poniedziałek, 15 czerwca 2020

MZPN, czy Tobie sufit na łeb się nie spadł?


Futbol wrócił na dobre, co cieszy mnie niezmiernie. Wrócił także futbol w niższych ligach, co uszczęśliwiło mnie jeszcze bardziej. Niestety, tylko na moment. Jak się bowiem okazuje, w Mazowieckim Związku Piłki Nożnej decydenci zapomnieli o codziennej dawce leków. Widziałem już wiele dziwnych decyzji związanych z powrotem piłki nożnej po epidemii COVID-19, były także kontrowersje – jak chociażby głośny spór o awans do drugiej ligi pomiędzy Motorem Lublin a Hutnikiem Kraków czy niemal identyczne „przepychanki” pomiędzy Sokołem Ostróda a rezerwami Legii Warszawa. Ale to, co wymyślili przedstawiciele Mazowieckiego ZPN nawet dla mnie – choć fantastykę w rozsądnych dawkach lubię – jest kompletnie niezrozumiałe.

Z dziennikarskiego (hehe) obowiązku nadmienię, iż wg odgórnej decyzji Polskiego Związku Piłki Nożnej w ligach, które po pandemii nie wznowiły rozgrywek (czyli III Liga oraz niższe poziomy rozgrywkowe) tabele po ostatniej pełnej kolejce zostaną uznane jako ostateczne, drużyny z miejsc premiowanych awansem ów awans wywalczą, nie będzie także żadnych spadków do niższych lig. Mazowiecki Związek Piłki Nożnej uznał jednak, iż fajnie byłoby kwestię awansów rozegrać na boisku i według mnie jest to pomysł budzący uznanie. Niestety, po zagłębieniu się w reguły powrotu do rozgrywek trzeba powiedzieć jasno, iż mamy do czynienia z czymś w rodzaju science-fiction dla ubogich. Związkowcy wydumali bowiem, iż do gry wrócą jedynie po cztery najlepsze zespoły z obu grup IV Ligi oraz Lig Okręgowych. Stworzono więc coś na zasadzie Final Four, schematu doskonale znanego chociażby z siatkarskiej Ligi Mistrzów. Różnica polegałaby jednak na tym, iż punkty zdobyte podczas Final Four doliczane byłyby do tabeli ligowej, aktualnej na dzień zawieszenia rozgrywek. Nadążacie?

Wobec wprowadzenia powyższej formuły rodzi się kilka, dość istotnych, pytań. Przede wszystkim, skoro pozwolono dokończyć sezon po czterem najlepszym zespołom poszczególnych grup IV Ligi oraz LO, to dlaczego nie dać tej szansy zespołom A-klasy oraz B-klasy? Z tego co udało mi się dowiedzieć, w żadnej z tych lig nie są przeprowadzane regularne badania pod kątem obecności wirusa, nie ma także obowiązkowej kwarantanny, jak w przypadku drużyn szczebla centralnego (bo i być nie może, skoro zawodnicy w przygniatającej większości na co dzień pracują, a futbol jest dla nich tylko dodatkiem). Czemu zatem przedstawiciele Lig Okręgowych mogą na boisku powalczyć o awans, a przedstawiciele A-klasy (różnica zaledwie jednego poziomu rozgrywkowego) już nie? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam już Wam, ja niestety nie potrafię takowej udzielić.

               Kolejne pytanie, na które zapewne przedstawiciele MZPN nie potrafiliby odpowiedzieć (ja także nie potrafię): skoro mogą grać po cztery najlepsze zespoły z tych lig, to dlaczego nie sześć? Czemu nie dziesięć? Dlaczego nie wszystkie? Jeśli już związkowcy zdecydowali się na takie rozwiązanie, niech posiada ono ręce i nogi. Nie mam pojęcia, niech w tych finałowych rozgrywkach biorą udział drużyny, które mają jeszcze matematyczne szanse na awans (w niektórych grupach będą to cztery zespoły, w innych dwa, a w niektórych siedem), ale nie odbierajmy nikomu szansy na awans do wyższej klasy rozgrywkowej. Sztywne trzymanie się schematu prowadzi bowiem do tak absurdalnych sytuacji jak chociażby w siedleckiej Lidze Okręgowej, gdzie biorący udział w barażach Naprzód Skórzec traci do lidera 9 punktów, do wicelidera – 8, a będzie miał jedynie trzy mecze na odrobienie tych strat. Jaki jest sens grania baraży przez taką drużynę? Kopną trzy sparingi po 90 minut i tyle, bezwartościowe granie. Z drugiej strony mamy sytuację z północnej grupy IV Ligi, gdzie w momencie zawieszenia rozgrywek czwartą lokatę zajmowała drużyna KS Łomianki (tyle samo punktów co Mazovia Mińsk Mazowiecki, ale zwycięstwo w bezpośrednim meczu). Co ustaliły tęgie, związkowe głowy? W barażach zagrała Mazovia, gdyż przy rozegraniu tylko jednego bezpośredniego starcia decydować miał bilans bramkowy, który korzystniejszy miała drużyna z Mińska Mazowieckiego. Czy naprawdę tak wiele zmieniłoby dopuszczenie do grania także piątej w ligowej tabeli ekipy? Czy Final Five brzmi aż tak fatalnie, iż zaniechano tego pomysłu?

               Na koniec pozwoliłem sobie zostawić prawdziwą perełkę, czyli udział w Final Four zespołów rezerw. Tak się bowiem złożyło, iż o awans walczą trzy takie drużyny: Radomiak II Radom (IV Liga Południe), Świt II Nowy Dwór Mazowiecki (LO Warszawa I) oraz Ursus II Warszawa (LO Warszawa II). Zacznijmy może od rezerw zespołu z Radomia, który – pomimo tego, iż odbyły się już dwie z trzech kolejek – nie rozegrał jeszcze ani jednego spotkania. Radomiak nie godzi się bowiem z faktem, iż nie może skorzystać z zawodników szerokiego składu pierwszej drużyny. Jak powszechnie wiadomo, zawodnicy szerokiej kadry pierwszego zespołu bardzo często stanowią o sile rezerw. W tym jednak przypadku nie jest to możliwe, gdyż wszystkie drużyny na szczeblu centralnym – w tym Radomiak – zostały poddane kwarantannie, mającej zminimalizować do minimum prawdopodobieństwo zarażenia się koronawirusem. W tym wypadku nie można odmówić związkowi logiki, w końcu na poziomie IV ligi żadnych badań się nie przeprowadza. Jak zakończy się ta sytuacja? Ciężko powiedzieć. Przeciwnicy radomskiej drużyny domagają się walkowerów, Radomiak natomiast ma nadzieję na pozytywną decyzję i dopuszczenie zawodników pierwszego zespołu do gry. Wszystko powinno wyjaśnić się w najbliższym czasie.

               Prawdziwe jaja zaczynają się jednak dopiero na poziomie Ligi Okręgowej. Przed rozpoczęciem baraży Mazowiecki ZPN zdecydował bowiem, iż… nawet w przypadku zajęcia miejsca premiowanego awansem, zespoły rezerw Ursusa oraz Świtu NDM pozostaną w Lidze Okręgowej. ZPN powołał się tutaj na przepis, wedle którego pomiędzy pierwszym zespołem a rezerwami musi być różnica minimum dwóch klas rozgrywkowych (zarówno Świt NDM, jak i Ursus grają obecnie na poziomie III ligi). Rodzi się zatem pytanie, po jakiego grzyba te drużyny w ogóle grają w barażach, skoro i tak wiadomo, że nie awansują? Czy nie lepiej byłoby zastąpić je drużynami z piątych miejsc w ligowych tabelach albo wyłonić zwycięzców spośród pozostałych trzech drużyn w każdej z grup? I o ile po rozegraniu dwóch z trzech kolejek barażowych rezerwy Świtu nie mają już szans na awans, o tyle drugi zespół Ursusa – jak najbardziej. Jakieś pytania?

               Odpowiadając na pytanie Stefana Siary Siarzewskiego, zawarte w tytule… Tak! Komuś ewidentnie sufit na łeb się spadł. Nie widzę innego logicznego wyjaśnienia tak absurdalnych decyzji związkowych działaczy. Super, że piłka wróciła także w niższych ligach. Problem w tym, że wróciła baaardzo wybiórczo i tak naprawdę nikt za bardzo nie wie, dlaczego grają akurat te drużyny, a inne muszą czekać na start kolejnego sezonu. Rzecz jasna drużyny nie biorące udziału w Final Four grają między sobą masę sparingów i żaden ze związkowców nie widzi w tym problemu. Apelowałem w poprzednim tekście, zaapeluję i tutaj. Więcej rozsądku…


wtorek, 2 czerwca 2020

Guess who's back?!


Raz, dwa, trzy… Raz, dwa, trzy… Próba mikrofonu! Stało się… Dobrze widzicie, wróciłem. Futbol ponownie budzi się do życia, do świata żywych wracam także i ja. W moim przypadku przerwa trwała zdecydowanie zbyt długo, ale stopniowy powrót rozgrywek piłkarskich na całym świecie doprowadził do tego, iż nie mogłem odmówić sobie niewątpliwej przyjemności z opisywania różnego rodzaju ciekawostek, dziwactw czy – najzwyczajniej w świecie – moich opinii na przeróżne tematy związane z kopaniem okrągłego przedmiotu. Zakładam w ciemno, że bardziej od moich literackich wypocin brakowało Wam naszej wspaniałej, rodzimej Ekstraklasy oraz starć Wisły Płock z Koroną Kielce. Ale nie przejmujcie się, jeśli jeszcze przed pandemią interesowaliście się rozgrywkami
na najwyższym szczeblu w Polsce – nie ma już dla Was ratunku.

Tyle tytułem wyjaśnienia. A skoro delikatną grę wstępną mamy już za sobą, pora przejść do meritum dzisiejszych wypocin. Tak się bowiem składa, iż wyraz „dziwactwa” w poprzednim akapicie nie był bynajmniej przypadkowy. Piłka nożna ponownie zaczyna dominować nasze życie (no, nie wszystkich, ale myślę, że zdecydowana większość czytających ma podobne zdanie na ten temat)
i uważam to za wspaniałą rzecz. Nieco martwi mnie natomiast fakt, iż osoby decyzyjne w imię minimalizowania ryzyka bliżej nieokreślonych celów próbują zrobić z kibiców zwykłych głupków.

Ustalmy najpierw fakty. Piłkarze stanowią chyba najbezpieczniejszą i najbardziej „zachuchaną” grupę zawodową na świecie. Część ludzi podczas pandemii była zmuszona normalnie stawiać się w pracy i nikt nie pytał ich w tej sytuacji o zdanie. O takich grupach zawodowych jak lekarze nawet nie będę wspominał… Jak zatem wygląda powrót piłki? Oczywiście w różnych krajach poszczególne schematy powrotu mogą się nieco różnić, ale z grubsza wygląda to tak:

·   Piłkarze oraz członkowie sztabu szkoleniowego każdego klubu przechodzą testy na obecność koronawirusa,

·        Następuje 14-dniowa kwarantanna,

·        Te same osoby ponownie przechodzą testy na obecność wirusa,

·     W przypadku wyników negatywnych dana drużyna zostaje dopuszczona do treningów grupowych,

·        Testy na obecność COVID-19 wykonywane są także przed każdym meczem.

Na pierwszy rzut oka wygląda to na świetnie przemyślane oraz znakomicie rozplanowane działanie i ja się z tym w stu procentach zgadzam. Problem zaczynam natomiast dostrzegać wtedy, gdy włączam telewizor i widzę zawodników wychodzących na boisko…

               Piłkarze obu drużyn wychodzą na murawę oddzielnie, nie ma tradycyjnego przywitania drużyn, niemile widziane są cieszynki po bramkach. Wszystko fajnie, tylko chwilę później, kiedy zabrzmi pierwszy gwizdek arbitra, ci sami goście co chwila ścierają się między sobą na boisku, grają bark w bark, faulują się, czasem nawet zdarza im się razem poprzepychać! Rzut rożny to już w ogóle dantejskie sceny, po których osoby decyzyjne osiągają stany przedzawałowe. Prawie dwudziestu gości stłoczonych na kilkunastu metrach kwadratowych, bez zachowania bezpiecznej odległości, w dodatku większość ciężko oddychająca, a jeszcze u żadnego z nich nie widać maseczki… Ale zaraz, przecież ci goście byli dokładnie przebadani i testy dały wynik negatywny, inaczej nikt nawet nie pomyślałby

o dopuszczeniu ich do gry! Rodzi się zatem pytanie, po co ten cyrk przed meczem?

               Podobne wnioski można wysnuć odnośnie radości po bramkach. Zawodnicy dostają odgórny przykaz „łagodnego celebrowania zdobytych goli”. I tak Panowie Piłkarze zachowują prawidłowy dystans po strzeleniu bramki, a minutę później ci sami goście – przy rzucie wolnym drużyny przeciwnej – stoją stłoczeni w 5-osobowym murze. Ma to sens, bez żadnych wątpliwości.

               Jeszcze więcej sensu dopatrywałbym się w rozsadzaniu piłkarzy rezerwowych. Jeśli ktoś nie widział, zawodnicy rezerwowi nie siedzą już na ławce, a na trybunach. Rzecz jasna w odstępach co kilka krzesełek. Biorąc pod uwagę, że trenują ze sobą od kilku tygodni, a na treningach raczej nie zachowują podobnego dystansu (może jednak zachowują, choć wątpię), to jest to wg mnie zwyczajny kabaret. Powyższe „obostrzenia” prowadzą potem do tak groteskowych momentów, jak spotkanie Lecha z Legią, gdzie piłkarze – oficjalnie – nie mają prawa przywitać się przed meczem, a chwilę później widać w telewizji przebitkę jak „Jędza” zalicza „misiaka” z Kamilem Jóźwiakiem.

               Osobny akapit chciałbym jeszcze poświęcić naszej rodzimej lidze, w której rządzący wraz z prezesem Bońkiem wymyślili sobie, że Polska będzie pierwszym krajem, w którym kibice wrócą na trybuny (stanie się to już niebawem – 19. czerwca). I, powiem szczerze, nawet nie wiem jak to skomentować. Co prawda zapełnione mogłoby być maksymalnie 25% stadionu, ale i tak jest to dla piłkarzy zdecydowanie lepsza opcja niż granie przy pustych trybunach. Zapytacie więc „w czym problem?”. Czy zatem wyobrażacie sobie sytuację, w której na „Żylecie” czy w „Kotle” kibice siedzą grzecznie co cztery krzesełka, z maseczką na twarzy i żelem dezynfekującym w dłoniach? Ja osobiście nie jestem w stanie sobie tego wyobrazić, ale każdemu z Was pozostawiam to do oceny w zgodzie z własnym sumieniem.

               Żebyście mnie dobrze zrozumieli, uważam, że w przypadku walki z koronawirusem profilaktyka jest niezwykle ważna. Ale nie podoba mi się, że z kibiców piłkarskich robi się głupków. Jeśli bowiem taki mecz przez przypadek obejrzy osoba nieznająca się kompletnie na sporcie, zapewne pomyśli sobie: Oho, pilnują wszystkich zasad bezpieczeństwa i minimalizują ryzyko. Brawo! Tak się jednak dziwnie składa, iż mecze piłkarskie oglądają głównie kibice piłkarscy, a nie przedstawiciele Kół Gospodyń Wiejskich, Piraci z Karaibów czy dr Lubicz z rodziną. I gdy kibic piłkarski widzi, że robią z niego idiotę, z pewnością nie jest zadowolony. Nawet pomimo powrotu ukochanej piłki. Apeluję zatem o rozsądek i umiar. Bo najczęściej o te dwa aspekty wszystko się rozbija.


środa, 7 grudnia 2016

Bohaterowie nie zawsze noszą peleryny

Próbowaliście kiedyś wyobrazić sobie sytuację, w której los uniemożliwia wam realizowanie własnych marzeń, dążenia do wyznaczonych przez siebie celów, a także samorealizacji? Nie mam na myśli hobby, rzeczy, które lubicie robić w wolnym czasie. Nie, chodzi mi o prawdziwą pasję, o coś co jest dla was całym życiem, a odebranie tego – choćby na krótki czas – łączy się z wielkim bólem i rozczarowaniem. Zastanówcie się – o ile taka sytuacja miała miejsce – jakie uczucia wam wtedy towarzyszyły?

Jak już pewnie kilkukrotnie wspominałem, moją największą pasją jest futbol. I w moim przypadku taką tragedią, którą opisywałem powyżej, były dłuższe przerwy w grze spowodowane różnego rodzaju urazy. Kilkukrotnie byłem zmuszony do nawet półrocznej przerwy. Dla kogoś, kogo piłka nożna – i generalnie wysiłek fizyczny – jest całym światem, był to prawdziwy dramat. Zero aktywności, treningów, meczów. Byłem zmuszony do zaniechania wszelkich sportów, a jedyna rzecz, którą można było powiązać ze sportem to spacery na świeżym powietrzu…

Dlaczego jednak o tym piszę? Ponieważ moje dolegliwości i problemy są niczym przy próbie, na jaką los wystawił 10-letniego Maćka Iwanowskiego. Chłopak był (i mam nadzieję, że w przyszłości także będzie) naprawdę dobrze rokującym zawodnikiem, zdobywającym wiele nagród – zarówno drużynowych, jak i indywidualnych – na różnego rodzaju turniejach piłkarskich. Niespełna 1,5 roku temu postawiono jednak diagnozę, która dosłownie ścięła go z nóg. Nowotwór mózgu… Spróbujcie przypomnieć sobie, jacy byliście w wieku 9 lat, swój stopień świadomości oraz dojrzałość. Już? Teraz trudniejsze zadanie. Postarajcie postawić się w sytuacji Maćka, który – pewnie jeszcze nie do końca świadomy tego, co się stało – został zmuszony do podjęcia jednego z najtrudniejszych wyzwań w całym życiu.

Jeśli mam być szczery, nie potrafię wyobrazić sobie jak ja bym się czuł, będąc w takiej sytuacji. Maciek od momentu zdiagnozowanie nowotworu pokazuje jednak, iż jeśli naprawdę czegoś mocno pragniesz, to przy odrobinie szczęścia jesteś w stanie osiągnąć wszystko! Nawet cele, które z pozoru wydają się nieosiągalne. „Iwan” – bo taki jest jego boiskowy pseudonim – jest niezwykle dzielny i wytrwały, cierpliwie poddaje się leczeniu, nie poddając się przy tym chorobie. Po kilkunastu miesiącach walki jest na jak najlepszej drodze do pokonania choroby i powrotu do ukochanego futbolu, który jest dla niego całym życiem.

Właśnie dlatego razem z przyjacielem postanowiliśmy pomóc Maćkowi i jego rodzicom, organizując zbiórkę pieniędzy, z których dochód zostanie przekazany na rehabilitację „Iwana”, a także specjalistyczne treningi piłkarskie, które pomogą mu wrócić do pełnej sprawności. Bo nie ma nic piękniejszego niż widok młodego człowieka, który w pogoni za marzeniami jest gotów na wszelkie poświęcenia. I liczę, że widok Maćka na boisko zrekompensuje jego rodzinie oraz przyjaciołom te kilkanaście, bardzo trudnych miesięcy J


Tytułem podsumowania. Bardzo często szukamy sobie idoli pośród jednostek rozpoznawalnych w świecie, postaci znanych, lubianych i szanowanych. Nie ma w tym nic złego, ale pamiętajcie, że prawdziwi bohaterowie i wzory do naśladowania przede wszystkim można znaleźć we własnym, najbliższym otoczeniu. Wystarczy dobrze poszukać J Pozdrawiam Was i trzymajcie się cieplutko!

środa, 17 sierpnia 2016

Więcej optymizmu! Dundalk FC na horyzoncie

           



           
           Dawno mnie tu nie było… Nadszedł jednak najwyższy czas, aby naprostować wszystkich piłkarskich pesymistów, żyjących w naszym pięknym kraju. Od kilku dni słyszę bowiem, że Legię z Irlandczykami czeka niezwykle ciężka przeprawa. Dziennikarze trąbią na lewo i prawo, że choć awans jest obowiązkiem podopiecznych Besnika Hasiego, a stołeczny zespół jest wyraźnym faworytem, to w obecnej formie legioniści będą mieli ogromne problemy z awansem.

            Czytam i nie bardzo dowierzam. Skoro awans do fazy grupowej jest obowiązkiem, to skąd bierze się założenie, że Legia będzie miała problemy? I analogicznie, skoro legioniści faktycznie będą do końca musieli drżeć o awans w tym dwumeczu, to po co pompować ten legijny balonik do granic możliwości i jeszcze przed rozpoczęciem dwumeczu obwieszczać wszem i wobec, że awans do Ligi Mistrzów to jedynie formalność?

Abstrahując już od rażącej niekonsekwencji wydaje mi się, że jest to też wywieranie pewnego rodzaju negatywnej presji. „Weszło!” często używa określenia „win-win”, w myśl którego rozwiązanie jest dobre dla wszystkich stron. W przypadku pojedynku Legii z Dundalk mamy raczej do czynienia z sytuacją „lose-lose”. Jeśli bowiem podopieczni Hasiego przejdą Irlandyczków i zameldują się w fazie grupowej LM, dziennikarska brać zapewne machnie lekceważącą ręką i stwierdzi, że przy takim rywalu był to obowiązek. Gdyby jednak stołecznej ekipie powinęła się noga – o! – wtedy cała piłkarska Polska miałaby pożywkę na kilka najbliższych miesięcy. Wszelkie gazety oraz portale – rzecz jasna nie tylko te sportowe – prześcigałyby się w wymyślaniu coraz to nowych tytułów wyśmiewających Legię.

* * *

            A propos rozpoczynającego się dzisiaj dwumeczu nachodzi mnie jeszcze jedna refleksja… Kogo my się boimy? Zewsząd słyszę głosy, że Dundalk FC to wcale nie takie ogórki, bo ograły BATE. Ludzie, litości… BATE Borysów, które pamiętacie sprzed kilku lat, kiedy to w fazie grupowej LM ogrywało Bayern Monachium, już nie istnieje. Teraz pod tym szyldem grają przeciętniacy, dowodzeni na boisku przez podstarzałe gwiazdy pokroju Aleksandra Hleba. Obecna drużyna poziomem piłkarskim nawet nie zbliżyła się do tej z czasów świetności. Jeśli ktoś ma wątpliwości, polecam obejrzenie skrótu spotkania rewanżowego, wygranego przez Irlandczyków 3-0. Bramki tracone przez mistrzów Białorusi to jakaś piłkarska pornografia…

            Jeśli więc ktokolwiek chce mnie przekonywać, że Dundalk FC to mocna ekipa, bo pokonała BATE, niech najpierw rzuci okiem na poziom piłkarski obu spotkań, a następnie prześledzi osiągnięcia Irlandczyków rundę wcześniej. Ich rywalem był mistrz Islandii, FK Hafnarfjordur. Udało wam się już wymówić tę nazwę? To przejdźmy do konkretów. Podopieczni Stephena Kenny’ego po niezwykle zaciętym boju wyeliminowali ostatecznie Islandyczków, dwukrotnie remisując swoje spotkania (1-1 u siebie oraz 2-2 na wyjeździe), przechodząc do kolejnej rundy jedynie lepszą skutecznością w meczu wyjazdowym. I jestem niemal pewien, że to właśnie ten dwumecz, a nie ogranie BATE Borysów, stanowi prawdziwą weryfikację klasy i umiejętności Dundalk FC.


            A że Legia jest bez formy? No, jest. W spotkaniu z Trenczynem również była, a mimo to awansowała do kolejnej rundy kosztem Słowaków, którzy są drużyną o klasę lepszą od Irlandczyków. Z pewnością nie napiszę niczego nowego, ale warszawski zespół jest obecnie bez formy, widzą to chyba wszyscy, którzy choć w niewielkim stopniu interesują się polską piłką. Siła Legii polega jednak na tym, że nawet grając „piach”, jest w stanie wygrywać mecze w europejskich pucharach. Można co prawda mówić o furze szczęścia i życiowej formie Malarza, ale według mnie główny czynnik jest inny. Doświadczenie. To jest dokładnie ta cecha, która pozwala legionistom wygrywać mecze, w których albo nie są lepsi albo nawet są słabsi. Legia w europejskich pucharach to drużyna niezwykle wyrachowana, która wyczuwa, kiedy przeciwnik ma słabszy moment i można go „napocząć”. Warto także dodać, że proces ten trwa już naprawdę długo. Przez ostatnich sześć lat legioniści w fazach eliminacyjnych do Ligi Mistrzów bądź Ligi Europy przegrali jedynie dwukrotnie, za każdym razem w sezonie 2012/2013: z SV Ried 1-2 (w rewanżu wygrał 3-1 i awansowała do dalszych gier) oraz 1-2 z Rosenborgiem Trondheim (jedyny raz w ciągu ostatnich pięciu lat, kiedy klub z Warszawy nie awansował do fazy grupowej LE). Te wyniki pokazują, że Legia na arenie międzynarodowej (o ile o takiej możemy mówić w przypadku eliminacji do europucharów…) jest drużyną niezwykle wyrachowaną i doświadczoną. I jestem przekonany, że potwierdzi to w dwumeczu z Dundalk FC!

wtorek, 5 stycznia 2016

Florentino Perez i jego "żonglerka" trenerami

          

             Stało się. Florentino Perez poszedł po rozum do głowy i na wczorajszej konferencji prasowej podziękował za współpracę dotychczasowemu szkoleniowcowi „Blancos”, Rafie Benitezowi. Sternikowi klubu z Estadio Santiago Bernabeu zajęło więc siedem miesięcy dojście do tego samego wniosku, który każdy, średnio zorientowany kibic wysnuł wraz z pierwszymi plotkami łączącymi Beniteza z Realem. Nowym szkoleniowcem pierwszej drużyny został jeden z najwybitniejszych zawodników w historii – Zinedine Zidane – i wydaje się być to w tej chwili najrozsądniejsze posunięcie. Parafrazując jednak pewne przysłowie – jest to zaledwie łyżeczka miodu w beczce dziegciu – włodarze klubu z Concha Espina 1 od kilku miesięcy notują bowiem istną serię fatalnych, absurdalnych wręcz decyzji i zatrudnienie Zidane’a nijak nie jest w stanie tego przysłonić. Od czego więc tak naprawdę zaczęły się problemy Realu, gdzie według mnie popełniono błędy?

Błąd pierwszy – zwolnienie Ancelottiego

            Z pewnością dla fanów „Królewskich” oraz zdecydowanej większość osób interesujących się futbolem nie jest to żadne zaskoczenie. Moim – i nie tylko – zdaniem było to idealny szkoleniowiec dla obecnego Realu. „Carletto” miał naprawdę wszystko: znakomity warsztat trenerski, ogromną wiedzę z zakresu psychologii sportowej, a przede wszystkim posiadał szacunek i sympatię swoich podopiecznych. Wszystkich, bez wyjątku! Jego wad trzeba byłoby szukać naprawdę głęboko. Florentino Perez takowe jednak odnalazł i postanowił zakończyć współpracę z włoskim szkoleniowcem. Dlaczego? Tego nie wiedzą chyba nawet najbliżsi współpracownicy Pereza. Fakt, drużyna prowadzona przez Ancelottiego nie wygrała w ubiegłym sezonie żadnego trofeum, ale na tej zasadzie żaden trener nie zagrzałby dłużej miejsca w jednym klubie. Decyzja ta była tym bardziej absurdalna, że Real pod wodzą Włocha grał naprawdę widowiskowy, ofensywny futbol. Najgorsze miało jednak dopiero nadejść…

Błąd drugi – dlaczego nie Klopp?

            Informacja o zwolnieniu „Carletto” była dla wszystkich ludzi związanych z klubem dużym rozczarowaniem. Gorzką pigułkę trzeba było jednak przełknąć… Już kilkanaście godzin po zwolnieniu dotychczasowego szkoleniowca w mediach zaczęły pojawiać się kolejne kandydatury następców. W międzyczasie przewinęło się sporo nazwisk, ale bezsprzecznym faworytem – zarówno mediów jak i kibiców – pozostawał Jurgen Klopp. Niemiecki trener od lipca pozostawał bez klubu, kiedy to zdecydował się zakończyć swoją niezmiernie owocną współpracę z Borussią Dortmund. Klopp, który z bardzo dobrej strony pokazał się już w FSV Mainz, dzięki czemu zapracował na swój „transfer” do BVB wydawał się być idealnym następcą Ancelottiego. Młody, z ogromną charyzmą oraz zapałem do pracy, świetny taktyk oraz wyśmienity psycholog, ulubieniec piłkarzy. Rzecz jasna nie wiadomo jak poradziłby sobie w tak wielkim klubie jak Real, ale bez wątpienia miał wszelkie predyspozycje ku temu, by osiągnąć sukces. Plan Florentino zakładał jednak coś zupełnie innego…

Błąd trzeci – dlaczego Benitez?!

            Jeśli mam być szczery, pierwsze plotki dotyczące Rafy jako nowego szkoleniowca „Królewskich” przyjąłem z uśmiechem. Nie dlatego, że uznawałem go za dobrego fachowca, ale dlatego, iż wydawało mi się to tak absurdalne jak nominacja Franciszka Smudy do otrzymania literackiej nagrody Nobla. Nie od dziś wiadomo, że katalońskie brukowce lubią czasem zadrwić z Realu (i na odwrót – madryckie brukowce często kpią z Barcelony), całą sytuację uznałem więc jako zwykły żart o niezbyt wyszukanym poziomie. Gorzej, gdy ta informacja zaczęła być powtarzana przez coraz wiarygodniejsze źródła, aż w końcu potwierdzili ją oficjele z Estadio Santiago Bernabeu. Wtedy już do śmiechu mi nie było…
            Naprawdę nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć, jakie procesy myślowe musiały zachodzić w głowach działaczy Realu, że postanowili powierzyć drużynę właśnie Benitezowi. Jedynym jego atutem – choć w tym wypadku niewiele znaczącym – było to, że wychował się w białej części Madrytu i jest z tym klubem mocno związany. Nie zmienia to jednak faktu, że Rafa od kilku ładnych lat jedzie wyłącznie na opinii, którą wyrobił sobie będąc jeszcze w Valencii. A następnie było już coraz gorzej. Liverpool – zgoda, wygrał Ligę Mistrzów, ale w Premier League – mając ogromne pieniądze oraz plejadę świetnych zawodników – nawet nie otarł się o mistrzostwo kraju; Inter – w pół roku udało mu się rozpieprzyć machinę zbudowaną przez Mourinho (fakt, że część zawodników była nieco wypalona, ale Benitez w pół roku z ekipy wygrywającej potrójną koronę zrobił ligowego średniaka); Napoli – mając praktycznie nieograniczony budżet oraz każdego piłkarza, którego tylko chciał, nie był w stanie zająć miejsca premiowanego grą choćby w eliminacjach do Ligi Mistrzów. I w nagrodę za popsucie trzech świetnych drużyn otrzymał angaż w jeszcze większym klubie… Naprawdę, zakrawało to na jakiś kompletny kabaret.

Światełko w tunelu?


            Zwolnienie Beniteza to z pewnością pierwsza od wielu miesięcy dobra decyzja Pereza oraz jego ludzi. Szkoda, że aby prezes do tego doszedł, trzeba było wcześniej zwolnić Carlo Ancelottiego, ale cóż… Lepiej późno niż wcale. Zatrudnienie Zinedine’a Zidane’a również wydaje się być racjonalnym posunięciem. Przede wszystkim obecnie nie było na rynku lepszego kandydata – może poza „The Special One”, ale on nie wyrażał chęci powrotu. Poza tym to w Realu człowiek-instytucja: uwielbiany przez kibiców, szanowany przez piłkarzy oraz współpracowników. Wydaje mi się, że człowiek tego pokroju będzie miał większy kredyt zaufania – zarówno wśród „socios” jak i samych zawodników. Nie trafiają również do mnie kontrargumenty mówiące o braku doświadczenia. Kiedy Pep Guardiola przejmował Barcelonę słychać było podobne głosy, okazało się jednak, że stworzył on najbardziej śmiercionośną maszynkę w najnowszych futbolowych dziejach. Nie twierdzę, że w przypadku „Zizou” będzie tak samo. Uważam jedynie, że czasem od doświadczonego szkoleniowca lepszy jest ten nieopierzony żółtodziób ze świeżym spojrzeniem, masą innowacyjnych pomysłów oraz ogromnym zapałem do pracy. A jak będzie? Wszystko jak zwykle zweryfikuje zielona murawa. 

czwartek, 17 grudnia 2015

"Lisy" buszują w Premier League



         Obecny sezon Premier League bardziej niż poważną ligę piłkarską przypomina środowe losowanie Lotto. W zasadzie w każdą sobotę na scenę mógłby wychodzić ładnie ubrany gość i z pełną powagi miną ogłaszać: "Proszę państwa, w tej kolejce Premiership wylosowano następujące wyniki...". Nie ma bowiem tygodnia, podczas którego nie bylibyśmy świadkami sensacyjnych rozstrzygnięć. Największym rozczarowaniem jest oczywiście londyńska Chelsea, podopieczni Jose Mourinho punktują bowiem mniej więcej tak, jak swego czasu Robert Mateja punktował na mamuciej skoczni. Nie lepiej wygląda tu Newcastle United, który latem wydał na transfery ogromne pieniądze tylko po to, by bić się z Sunderlandem oraz Aston Villą o miano czerwonej latarni ligi (choć akurat podopieczni McClarrena zanotowali ostatnio dwa cenne zwycięstwa i nieco poprawili swoją ligową sytuację). Na drugim biegunie znajduje się natomiast chociażby Crystal Palace. Podopieczni Alana Pardew mają już na rozkładzie kilka teoretycznie mocniejszych (a także bogatszych) ekip, a wcale nie wyglądają na drużynę, która miałaby stracić impet. Drugim tak ogromnym zaskoczeniem jest Leicester City.
           
            No właśnie, Leicester... Jeszcze kilka miesięcy temu "Lisy" były głównym kandydatem do spadku z Premiership. Drużyna z King Power Stadium grała katastrofalnie, przez zdecydowaną część sezonu okupując miejsce w strefie spadkowej. Jak wszyscy pamiętamy, ówczesny menedżer Leicester – Nigel Pearson – zaliczył piorunującą końcówkę sezonu. Drużyna punktowała wówczas z częstotliwością klubu bijącego się o grę w Lidze Mistrzów, dzięki czemu zamiast do ostatniej kolejki walczyć o ligowy byt, zakończyła rozgrywki na bezpiecznym, 14. miejscu. W nagrodę za utrzymanie Pearson otrzymał... wypowiedzenie. Rzecz jasna nie zdecydowały o tym względy czysto sportowe, ale niesmak pozostał.

            Dla fanów "Lisów" odejście Pearsona było dużym ciosem. I nim zdążyli się po nim otrząsnąć, kolejny raz dostali obuchem w łeb (a przynajmniej tak się wtedy wydawało). Na King Power Stadium zawitał bowiem Claudio Ranieri, szkoleniowiec słynący z tego, że gdziekolwiek się nie pojawiał, ugrywał wicemistrzostwo kraju (stąd ksywka "The Second One"). W zasadzie nikt – poza działaczami Leicester – nie wierzył, że drużyna pod wodzą Ranieriego może odpalić. Spodziewano się raczej rozpaczliwej walki o utrzymanie.


            Włoski szkoleniowiec udowodnił jednak, że skreślono go zdecydowanie za szybko. Pod jego batutą zespół wzniósł się na jeszcze wyższy poziom niż prezentował w końcówce ubiegłych rozgrywek. "Lisy" w 16 dotychczasowych spotkaniach przegrały tylko raz, gromadząc przy tym aż 35 punktów i wygodnie rozsiadając się w fotelu lidera Premier League. Jest to oczywiście wielka sprawa, ale ważne jest również to, iż drużyna gra naprawdę ładnie dla oka, widowiskowo. Riyad Mahrez stał się jedną z rewelacji pierwszej fazy rozgrywek, Jamie Vardy – choć już w poprzednim sezonie prezentował się nieźle – jest aktualnie zdecydowanym liderem tabeli strzelców, nawet Robert Huth wygląda na w miarę poważnego defensora. Ranieri zapowiada jednak: "Vardy zostaje z nami. Nikt nie odejdzie w styczniu, ani Riyad Mahrez, ani Jamie, ani Jeffrey Schlupp. Nikt.". I trudno mu się dziwić, Leicester wreszcie wygląda bowiem na całkiem poważny klub, w którym kadra zespołu budowana jest z głową, towarzyszy temu jakaś myśl przewodnia. I jeśli wszyscy na King Power Stadium będą wciąż działać z taką rozwagą, a piłkarze nie spoczną na laurach, to "Lisy" pod wodzą "The Second One" staną się poważnym kandydatem do gry w europejskich pucharach.  

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Cyrk na kółkach rodem z Marsylii

          

         

          Olympique Marsylia pokonał w niedzielę Saint-Etienne w meczu wyjazdowym w ramach 15. kolejki francuskiej Ligue 1. Bynajmniej nie ma jednak powodów do zadowolenia. Dla ekipy ze Stade Velodrome było to bowiem dopiero piąte zwycięstwo w bieżącym sezonie, a sama drużyna w najmniejszym stopniu nie przypomina zespołu, który przez większą część ubiegłych rozgrywek zachwycał swoją grą całą Europę. Zresztą klub z Lazurowego Wybrzeża jest idealnym przykładem tego, jak dynamicznie zachodzą w futbolu różnego rodzaju zmiany i jak szybko ze szczytu można trafić na sam dół. Co zatem miało wpływ na tak fatalny sezon, który jak do tej pory notują piłkarze OM?

            Tak naprawdę włodarze Marsylii pierwszy duży błąd popełnili już kilkanaście miesięcy temu. Od dawna było bowiem wiadomo, że po zakończeniu sezonu 2014/2015 kontrakty kończą się dwóm kluczowym zawodnikom zespołu: Andre-Pierre Gignac'owi oraz Andre Ayew. W przypadku Gignaca stanowisko klubu było jasne – umowa z zawodnikiem nie zostanie przedłużona, gdyż klubu nie stać na opłacanie tak wysokiego kontraktu. Z Ayew sprawa wyglądała zupełnie inaczej. Syn Abediego Pele jest wychowankiem Marsylii, zawsze był mocno związany z klubem i nigdy nie zabiegał o odejście. Problem w tym, że działacze ze Stade Velodrome zaproponowali swojej gwieździe... niższe zarobki niż dotychczas, co reprezentant Ghany potwierdził świeżo po transferze do swojego nowego klubu, którym okazało się walijskie Swansea. Nic więc dziwnego, że negocjacje w sprawie podpisania nowego kontraktu zakończyły się fiaskiem, a sam Ayew zdecydował w końcu o transferze do Premier League.

            Marsylia „powitała” zatem letnie okienko transferowe bez dwóch kluczowych zawodników.
Problem polegał jednak na tym, że zamiast uzupełnić luki po odejściu swoich gwiazd, klub zdecydował się na wytransferowanie kolejnych ważnych ogniw. Do FC Porto trafił Giannelli Imbula – jeden z najlepszych środkowych pomocników w lidze francuskiej, kierunek na Londyn (a dokładnie West Ham) obrał Dimitri Payet – król asyst ubiegłego sezonu (16 ostatnich podań), Lazurowe Wybrzeże na północną Anglię – a dokładnie Newcastle United – zamienił natomiast Florian Thauvin. Jeśli do tego dodamy, że klub wraz z końcem sezonu opuścili Rod Fanni oraz Jeremy Morel to wychodzi, że z Marsylii odeszło aż siedmiu zawodników, którzy mogliby z powodzeniem grać w pierwszym składzie.

            Działacze OM poczynili wprawdzie liczne próby wzmocnienia składu, ale w praktyce były to raczej nieudolne próby załatania ogromnych dziur kadrowych. Do klubu trafili m.in. Rolando, Paolo de Ceglie czy Javier Manquillo, ale trudno uznać tych graczy za realne wzmocnienia. Większość z nich była bowiem rezerwowymi w swoich klubach, grając przy tym naprawdę rzadko. Jedynym zawodnikiem, któremu faktycznie udało się załatać dziurę po swoim poprzedniku jest Lassanna Diarra. Ściągnięty za darmo były zawodnik m.in. Realu Madryt czy Arsenalu bardzo dobrze wprowadził się do nowego zespołu i w zdecydowanej większości spotkań godnie zastępuje sprzedanego do Portugalii Imbulę. Potencjał tkwi również w wypożyczonym z Newcastle United Cabelli, ale on z pewnością potrzebuje trochę czasu, aby odbudować się po bardzo nieudanym epizodzie na północy Anglii.

            Jakby mało było osłabień przedsezonowych, to po pierwszym spotkaniu ligowym – przegranym przez Marsylię na własnym stadionie z Caen – do dymisji podał się trener Marcelo Bielsa. Nie było żadną tajemnicą, że Argentyńczyk był od dawna skonfliktowany z klubowymi działaczami, niemniej jednak taka decyzja była dla wszystkich dużym zaskoczeniem. Główną kością niezgody pomiędzy obiema stronami były transfery do klubu. Bielsa w chwili przyjścia do OM przekazał szefostwu listę zawodników, których chciałby mieć w swoim zespole. Dopominał się o tych piłkarzy przez dwa okienka transferowe, niestety bezskutecznie. W zamian za to dostał m.in. brazylijskiego stopera Dorię, który pomimo opinii jednego z najzdolniejszych młodych zawodników rodem z kraju kawy w OM nawet nie powąchał murawy. Argentyński szkoleniowiec doszedł bowiem do wniosku, że skoro działacze nie dotrzymali słowa i sprowadzili zawodnika wbrew jego opinii – zawodnik ten u niego nie zagra. Abstrahując jednak od postawy Bielsy, brak solidnych transferów odbił się Marsylczykom głęboką czkawką w końcówce ubiegłego sezonu. Runda jesienna to fantastyczna gra i fotel lidera Ligue 1 na koniec 2014 roku. Problem w tym, że już wtedy kadra OM składała się z ledwie 13-14 zawodników, Bielsa nigdy nie był bowiem fanem zbędnych roszad. Niestety, gdy w decydującej fazie sezonu doszły kontuzje, kartki oraz napięty terminarz, piłkarze z Lazurowego Wybrzeża zwyczajnie nie wytrzymali tempa i zakończyli rodzime rozgrywki dopiero na czwartym miejscu.


            Następcą Bielsy na Stade Velodrome został Michel. Była wielka gwiazda Realu Madryt, w karierze trenerskiej znany głównie z prowadzenia Sevilli oraz Olympiakosu Pireus. Debiut Hiszpan zaliczył wręcz wymarzony, jego drużyna w wielkim stylu pokonała bowiem Troyes 6-0 (co za bramki Lassa Diarry oraz Ocamposa!). Dalej nie było już jednak tak kolorowo. Drużyna grała w kratkę, bardzo dobre mecze (4-1 z Bastią) przeplatała fatalnymi (0-2 z Guingamp, 0-1 z Reims). Wydawało się, że punktem zwrotnym może być mecz na Parc des Princes przeciwko PSG, gdzie w pierwszych 35 minutach Marsylczycy grali fantastycznie, bezapelacyjnie dominując nad dream team'em z Paryża. Wystarczyła jednak chwila nieuwagi, dwa rzuty karne dla gospodarzy – oba zamienione na bramki przez Zlatana – i czar prysł. Niewykluczone, że to właśnie wyjazdowe zwycięstwo na Stade Geoffroy-Guichard –  gdzie Marsylii zawsze gra się bardzo ciężko – może być momentem przełomowym dla podopiecznych Michela. Czy faktycznie tak będzie? Czas pokaże.


EDIT: Jak pokazały kolejne tygodnie, do żadnego przełomu nie doszło. Po zwycięstwie w Saint-Etienne Marsylczycy zremisowali trzy mecze (wszystkie rozegrane przed własną publicznością) oraz wygrali zaległe spotkanie wyjazdowe przeciwko Rennes. Podopieczni Michela po 18 kolejkach francuskiej Ligue 1 zajmują dopiero dziewiątą lokatę i nic nie wskazuje na rychły marsz w stronę miejsce premiowanych grą w europejskich pucharach.