poniedziałek, 13 lipca 2020

Leeds United - czy Pawie powrócą na szczyt?

Elland Road – legendarny obiekt, na którym swoje spotkania rozgrywają „Pawie”


Chyba nie ma pośród kibiców piłkarskich osoby, która nie kojarzyłaby Leeds United. Popularne „Pawie” nie są co prawda równie utytułowanym klubem co ich największy rywal – Manchester United – ale bez wątpienia zdołały odcisnąć swoje piętno na angielskim futbolu. Starsi kibice z rozrzewnieniem  wspominają zapewne okres od końca lat sześćdziesiątych
aż do początku osiemdziesiątych ubiegłego wieku, kiedy to „The Peacocks” odnosili największe sukcesy m.in. trzy tytuły mistrza Anglii, dwa Puchary Miast Targowych (poprzednik Pucharu UEFA). Szczególne miejsce w ich pamięci zajmuje z pewnością rok 1975, kiedy to drużyna prowadzona wówczas przez Jimmy’ego Arfielda dotarła do finału Pucharu Europy, ulegając w nim Bayernowi Monachium.

Nieco młodsi fani z pewnością kojarzą Leeds United z początku XXI w., kiedy
to fenomenalną drużynę stworzył irlandzki szkoleniowiec – David O’leary, a prowadzony przez niego zespół w znakomitym stylu dotarł do półfinału Ligi Mistrzów, gdzie został zatrzymany przez hiszpańską Valencię. I choć klub tylko trzykrotnie w swojej historii cieszył się z mistrzostwa kraju, można zaryzykować twierdzenie, iż w annałach angielskiego futbolu zdążył zapisać się złotymi zgłoskami.

Od kilkunastu lat „Pawii” nie oglądamy już jednak nie tylko na europejskich, ale także na angielskich salonach. Wielu kibiców  po dziś dzień zastanawia się, co stało się tak dużym klubem i czemu tak nagle zniknął z piłkarskiej mapy Europy? Czy obecny zespół zdoła nawiązać do czasów chwały?

 

 Geneza upadku

            „The Peacocks” z początku XXI wieku – prowadzeni przez Davida O’leary – byli bez wątpienia znakomitą drużyną. Był to zespół idealnie zbilansowany: mocni w obronie, kreatywni w środku pola, skuteczni w ataku. Z pełnym przekonaniem można stwierdzić,
iż w tamtych czasach Leeds nie skupowało gwiazd światowej piłki, ono je tworzyło. Tacy piłkarze jak chociażby Rio Ferdinand, James Milner czy Harry Kewell zrobili potem naprawdę duże kariery, grali w znakomitych klubach. Model finansowy klubu oparty na takich założeniach wydawał się znakomity – zamiast sprowadzać wielkie gwiazdy za jeszcze większe pieniądze, stawiano na wychowanków klubu bądź sprowadzano – za niewielkie kwoty – perspektywicznych zawodników o określonym potencjale. Taka polityka – trzeba zaznaczyć, iż jak najbardziej zasłużenie – zaprowadziła klub z hrabstwa West Yorkshire aż do półfinału rozgrywek Ligi Mistrzów w sezonie 2000/01. Warto również zaznaczyć, że drużyna pod wodzą irlandzkiego szkoleniowca ani razu nie skończyła sezonu w Anglii poniżej piątej lokaty.

            Jak się jednak okazało, znakomite wyniki osiągane w tamtych czasach przez „Pawie” stały się gwoździem do ich trumny. Ambicje klubu były bowiem tak wielkie, iż kierownictwo klubu postanowiło zaciągnąć ogromną pożyczkę, której spłatę pokryłyby zyski z transmisji telewizyjnych oraz dobre występy w Lidze Mistrzów w kolejnych sezonach. Poważny problem pojawił się wtedy, gdy Leeds w kolejnym sezonie nie zakwalifikowało się do Ligi Mistrzów, zajmując ostatecznie dopiero 5. lokatę… Pierwszym sygnałem świadczącym o problemach finansowych „The Peacocks” była sprzedaż niezwykle uzdolnionego środkowego obrońcy – Rio Ferdinanda. Wychowanek West Hamu za 30 milionów funtów przeniósł się do największego rywala, a więc Manchesteru United. Dla kibiców „Pawii” był to czytelny sygnał, że w klubie nie dzieje się dobrze. Jak pokazała przyszłość, był to dopiero początek wielkiej wyprzedaży.

Rio Ferdinand – pierwsza „ofiara” problemów finansowych „The Peacocks”


W kolejnych latach klub był zmuszony sprzedawać swoich najlepszych zawodników, do innych zespołów odeszli m.in. Paul Robinson, Jonathan Woodgate, Harry Kewell, Lee Bowyer, Marc Viduka oraz wielu, wielu innych. W międzyczasie próbowano ratować klub poprzez zmianę szkoleniowców (O’leary został zastąpiony przez Terrego Veneblesa, którego z kolei zastąpił Peter Reid) oraz roszady na stanowisku prezesa klubu. Zadłużenie stale jednak rosło, a wyniki sportowe stawały się coraz gorsze. W sezonie 2002/2003 klub zdołał co prawda uchronić się przed spadkiem z ligi, zajmując ostatecznie 15. miejsce w tabeli. Sezon później długi „The Peacocks” sięgały już jednak 130 milionów funtów, a „rozsprzedana” drużyna z przedostatniego miejsca spadła do The Championship.

Spadek na dno

            Po spadku z Premier League „Pawie” stały się sztandarowym przykładem ligowego średniaka, zajmując w pierwszym sezonie gry w The Championship dopiero 14. lokatę. Sezon później wydawało się, iż na Elland Road zaświtał promyk nadziei. Drużyna prowadzona przez ówczesnego szkoleniowca – Kevina Blackwella – w sezonie zasadniczym zajęła 5. miejsce i uzyskała prawo gry w barażach o awans do angielskiej elity. Leeds w półfinale pokonało Preston North End i zameldowało się w finale. Niestety dla fanów „Pawii”, na legendarnym Wembley zdecydowanie mocniejszy okazał się Watford, a gorycz porażki była dla kibiców Leeds jedynie przedsmakiem tego, co miało się stać w kolejnych miesiącach…

            Klub w dalszym ciągu borykał się bowiem z ogromnymi problemami finansowymi. Problemami na tyle dużymi, iż pod koniec sezonu 2006/2007  - trzeciego, które Leeds spędzało na drugim szczeblu rozgrywkowym – angielska federacja ukarała klub z West Yorkshire karnym odjęciem dziesięciu punktów. Leeds United nie zdołało pozbierać się już do końca rozgrywek i z hukiem, z przedostatniego miejsca, spadło do League One.

Powrót do normalności?

            Gdyby sam spadek nie okazał się wystarczająco złą informacją, na klub – z powodu, a jakże, problemów finansowych – nałożono karę 15 ujemnych punktów na starcie sezonu 2007/2008. I choć drużyna prowadzona wówczas przez Denisa Wise’a, a następnie przez ikonę klubu – Garry’ego McAllistera bardzo szybko odrobiła ujemne punkty, ostatecznie skończyła rozgrywki na piątym miejscu, a awans do The Championship zaprzepaściła na Wembley, ulegając w finale baraży zespołowi Doncaster Rovers. Sezon później historia powtórzyła się, tym razem pogromcą „Pawii” okazał się zespół Milwall. Awans do wyższej klasy rozgrywkowej „The Peacocks” mogli świętować dopiero w sezonie 2009/2010, kiedy to sezon zasadniczy zakończyli na 2. lokacie, pieczętując tym samym bezpośredni awans.

 Lata stagnacji i argentyński magik

            Droga na szczyt – w przeciwieństwie do wyobrażeń fanów Leeds – nie była jednak usłana różami. Po zasłużonym awansie do The Championship „Pawie” utknęły w tych rozgrywkach na dobre, zajmując w kolejnych sezonach następujące lokaty:

·       Sezon 2010/11: 7. miejsce,

·       Sezon 2011/12: 14. miejsce,

·       Sezon 2012/13: 13. miejsce,

·       Sezon 2013/14: 15. miejsce,

·       Sezon 2014/15: 15. miejsce,

·       Sezon 2015/16: 13. miejsce,

·       Sezon 2016/17: 7. miejsce,

·       Sezon 2017/18: 13. miejsce.

Nietrudno zatem zauważyć, iż klub z Elland Road stał się typowym średniakiem drugiego poziomu rozgrywkowego w Anglii. Dwukrotnie otarł się o baraże –  zajmując w sezonie zasadniczym 7. lokatę – w pozostałych latach kończył jednak rozgrywki w środku stawki.

            Sytuacja uległa diametralnej zmianie dopiero 1. lipca 2018 roku. Wtedy to nowym menedżerem klubu z Elland Road mianowano Marcelo Bielsę. Zatrudnienie szkoleniowca tyleż genialnego, co ekscentrycznego było ogromnym ryzykiem ze strony kierownictwa klubu. Ryzykiem, które – wiele na to wskazuje – opłaci się. Drużyny prowadzone przez Bielsę – nieprzypadkowo noszącego przydomek „El Loco” – zawsze słynęły z ofensywnej, atrakcyjnej piłki i „Pawie” nie były tutaj wyjątkiem. Odmieniony zespół, mający w składzie m.in. Mateusza Klicha, przez większość sezonu 2018/2019 zachwycał zarówno ekspertów, jak i kibiców. Drużyna grała efektownie i – co najważniejsze – punktowała regularnie. Kryzys przyszedł jednak w najgorszym możliwym momencie. Końcówka sezonu była dla samego Bielsy oraz jego podopiecznych fatalna. Najpierw słaba końcówka sezonu zasadniczego spowodowała, że z bezpośredniego awansu cieszyły się ekipy Norwich City oraz Sheffield United. Następstwem tego była konieczność gry w barażach, gdzie już w półfinale lepsze okazało się prowadzone wówczas przez Franka Lamparda Derby County.

Marcelo „El Loco” Bielsa w swoim żywiole

            

            Wszyscy związani z klubem przeżyli ogromny zawód, to więcej niż pewne. Kierownictwo klubu wytrzymało jednak ciśnienie, zatrzymując „El Loco” na stanowisku i wszystko wskazuje na to, iż było to dobre posunięcie. Leeds United, na trzy kolejki przed zakończeniem sezonu zasadniczego, jest bowiem liderem The Championship i do zapewnienia sobie awansu potrzebuje ledwie trzech punktów. Tym razem już nikt ani nic nie powinno zmącić radości wszystkich osób związanych z „The Peacocks”.

Odpowiadając na koniec na pytanie zawarte w tytule: czy „Pawie” powrócą jeszcze na szczyt? Nie da się tego stwierdzić z pełnym przekonaniem. Wydaje się jednak, iż z szalonym Marcelo Bielsą u sterów są na dobrej drodze do osiągnięcia tego celu. A to powinna być znakomita wiadomość dla wszystkich fanów futbolu, Leeds United jest bowiem wielkim klubem z bogatą tradycją oraz rzeszą fanów. A miejsce takich klubów bez wątpienia znajduje się na piłkarskich salonach.

 

 

 


poniedziałek, 6 lipca 2020

Dokąd zmierzasz, Legio?

              


         Legia Warszawa zostanie nowym mistrzem Polski i jest to bardziej fakt, nie opinia. Podopiecznym Aleksandra Vukovica brakuje jednego punktu w trzech pozostałych spotkaniach, aby przypieczętować tytuł i powrócić na tron po rocznej przerwie. Co prawda Legia mistrzostwo powinno przyklepać już ze dwie kolejki temu, ale że grupa pościgowa goni bliżej niezidentyfikowany obiekt (ale z pewnością nie Legią), jest jak jest – 8 punktów przewagi nad Piastem oraz Lechem, 12 punktów nad Śląskiem. Za chwilę przyjdzie jednak weryfikacja drużyny (oby wzmocnionej) w europejskich pucharach i trzeba odpowiedzieć na kilka dość istotnych pytań.

               Czy Legia jest tak mocna, czy reszta ligi tak słaba? Stołeczna drużyna pod wodzą Vuko z pewnością wykonała krok naprzód. Legia ma swój styl, potrafi dominować rywala. Praktycznie zawsze, nawet w przegranych meczach, stara się grać na dużej intensywności, wysokim pressingiem, a po przejęciu futbolówki – ofensywnie, z polotem. Zdecydowanie największa ilość bramek strzelonych spośród wszystkich drużyn ekstraklasy jest tego dobrym podsumowaniem. No właśnie, jeśli jednak przenalizujemy analogiczny moment zeszłego sezonu, dojdziemy do wniosku, iż legioniści punktują w tym sezonie gorzej niż w poprzednich rozgrywkach! W ubiegłorocznej kampanii drużyna prowadzona na przestrzeni całego sezonu przez Deana Klafurica, Ricardo Sa Pinto oraz Aco Vukovica po 34 rozegranych spotkaniach miała na koncie 66 punktów, w tym – jedno oczko mniej. W obu przypadkach daje to średnią poniżej 2 pkt / mecz, co świadczy o tym, iż w obecnym sezonie Legia jest silna głównie słabością rywali. Piast Gliwice? Historyczny tytuł tej drużyny w poprzednich rozgrywkach był wynikiem grubo ponad stan, tak samo jak grubo ponad stan jest 2. lokata w obecnym sezonie. Lech Poznań? Podobnie jak przed rokiem, zespół niesamowicie chimeryczny. Lech potrafi zagrać fenomenalne spotkanie, by po tygodniu zaprezentować się jak zespół pieśni i tańca „Mazowsze”. Lechia Gdańsk? Problemy z wypłacaniem pensji, rozwiązywanie kontraktów z zawodnikami, do tego toksyczny (podobno) Piotr Stokowiec… standardzik. Jagiellonia Białystok? Wydaje się, iż obecne miejsce zajmowane w tabeli przez białostoczan jest idealnym odzwierciedleniem ich potencjału sportowego. O Pogoni Szczecin, Śląsku Wrocław oraz Cracovii pod wodzą trenera z baśni tysiąca i jednej wrzutki – Michała Probierza – nawet nie będę się rozwodził. Można zatem dojść do wniosku, iż najpoważniejszym konkurentem Legii w walce o mistrzostwo Polski była… Legia. Inne zespoły z czołówki punktowały bowiem z taką regularnością, z jaką Polacy jeżdżą na mundial – ze dwa mecze wygrali, potem w trzech kolejnych nie byli w stanie zgarnąć kompletu punktów, następnie przydarzyła się jakaś seria bez porażki, która znów została przerwana przez mecze bez zwycięstwa. I tak w kółko. Jeśli Legia z takimi kontrkandydatami do tytułu nie byłaby w stanie go zdobyć, byłaby to katastrofa, naprawdę.

               Czy obecny skład pozwala myśleć o fajnej przygodzie w pucharach?
I nie mam tu na myśli wyjścia z grupy Ligi Mistrzów, bynajmniej. Raczej możliwość rozegrania 6 spotkań w fazie grupowej Ligi Europy i zdobycie 6-8 punktów. Umówmy się, w ostatnich latach polskie zespoły z taką regularnością rozpieszczały swoich kibiców grą w europejskich pucharach, iż taki wynik uznalibyśmy pewnie za światełko w tunelu. Wracając do pytania zawartego na początku tego akapitu: moim zdaniem nie. Spośród bramkarzy trenerzy mają do dyspozycji: solidnego Radka Cierzniaka, młodego i niedoświadczonego Wojciecha Muzyka oraz obiecującego juniora – Cezarego Misztę. Niby dramatu nie ma, ale zdecydowanie przydałoby się wzmocnić tę formację. Środek obrony? Bardzo doświadczeni Jędza oraz Igor Lewczuk, do tego Mateusz Wieteska, na którego osobiście mam alergię i liczę, że klub sprzeda go przy pierwszej sposobności. W zasadzie na tym wyliczanie stoperów można zakończyć, gdyż Inaki Astiz ma już jakieś 140 lat i z pewnością nie będzie odgrywał w zespole większej roli, a William Remy częściej niż na boisku widywany jest w gabinetach lekarskich. Boki obrony? Lewa strona całkiem nieźle obsadzona – jest Michał Karbownik (o ile nie zostanie sprzedany), który może też grać na prawej stronie obrony oraz w środku pola. Jest Luis Rocha (czy będzie w kolejnym sezonie – okaże się), który może żadnym wirtuozem nie jest, ale nie można zaliczyć go też do kategorii szrot. Pozyskano także Filipa Mladenovica, co uważam za bardzo dobry ruch ze strony warszawskich działaczy. Na prawej stronie defensywy też byłoby całkiem obiecująco, gdyby nie Marko Vesovic i jego zerwane więzadła w kolanie, przez które Czarnogórzec w tym roku raczej już nie wybiegnie na boisko. Pozostaje przeciętny Paweł Stolarski (+ ewentualnie Karbownik), ewidentnie potrzebne jest więc wzmocnienie. Środek pola wydaje się być obsadzony naprawdę nieźle, do dyspozycji trener Vukovic ma tam Andre Martinsa, Domagoja Antolica, Bartosza Slisza, Waleriana Gwilię oraz Luquinhasa. Na skrzydle pewniakiem jest Paweł Wszołek, ale brakuje gościa robiącego robotę po drugiej stronie boiska. Niestety, Arvydas Novikovas, Mateusz Cholewiak ani tym bardziej Piotr Pyrdoł nie gwarantują jakości predestynującej ich  do gry w pierwszej „11” takiego klubu jak Legia. Luqinhas też zdecydowanie lepiej niż na boku sprawdza się jako podwieszony. W ataku mamy natomiast Jose Kante, który powinien być gotów do gry w ciągu 1,5 miesiąca, drewnianego Tomasa Pekharta oraz młodziutkiego Macieja Rosołka. Szału nie ma, sami przyznacie.

Podsumowując, obecna kadra warszawskiego zespołu zdecydowanie wymaga wzmocnienia. Może nie rewolucji, ale z pewnością na Łazienkowską powinno zawitać 4-5 piłkarzy, którzy z miejsca podnieśliby poziom sportowy. Mam ogromną nadzieję, iż zespół ds. sportowych stanie na wysokości zadania i zapewni drużynie jakościowe wzmocnienia, aby tegoroczna przygoda w europejskich pucharach ponownie nie zakończyła się pocałunkiem śmierci (po raz kolejny ukłony dla złotoustego trenera Probierza). Czego życzę nie tylko Legii, ale także pozostałym klubom, które w najbliższych miesiącach będą reprezentowały Polskę na arenie międzynarodowej.


czwartek, 2 lipca 2020

Hakimi w Interze, czyli zwiastun gorącego, transferowego lata


Achraf Hakimi został nowym piłkarzem Interu Mediolan. Marokańczyk przeszedł już obligatoryjne testy medyczne i podpisał z mediolańskim klubem kontrakt obowiązujący do czerwca 2025 roku. Można śmiało zaryzykować tezę, iż dyrektorzy ds. sportowych mediolańczyków – Beppe Marotta oraz Piero Ausilio – zrobili kolejny świetny interes. Pozyskali bowiem gracza naprawdę wysokiej klasy, a także na tyle młodego, że spokojnie będzie w stanie wspiąć się na jeszcze wyższy poziom, stając się jednym z najlepszych na świecie na swojej pozycji. Warto także zauważyć, że równie ważny co sportowy jest aspekt ekonomiczny. Nieoficjalnie mówi się, iż mediolańczycy zapłacą za 21-latka około 40 milionów + kolejne 5 milionów zmiennych. W umowie pomiędzy klubami nie zawarto także żadnej klauzuli odkupu, Real będzie miał jedynie możliwość wyrównania oferty w przyszłości (oznacza to, iż jeśli za rok jakiś klub zaoferuje za Hakimiego przykładowe 70 milionów i oferta zostanie zaakceptowana, Królewscy będą mogli złożyć identyczną ofertę, która również będzie musiała zostać zaakceptowana). Wśród kibiców – szczególnie tych na co dzień sympatyzujących z madrycką drużyną – dało się słyszeć głosy o bezsensowności tego ruchu. Poniżej postanowiłem przedstawić kilka argumentów przemawiających za tym, iż sprzedaż Marokańczyka do Interu nie jest wcale tak głupią koncepcją i nie musi wcale oznaczać, że Florentino Perez nagle postradał zmysły.

               Po pierwsze: aspekt taktyczny. Real Madryt pod wodzą Zizou preferuje formację 4-4-3, względnie 4-5-1. Głównym zadaniem bocznych obrońców w tym systemie – szczególnie w spotkaniach przeciwko słabszym rywalom – jest naturalnie atakowanie, wspomaganie skrzydłowych. Ale nie tylko. Przy takim stylu gry boczny defensor musi być niczym samochodzik napędzany bateriami Duracell, przez całe 90 minut zasuwając od jednego pola karnego do drugiego, mając przy tym duże umiejętności w grze obronnej. Po analizie gry Hakimiego w barwach Borusii Dortmund uważam, iż Marokańczyk takich umiejętności póki co nie posiada. Owszem, ma niesamowitą wydolność, potrafi biegać przez cały mecz na niewyobrażalnej intensywności. Ale właśnie braki w grze obronnej powodują, że zdecydowanie lepiej sprawdza się w formacji 3-5-2, na pozycji wahadłowego. Przy takim ustawieniu ma zdecydowanie mniej zadań defensywnych oraz świadomość, że – nawet przy spóźnionym powrocie – jest jeszcze trzech stoperów, którzy wyjaśnią sprawę. A nie muszę przecież dodawać, iż ulubioną (i chyba jedyną stosowaną) formacją drużyn prowadzonych przez Antonio Conte jest właśnie 3-5-2, z bardzo ofensywnie usposobionymi wahadłami.

               Po drugie: aspekt sportowy. Na pierwszy rzut oka argument niezbyt logiczny. Bo który poważny menadżer sprzedaje zawodnika lepszego, a pozostawia w klubie słabszego? Uprzedzam Was z góry, iż to tylko moje przypuszczenia, ale zastanówmy się nad tym na spokojnie. Hakimi już teraz prezentuje wysoki poziom, a z każdym rokiem powinien być tylko lepszy. Logicznym jest więc, iż będzie chciał spędzać na boisku coraz więcej czasu i pełnić w drużynie coraz bardziej istotną rolę. Jednocześnie trzeba pamiętać, iż w klubie wciąż jest Dani Carvajal, który – choć ostatnio przechodzi nieco gorsze chwile – ma dopiero 28 lat i jeszcze przynajmniej 4-5 kolejnych pogra na światowym poziomie. Real miałby zatem potencjalnie dwóch świetnych, bocznych obrońców i zbyt mało minut do rozdysponowania, aby obu zadowolić w pełni. Potrafię zatem wyobrazić sobie sytuację, w której Zinedine Zidane dochodzi do wniosku, iż woli zachować jasną hierarchię: niepodważalnym numerem jeden na pozycji prawego obrońcy jest Dani Carvajal, a jego zmiennik – być może będzie to Alvaro Odriozola, tego nie wiem – z pewnością ustępuje mu klasą, ale na spotkania o niższej temperaturze będzie idealny.

               Po trzecie: aspekt finansowy. Zgadza się, w ostatnich latach kluby płaciły za piłkarzy niebotyczne ceny. Ale pamiętajmy o trzech kwestiach. Przede wszystkim ostatnie miesiące i sytuacja związana z pandemią COVID-19 wywróciły rynek transferowy (i nie tylko) do góry nogami. Nikt nie powinien oczekiwać, że aktualnie kluby będą szastać pieniędzmi równie mocno co jeszcze dwa okienka transferowe wstecz. A blisko 50 milinów zarobionych na jednym tylko zawodniku pozwoli Florentino Perezowi pomyśleć także o transferach do klubu. Co więcej, pamiętajmy, iż w zasadzie od zawsze najwięcej płaciło się za zawodników ofensywnych – napastników, skrzydłowych, ofensywnych pomocników. To oni zdobywali decydujące bramki, czarowali kibiców pięknymi zagraniami i sprzedawali najwięcej koszulek ze swoim nazwiskiem. Achraf Hakimi jest jednak „tylko” wahadłowym. Niezwykle istotnym, ale – mimo wszystko – elementem większej machiny o nazwie „Inter Mediolan”. Choć przyznaję, biorąc pod uwagę, iż Inter kupuje chłopaka z naprawdę ogromnym potencjałem, nawet dla mnie fana Nerazzurri, kwota ta wydaje się niezwykle kusząca. Ale pozwoli mi to płynnie przejść do punktu trzeciego, czyli Beppe Marotty oraz Piero Ausilio. Ci dwaj Panowie od pewnego czasu robią naprawdę znakomitą robotę i ten transfer jak najbardziej wpisuje się w ten trend. Na szczęście czasy Massimo Morattiego, kiedy Inter skupował przepłacone gwiazdy za ogromne pieniądze oraz oddawał świetnych zawodników przeminęły. Dzięki spójnej wizji oraz ogromnej pracy wykonanej przez obu dyrektorów sportowych klub jest w stanie ściągać w swoje szeregi takich zawodników jak Hakimi czy wcześniej Eriksen lub Lukaku. Sytuacja jeszcze dwa lata temu nie do wyobrażenia.

               Tytułem podsumowania, nie uważam, aby Real Madryt na sprzedaży Marokańczyka poczynił deal stulecia. Wręcz przeciwnie, wydaje mi się, że za jakiś czas mogą tego pożałować. Ale jestem w stanie zrozumieć ten ruch oraz poprzeć go konkretnymi argumentami, które opisałem powyżej. Inter natomiast w ostatnim czasie imponuje na rynku transferowym. Jakiś czas temu Beppe Marotta wypowiadał się, iż klub szuka na rynku transferowym okazji i jeśli takowa się trafia – próbują ją wykorzystać. Tak było w zimowym okienku z Christianem Eriksenem, tak było latem z Achrafem Hakimim. Naprawdę, jestem bardzo ciekawych kolejnych ruchów transferowych mediolańskiego klubu…


poniedziałek, 15 czerwca 2020

MZPN, czy Tobie sufit na łeb się nie spadł?


Futbol wrócił na dobre, co cieszy mnie niezmiernie. Wrócił także futbol w niższych ligach, co uszczęśliwiło mnie jeszcze bardziej. Niestety, tylko na moment. Jak się bowiem okazuje, w Mazowieckim Związku Piłki Nożnej decydenci zapomnieli o codziennej dawce leków. Widziałem już wiele dziwnych decyzji związanych z powrotem piłki nożnej po epidemii COVID-19, były także kontrowersje – jak chociażby głośny spór o awans do drugiej ligi pomiędzy Motorem Lublin a Hutnikiem Kraków czy niemal identyczne „przepychanki” pomiędzy Sokołem Ostróda a rezerwami Legii Warszawa. Ale to, co wymyślili przedstawiciele Mazowieckiego ZPN nawet dla mnie – choć fantastykę w rozsądnych dawkach lubię – jest kompletnie niezrozumiałe.

Z dziennikarskiego (hehe) obowiązku nadmienię, iż wg odgórnej decyzji Polskiego Związku Piłki Nożnej w ligach, które po pandemii nie wznowiły rozgrywek (czyli III Liga oraz niższe poziomy rozgrywkowe) tabele po ostatniej pełnej kolejce zostaną uznane jako ostateczne, drużyny z miejsc premiowanych awansem ów awans wywalczą, nie będzie także żadnych spadków do niższych lig. Mazowiecki Związek Piłki Nożnej uznał jednak, iż fajnie byłoby kwestię awansów rozegrać na boisku i według mnie jest to pomysł budzący uznanie. Niestety, po zagłębieniu się w reguły powrotu do rozgrywek trzeba powiedzieć jasno, iż mamy do czynienia z czymś w rodzaju science-fiction dla ubogich. Związkowcy wydumali bowiem, iż do gry wrócą jedynie po cztery najlepsze zespoły z obu grup IV Ligi oraz Lig Okręgowych. Stworzono więc coś na zasadzie Final Four, schematu doskonale znanego chociażby z siatkarskiej Ligi Mistrzów. Różnica polegałaby jednak na tym, iż punkty zdobyte podczas Final Four doliczane byłyby do tabeli ligowej, aktualnej na dzień zawieszenia rozgrywek. Nadążacie?

Wobec wprowadzenia powyższej formuły rodzi się kilka, dość istotnych, pytań. Przede wszystkim, skoro pozwolono dokończyć sezon po czterem najlepszym zespołom poszczególnych grup IV Ligi oraz LO, to dlaczego nie dać tej szansy zespołom A-klasy oraz B-klasy? Z tego co udało mi się dowiedzieć, w żadnej z tych lig nie są przeprowadzane regularne badania pod kątem obecności wirusa, nie ma także obowiązkowej kwarantanny, jak w przypadku drużyn szczebla centralnego (bo i być nie może, skoro zawodnicy w przygniatającej większości na co dzień pracują, a futbol jest dla nich tylko dodatkiem). Czemu zatem przedstawiciele Lig Okręgowych mogą na boisku powalczyć o awans, a przedstawiciele A-klasy (różnica zaledwie jednego poziomu rozgrywkowego) już nie? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam już Wam, ja niestety nie potrafię takowej udzielić.

               Kolejne pytanie, na które zapewne przedstawiciele MZPN nie potrafiliby odpowiedzieć (ja także nie potrafię): skoro mogą grać po cztery najlepsze zespoły z tych lig, to dlaczego nie sześć? Czemu nie dziesięć? Dlaczego nie wszystkie? Jeśli już związkowcy zdecydowali się na takie rozwiązanie, niech posiada ono ręce i nogi. Nie mam pojęcia, niech w tych finałowych rozgrywkach biorą udział drużyny, które mają jeszcze matematyczne szanse na awans (w niektórych grupach będą to cztery zespoły, w innych dwa, a w niektórych siedem), ale nie odbierajmy nikomu szansy na awans do wyższej klasy rozgrywkowej. Sztywne trzymanie się schematu prowadzi bowiem do tak absurdalnych sytuacji jak chociażby w siedleckiej Lidze Okręgowej, gdzie biorący udział w barażach Naprzód Skórzec traci do lidera 9 punktów, do wicelidera – 8, a będzie miał jedynie trzy mecze na odrobienie tych strat. Jaki jest sens grania baraży przez taką drużynę? Kopną trzy sparingi po 90 minut i tyle, bezwartościowe granie. Z drugiej strony mamy sytuację z północnej grupy IV Ligi, gdzie w momencie zawieszenia rozgrywek czwartą lokatę zajmowała drużyna KS Łomianki (tyle samo punktów co Mazovia Mińsk Mazowiecki, ale zwycięstwo w bezpośrednim meczu). Co ustaliły tęgie, związkowe głowy? W barażach zagrała Mazovia, gdyż przy rozegraniu tylko jednego bezpośredniego starcia decydować miał bilans bramkowy, który korzystniejszy miała drużyna z Mińska Mazowieckiego. Czy naprawdę tak wiele zmieniłoby dopuszczenie do grania także piątej w ligowej tabeli ekipy? Czy Final Five brzmi aż tak fatalnie, iż zaniechano tego pomysłu?

               Na koniec pozwoliłem sobie zostawić prawdziwą perełkę, czyli udział w Final Four zespołów rezerw. Tak się bowiem złożyło, iż o awans walczą trzy takie drużyny: Radomiak II Radom (IV Liga Południe), Świt II Nowy Dwór Mazowiecki (LO Warszawa I) oraz Ursus II Warszawa (LO Warszawa II). Zacznijmy może od rezerw zespołu z Radomia, który – pomimo tego, iż odbyły się już dwie z trzech kolejek – nie rozegrał jeszcze ani jednego spotkania. Radomiak nie godzi się bowiem z faktem, iż nie może skorzystać z zawodników szerokiego składu pierwszej drużyny. Jak powszechnie wiadomo, zawodnicy szerokiej kadry pierwszego zespołu bardzo często stanowią o sile rezerw. W tym jednak przypadku nie jest to możliwe, gdyż wszystkie drużyny na szczeblu centralnym – w tym Radomiak – zostały poddane kwarantannie, mającej zminimalizować do minimum prawdopodobieństwo zarażenia się koronawirusem. W tym wypadku nie można odmówić związkowi logiki, w końcu na poziomie IV ligi żadnych badań się nie przeprowadza. Jak zakończy się ta sytuacja? Ciężko powiedzieć. Przeciwnicy radomskiej drużyny domagają się walkowerów, Radomiak natomiast ma nadzieję na pozytywną decyzję i dopuszczenie zawodników pierwszego zespołu do gry. Wszystko powinno wyjaśnić się w najbliższym czasie.

               Prawdziwe jaja zaczynają się jednak dopiero na poziomie Ligi Okręgowej. Przed rozpoczęciem baraży Mazowiecki ZPN zdecydował bowiem, iż… nawet w przypadku zajęcia miejsca premiowanego awansem, zespoły rezerw Ursusa oraz Świtu NDM pozostaną w Lidze Okręgowej. ZPN powołał się tutaj na przepis, wedle którego pomiędzy pierwszym zespołem a rezerwami musi być różnica minimum dwóch klas rozgrywkowych (zarówno Świt NDM, jak i Ursus grają obecnie na poziomie III ligi). Rodzi się zatem pytanie, po jakiego grzyba te drużyny w ogóle grają w barażach, skoro i tak wiadomo, że nie awansują? Czy nie lepiej byłoby zastąpić je drużynami z piątych miejsc w ligowych tabelach albo wyłonić zwycięzców spośród pozostałych trzech drużyn w każdej z grup? I o ile po rozegraniu dwóch z trzech kolejek barażowych rezerwy Świtu nie mają już szans na awans, o tyle drugi zespół Ursusa – jak najbardziej. Jakieś pytania?

               Odpowiadając na pytanie Stefana Siary Siarzewskiego, zawarte w tytule… Tak! Komuś ewidentnie sufit na łeb się spadł. Nie widzę innego logicznego wyjaśnienia tak absurdalnych decyzji związkowych działaczy. Super, że piłka wróciła także w niższych ligach. Problem w tym, że wróciła baaardzo wybiórczo i tak naprawdę nikt za bardzo nie wie, dlaczego grają akurat te drużyny, a inne muszą czekać na start kolejnego sezonu. Rzecz jasna drużyny nie biorące udziału w Final Four grają między sobą masę sparingów i żaden ze związkowców nie widzi w tym problemu. Apelowałem w poprzednim tekście, zaapeluję i tutaj. Więcej rozsądku…


wtorek, 2 czerwca 2020

Guess who's back?!


Raz, dwa, trzy… Raz, dwa, trzy… Próba mikrofonu! Stało się… Dobrze widzicie, wróciłem. Futbol ponownie budzi się do życia, do świata żywych wracam także i ja. W moim przypadku przerwa trwała zdecydowanie zbyt długo, ale stopniowy powrót rozgrywek piłkarskich na całym świecie doprowadził do tego, iż nie mogłem odmówić sobie niewątpliwej przyjemności z opisywania różnego rodzaju ciekawostek, dziwactw czy – najzwyczajniej w świecie – moich opinii na przeróżne tematy związane z kopaniem okrągłego przedmiotu. Zakładam w ciemno, że bardziej od moich literackich wypocin brakowało Wam naszej wspaniałej, rodzimej Ekstraklasy oraz starć Wisły Płock z Koroną Kielce. Ale nie przejmujcie się, jeśli jeszcze przed pandemią interesowaliście się rozgrywkami
na najwyższym szczeblu w Polsce – nie ma już dla Was ratunku.

Tyle tytułem wyjaśnienia. A skoro delikatną grę wstępną mamy już za sobą, pora przejść do meritum dzisiejszych wypocin. Tak się bowiem składa, iż wyraz „dziwactwa” w poprzednim akapicie nie był bynajmniej przypadkowy. Piłka nożna ponownie zaczyna dominować nasze życie (no, nie wszystkich, ale myślę, że zdecydowana większość czytających ma podobne zdanie na ten temat)
i uważam to za wspaniałą rzecz. Nieco martwi mnie natomiast fakt, iż osoby decyzyjne w imię minimalizowania ryzyka bliżej nieokreślonych celów próbują zrobić z kibiców zwykłych głupków.

Ustalmy najpierw fakty. Piłkarze stanowią chyba najbezpieczniejszą i najbardziej „zachuchaną” grupę zawodową na świecie. Część ludzi podczas pandemii była zmuszona normalnie stawiać się w pracy i nikt nie pytał ich w tej sytuacji o zdanie. O takich grupach zawodowych jak lekarze nawet nie będę wspominał… Jak zatem wygląda powrót piłki? Oczywiście w różnych krajach poszczególne schematy powrotu mogą się nieco różnić, ale z grubsza wygląda to tak:

·   Piłkarze oraz członkowie sztabu szkoleniowego każdego klubu przechodzą testy na obecność koronawirusa,

·        Następuje 14-dniowa kwarantanna,

·        Te same osoby ponownie przechodzą testy na obecność wirusa,

·     W przypadku wyników negatywnych dana drużyna zostaje dopuszczona do treningów grupowych,

·        Testy na obecność COVID-19 wykonywane są także przed każdym meczem.

Na pierwszy rzut oka wygląda to na świetnie przemyślane oraz znakomicie rozplanowane działanie i ja się z tym w stu procentach zgadzam. Problem zaczynam natomiast dostrzegać wtedy, gdy włączam telewizor i widzę zawodników wychodzących na boisko…

               Piłkarze obu drużyn wychodzą na murawę oddzielnie, nie ma tradycyjnego przywitania drużyn, niemile widziane są cieszynki po bramkach. Wszystko fajnie, tylko chwilę później, kiedy zabrzmi pierwszy gwizdek arbitra, ci sami goście co chwila ścierają się między sobą na boisku, grają bark w bark, faulują się, czasem nawet zdarza im się razem poprzepychać! Rzut rożny to już w ogóle dantejskie sceny, po których osoby decyzyjne osiągają stany przedzawałowe. Prawie dwudziestu gości stłoczonych na kilkunastu metrach kwadratowych, bez zachowania bezpiecznej odległości, w dodatku większość ciężko oddychająca, a jeszcze u żadnego z nich nie widać maseczki… Ale zaraz, przecież ci goście byli dokładnie przebadani i testy dały wynik negatywny, inaczej nikt nawet nie pomyślałby

o dopuszczeniu ich do gry! Rodzi się zatem pytanie, po co ten cyrk przed meczem?

               Podobne wnioski można wysnuć odnośnie radości po bramkach. Zawodnicy dostają odgórny przykaz „łagodnego celebrowania zdobytych goli”. I tak Panowie Piłkarze zachowują prawidłowy dystans po strzeleniu bramki, a minutę później ci sami goście – przy rzucie wolnym drużyny przeciwnej – stoją stłoczeni w 5-osobowym murze. Ma to sens, bez żadnych wątpliwości.

               Jeszcze więcej sensu dopatrywałbym się w rozsadzaniu piłkarzy rezerwowych. Jeśli ktoś nie widział, zawodnicy rezerwowi nie siedzą już na ławce, a na trybunach. Rzecz jasna w odstępach co kilka krzesełek. Biorąc pod uwagę, że trenują ze sobą od kilku tygodni, a na treningach raczej nie zachowują podobnego dystansu (może jednak zachowują, choć wątpię), to jest to wg mnie zwyczajny kabaret. Powyższe „obostrzenia” prowadzą potem do tak groteskowych momentów, jak spotkanie Lecha z Legią, gdzie piłkarze – oficjalnie – nie mają prawa przywitać się przed meczem, a chwilę później widać w telewizji przebitkę jak „Jędza” zalicza „misiaka” z Kamilem Jóźwiakiem.

               Osobny akapit chciałbym jeszcze poświęcić naszej rodzimej lidze, w której rządzący wraz z prezesem Bońkiem wymyślili sobie, że Polska będzie pierwszym krajem, w którym kibice wrócą na trybuny (stanie się to już niebawem – 19. czerwca). I, powiem szczerze, nawet nie wiem jak to skomentować. Co prawda zapełnione mogłoby być maksymalnie 25% stadionu, ale i tak jest to dla piłkarzy zdecydowanie lepsza opcja niż granie przy pustych trybunach. Zapytacie więc „w czym problem?”. Czy zatem wyobrażacie sobie sytuację, w której na „Żylecie” czy w „Kotle” kibice siedzą grzecznie co cztery krzesełka, z maseczką na twarzy i żelem dezynfekującym w dłoniach? Ja osobiście nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić, ale każdemu z Was pozostawiam to do oceny w zgodzie z własnym sumieniem.

               Żebyście mnie dobrze zrozumieli, uważam, że w przypadku walki z koronawirusem profilaktyka jest niezwykle ważna. Ale nie podoba mi się, że z kibiców piłkarskich robi się głupków. Jeśli bowiem taki mecz przez przypadek obejrzy osoba nieznająca się kompletnie na sporcie, zapewne pomyśli sobie: Oho, pilnują wszystkich zasad bezpieczeństwa i minimalizują ryzyko. Brawo! Tak się jednak dziwnie składa, iż mecze piłkarskie oglądają głównie kibice piłkarscy, a nie przedstawiciele Kół Gospodyń Wiejskich, Piraci z Karaibów czy dr Lubicz z rodziną. I gdy kibic piłkarski widzi, że robią z niego idiotę, z pewnością nie jest zadowolony. Nawet pomimo powrotu ukochanej piłki. Apeluję zatem o rozsądek i umiar. Bo najczęściej o te dwa aspekty wszystko się rozbija.


środa, 7 grudnia 2016

Bohaterowie nie zawsze noszą peleryny

Próbowaliście kiedyś wyobrazić sobie sytuację, w której los uniemożliwia wam realizowanie własnych marzeń, dążenia do wyznaczonych przez siebie celów, a także samorealizacji? Nie mam na myśli hobby, rzeczy, które lubicie robić w wolnym czasie. Nie, chodzi mi o prawdziwą pasję, o coś co jest dla was całym życiem, a odebranie tego – choćby na krótki czas – łączy się z wielkim bólem i rozczarowaniem. Zastanówcie się – o ile taka sytuacja miała miejsce – jakie uczucia wam wtedy towarzyszyły?

Jak już pewnie kilkukrotnie wspominałem, moją największą pasją jest futbol. I w moim przypadku taką tragedią, którą opisywałem powyżej, były dłuższe przerwy w grze spowodowane różnego rodzaju urazy. Kilkukrotnie byłem zmuszony do nawet półrocznej przerwy. Dla kogoś, kogo piłka nożna – i generalnie wysiłek fizyczny – jest całym światem, był to prawdziwy dramat. Zero aktywności, treningów, meczów. Byłem zmuszony do zaniechania wszelkich sportów, a jedyna rzecz, którą można było powiązać ze sportem to spacery na świeżym powietrzu…

Dlaczego jednak o tym piszę? Ponieważ moje dolegliwości i problemy są niczym przy próbie, na jaką los wystawił 10-letniego Maćka Iwanowskiego. Chłopak był (i mam nadzieję, że w przyszłości także będzie) naprawdę dobrze rokującym zawodnikiem, zdobywającym wiele nagród – zarówno drużynowych, jak i indywidualnych – na różnego rodzaju turniejach piłkarskich. Niespełna 1,5 roku temu postawiono jednak diagnozę, która dosłownie ścięła go z nóg. Nowotwór mózgu… Spróbujcie przypomnieć sobie, jacy byliście w wieku 9 lat, swój stopień świadomości oraz dojrzałość. Już? Teraz trudniejsze zadanie. Postarajcie postawić się w sytuacji Maćka, który – pewnie jeszcze nie do końca świadomy tego, co się stało – został zmuszony do podjęcia jednego z najtrudniejszych wyzwań w całym życiu.

Jeśli mam być szczery, nie potrafię wyobrazić sobie jak ja bym się czuł, będąc w takiej sytuacji. Maciek od momentu zdiagnozowanie nowotworu pokazuje jednak, iż jeśli naprawdę czegoś mocno pragniesz, to przy odrobinie szczęścia jesteś w stanie osiągnąć wszystko! Nawet cele, które z pozoru wydają się nieosiągalne. „Iwan” – bo taki jest jego boiskowy pseudonim – jest niezwykle dzielny i wytrwały, cierpliwie poddaje się leczeniu, nie poddając się przy tym chorobie. Po kilkunastu miesiącach walki jest na jak najlepszej drodze do pokonania choroby i powrotu do ukochanego futbolu, który jest dla niego całym życiem.

Właśnie dlatego razem z przyjacielem postanowiliśmy pomóc Maćkowi i jego rodzicom, organizując zbiórkę pieniędzy, z których dochód zostanie przekazany na rehabilitację „Iwana”, a także specjalistyczne treningi piłkarskie, które pomogą mu wrócić do pełnej sprawności. Bo nie ma nic piękniejszego niż widok młodego człowieka, który w pogoni za marzeniami jest gotów na wszelkie poświęcenia. I liczę, że widok Maćka na boisko zrekompensuje jego rodzinie oraz przyjaciołom te kilkanaście, bardzo trudnych miesięcy J


Tytułem podsumowania. Bardzo często szukamy sobie idoli pośród jednostek rozpoznawalnych w świecie, postaci znanych, lubianych i szanowanych. Nie ma w tym nic złego, ale pamiętajcie, że prawdziwi bohaterowie i wzory do naśladowania przede wszystkim można znaleźć we własnym, najbliższym otoczeniu. Wystarczy dobrze poszukać J Pozdrawiam Was i trzymajcie się cieplutko!

środa, 17 sierpnia 2016

Więcej optymizmu! Dundalk FC na horyzoncie

           



           
           Dawno mnie tu nie było… Nadszedł jednak najwyższy czas, aby naprostować wszystkich piłkarskich pesymistów, żyjących w naszym pięknym kraju. Od kilku dni słyszę bowiem, że Legię z Irlandczykami czeka niezwykle ciężka przeprawa. Dziennikarze trąbią na lewo i prawo, że choć awans jest obowiązkiem podopiecznych Besnika Hasiego, a stołeczny zespół jest wyraźnym faworytem, to w obecnej formie legioniści będą mieli ogromne problemy z awansem.

            Czytam i nie bardzo dowierzam. Skoro awans do fazy grupowej jest obowiązkiem, to skąd bierze się założenie, że Legia będzie miała problemy? I analogicznie, skoro legioniści faktycznie będą do końca musieli drżeć o awans w tym dwumeczu, to po co pompować ten legijny balonik do granic możliwości i jeszcze przed rozpoczęciem dwumeczu obwieszczać wszem i wobec, że awans do Ligi Mistrzów to jedynie formalność?

Abstrahując już od rażącej niekonsekwencji wydaje mi się, że jest to też wywieranie pewnego rodzaju negatywnej presji. „Weszło!” często używa określenia „win-win”, w myśl którego rozwiązanie jest dobre dla wszystkich stron. W przypadku pojedynku Legii z Dundalk mamy raczej do czynienia z sytuacją „lose-lose”. Jeśli bowiem podopieczni Hasiego przejdą Irlandyczków i zameldują się w fazie grupowej LM, dziennikarska brać zapewne machnie lekceważącą ręką i stwierdzi, że przy takim rywalu był to obowiązek. Gdyby jednak stołecznej ekipie powinęła się noga – o! – wtedy cała piłkarska Polska miałaby pożywkę na kilka najbliższych miesięcy. Wszelkie gazety oraz portale – rzecz jasna nie tylko te sportowe – prześcigałyby się w wymyślaniu coraz to nowych tytułów wyśmiewających Legię.

* * *

            A propos rozpoczynającego się dzisiaj dwumeczu nachodzi mnie jeszcze jedna refleksja… Kogo my się boimy? Zewsząd słyszę głosy, że Dundalk FC to wcale nie takie ogórki, bo ograły BATE. Ludzie, litości… BATE Borysów, które pamiętacie sprzed kilku lat, kiedy to w fazie grupowej LM ogrywało Bayern Monachium, już nie istnieje. Teraz pod tym szyldem grają przeciętniacy, dowodzeni na boisku przez podstarzałe gwiazdy pokroju Aleksandra Hleba. Obecna drużyna poziomem piłkarskim nawet nie zbliżyła się do tej z czasów świetności. Jeśli ktoś ma wątpliwości, polecam obejrzenie skrótu spotkania rewanżowego, wygranego przez Irlandczyków 3-0. Bramki tracone przez mistrzów Białorusi to jakaś piłkarska pornografia…

            Jeśli więc ktokolwiek chce mnie przekonywać, że Dundalk FC to mocna ekipa, bo pokonała BATE, niech najpierw rzuci okiem na poziom piłkarski obu spotkań, a następnie prześledzi osiągnięcia Irlandczyków rundę wcześniej. Ich rywalem był mistrz Islandii, FK Hafnarfjordur. Udało wam się już wymówić tę nazwę? To przejdźmy do konkretów. Podopieczni Stephena Kenny’ego po niezwykle zaciętym boju wyeliminowali ostatecznie Islandyczków, dwukrotnie remisując swoje spotkania (1-1 u siebie oraz 2-2 na wyjeździe), przechodząc do kolejnej rundy jedynie lepszą skutecznością w meczu wyjazdowym. I jestem niemal pewien, że to właśnie ten dwumecz, a nie ogranie BATE Borysów, stanowi prawdziwą weryfikację klasy i umiejętności Dundalk FC.


            A że Legia jest bez formy? No, jest. W spotkaniu z Trenczynem również była, a mimo to awansowała do kolejnej rundy kosztem Słowaków, którzy są drużyną o klasę lepszą od Irlandczyków. Z pewnością nie napiszę niczego nowego, ale warszawski zespół jest obecnie bez formy, widzą to chyba wszyscy, którzy choć w niewielkim stopniu interesują się polską piłką. Siła Legii polega jednak na tym, że nawet grając „piach”, jest w stanie wygrywać mecze w europejskich pucharach. Można co prawda mówić o furze szczęścia i życiowej formie Malarza, ale według mnie główny czynnik jest inny. Doświadczenie. To jest dokładnie ta cecha, która pozwala legionistom wygrywać mecze, w których albo nie są lepsi albo nawet są słabsi. Legia w europejskich pucharach to drużyna niezwykle wyrachowana, która wyczuwa, kiedy przeciwnik ma słabszy moment i można go „napocząć”. Warto także dodać, że proces ten trwa już naprawdę długo. Przez ostatnich sześć lat legioniści w fazach eliminacyjnych do Ligi Mistrzów bądź Ligi Europy przegrali jedynie dwukrotnie, za każdym razem w sezonie 2012/2013: z SV Ried 1-2 (w rewanżu wygrał 3-1 i awansowała do dalszych gier) oraz 1-2 z Rosenborgiem Trondheim (jedyny raz w ciągu ostatnich pięciu lat, kiedy klub z Warszawy nie awansował do fazy grupowej LE). Te wyniki pokazują, że Legia na arenie międzynarodowej (o ile o takiej możemy mówić w przypadku eliminacji do europucharów…) jest drużyną niezwykle wyrachowaną i doświadczoną. I jestem przekonany, że potwierdzi to w dwumeczu z Dundalk FC!