wniosku, iż woli zachować jasną hierarchię: niepodważalnym numerem jeden na pozycji prawego obrońcy jest Dani Carvajal, a jego zmiennik – być może będzie to Alvaro Odriozola, tego nie wiem – z pewnością ustępuje mu klasą, ale na spotkania o niższej temperaturze będzie idealny.

               Po trzecie: aspekt finansowy. Zgadza się, w ostatnich latach kluby płaciły za piłkarzy niebotyczne ceny. Ale pamiętajmy o trzech kwestiach. Przede wszystkim ostatnie miesiące i sytuacja związana z pandemią COVID-19 wywróciły rynek transferowy (i nie tylko) do góry nogami. Nikt nie powinien oczekiwać, że aktualnie kluby będą szastać pieniędzmi równie mocno co jeszcze dwa okienka transferowe wstecz. A blisko 50 milinów zarobionych na jednym tylko zawodniku pozwoli Florentino Perezowi pomyśleć także o transferach do klubu. Co więcej, pamiętajmy, iż w zasadzie od zawsze najwięcej płaciło się za zawodników ofensywnych – napastników, skrzydłowych, ofensywnych pomocników. To oni zdobywali decydujące bramki, czarowali kibiców pięknymi zagraniami i sprzedawali najwięcej koszulek ze swoim nazwiskiem. Achraf Hakimi jest jednak „tylko” wahadłowym. Niezwykle istotnym, ale – mimo wszystko – elementem większej machiny o nazwie „Inter Mediolan”. Choć przyznaję, biorąc pod uwagę, iż Inter kupuje chłopaka z naprawdę ogromnym potencjałem, nawet dla mnie fana Nerazzurri, kwota ta wydaje się niezwykle kusząca. Ale pozwoli mi to płynnie przejść do punktu trzeciego, czyli Beppe Marotty oraz Piero Ausilio. Ci dwaj Panowie od pewnego czasu robią naprawdę znakomitą robotę i ten transfer jak najbardziej wpisuje się w ten trend. Na szczęście czasy Massimo Morattiego, kiedy Inter skupował przepłacone gwiazdy za ogromne pieniądze oraz oddawał świetnych zawodników przeminęły. Dzięki spójnej wizji oraz ogromnej pracy wykonanej przez obu dyrektorów sportowych klub jest w stanie ściągać w swoje szeregi takich zawodników jak Hakimi czy wcześniej Eriksen lub Lukaku. Sytuacja jeszcze dwa lata temu nie do wyobrażenia.

               Tytułem podsumowania, nie uważam, aby Real Madryt na sprzedaży Marokańczyka poczynił deal stulecia. Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że za jakiś czas mogą tego pożałować. Ale jestem w stanie zrozumieć ten ruch oraz poprzeć go konkretnymi argumentami, które opisałem powyżej. Inter natomiast w ostatnim czasie imponuje na rynku transferowym. Jakiś czas temu Beppe Marotta wypowiadał się, iż klub szuka na rynku transferowym okazji i jeśli takowa się trafia – próbują ją wykorzystać. Tak było w zimowym okienku z Christianem Eriksenem, tak było latem z Achrafem Hakimim. Naprawdę, jestem bardzo ciekawych kolejnych ruchów transferowych mediolańskiego klubu…