poniedziałek, 9 marca 2015

Gran Derbi, czyli w poszukiwaniu mistrza Hiszpanii



            Święta wojna. El Clasico. Gran derbi. Krótko mówiąc, prawdopodobnie najważniejsze piłkarskie wydarzenie roku. Czas, w którym na 90 minut cały piłkarski świat zamiera w bezruchu, delektując się starciem Realu Madryt z FC Barceloną. Często jest to mecz o większym ciężarze gatunkowym niż chociażby finał Ligi Mistrzów. Do spotkania na szczycie La Liga pozostało już ledwie dziesięć dni. Dwudziestego drugiego marca, punktualnie o godzinie 20:00 zabrzmi pierwszy gwizdek na Camp Nou. Czego możemy spodziewać się po nadchodzącym „starciu gigantów”?

Dlaczego wygra Barca?

            Na dzień dzisiejszy wydaje się, że większą szansę na zwycięstwo w tym spotkaniu ma Barcelona. Podopieczni Luisa Enrique są ostatnio w bardzo dobrej formie, a wpadkę zaliczyli jedynie z Malagą, której ulegli na Camp Nou 0-1. Oprócz tego Blaugrana spisuje się jednak bez zarzutu. W Pucharze Króla dotarła do finału, pokonując po drodze m.in. Atletico Madryt oraz Villarreal. W meczu o główne trofeum zmierzą się natomiast z dzielnymi Baskami z Bilbao. W lidze – poza wspomnianą porażką z Malagą – Katalończycy również radzą sobie bardzo dobrze, a potwierdzeniem tego jest wczorajsza demolka Rayo Vallecano. Messi i spółka urządzili sobie bowiem prawdziwy festiwal strzelecki, wygrywając 6:1.
            Skoro jesteśmy już przy Messim to bez echa nie powinna przejść także forma ofensywnego tercetu z Camp Nou. Leo Messi wrócił do swojej bardzo wysokiej formy, Luis Suarez zaczął wreszcie pokazywać, że wart był wydania na niego fury pieniędzy, a i Neymar zaczął regularnie pokazywać swój ogromny potencjał. W opozycji do tej trójki jest kastylijski tercet BBC. Benzema, Bale, a przede wszystkim Cristiano póki co z pewnością nie mogą zaliczyć obecnego roku do udanych. Gareth Bale pozostaje typowym „jeźdźcem bez głowy”, o niezwykle małej efektywności, a po ubiegłorocznej formie – zarówno strzeleckiej, jak i „jakościowej” – nie pozostał już ślad. Najlepiej z całej trójki prezentuje się Karim Benzema, ale i on nie prezentuje takiego poziomu oraz regularności, do jakiej przyzwyczaił. Wobec powyższych faktów wydaje się, że to obrona Realu będzie miała większe problemy z zatrzymaniem formacji ofensywnej rywala, niż odwrotnie.
            Bardzo ważnym aspektem w tym starciu jest ten psychologiczny. I tu również przewaga jest po stronie Barcelony. Jeszcze kilka tygodni temu goście z Madrytu prowadzili w tabeli z bezpieczną, czteropunktową przewagą. Przewagą, którą roztrwonili na przestrzeni zaledwie 6 dni! Najpierw zremisowali u siebie 1:1 z Villarreal, by kilka dni później polec 0:1 w Bilbao. Wpadki te bezlitośnie wykorzystali podopieczni Luisa Enriqe, którzy po wczorajszej kanonadzie z Rayo objęli prowadzenie w tabeli. Nie bez znaczenia będzie również atut gry na własnym boisku. Podopieczni Carlo Ancelottiego będą oczywiście mogli spodziewać się potężnej, niemal 100-tysięcznej porcji gwizdów.

Czemu lepszy jest Real?

            W tej chwili duża część ekspertów skazuje Królewskich na pożarcie. Przy odpowiednim podejściu może okazać się to atutem. Sęk w tym, że jeśli Carlo Ancelotti dobrze to rozegra, to zdejmie ze swoich zawodników ciążącą na nich presję, dzięki czemu szanse na końcowy triumf zdecydowanie wzrosną. Wydaje się również, że po prostu nie ma lepszego momentu na przełamanie kryzysu niż wyjazdowa potyczka z odwiecznym rywalem. Właśnie w takich meczach ujawnia się charakter drużyny, o ile go posiada. Osobiście wierzę jednak, że goście z Madrytu pokażą ów charakter, dzięki czemu będziemy świadkami wspaniałego spotkania.
            Jeśli przed spotkaniem można doszukiwać się jakichś plusów po stronie Realu, to jest to z pewnością… sposób gry Barcelony. Tak, tak, dobrze przeczytaliście. Nie trzeba być bowiem taktycznym geniuszem żeby zauważyć, że Real po prostu nie umie rozgrywać piłki w ataku pozycyjnym. Ich naturalnym stylem gry jest gra z kontrataku, która bardzo często przynosi zabójcze efekty. Jak powszechnie wiadomo, w Barcelonie wyznaje się kulturę bardzo długiego rozgrywania piłki. I to jest moim zdaniem siła Madrytczyków w najbliższym spotkaniu. Jeśli tylko będą uważnie grać w obronie i nastawią się na grę z kontrataku, to na wrogim terenie mogą pokusić się o zdobycie chociaż jednego punktu.
            Na koniec zostawiłem argument najprzyjemniejszy. Luka Modric. Na tę chwilę wydaje się, że chorwacki geniusz na Camp Nou będzie gotowy do gry od pierwszego gwizdka. A nie trzeba mówić, jaką pozycją cieszy się Lukita wśród piłkarzy, kibiców oraz sztabu szkoleniowego z Concha Espina. Filigranowy pomocnik do chwili odniesienia kontuzji był kluczowym zawodnikiem w talii Ancelottiego, a bez niego mało kto wyobrażał sobie ówczesny Real Madryt. Pod jego nieobecność część jego obowiązków wziął na siebie Isco, ale gdy ta dwójka wybiegnie razem na boisko – będziemy mogli spodziewać się naprawdę wysokiej jakości w drugiej linii Królewskich.

            Podsumowując, ferowanie wyniku przed tego typu meczem jest jak wróżenie z fusów. Na papierze obie drużyny prezentują ten sam poziom, ostatnia forma oraz inne, aktualne czynniki w lepszej pozycji stawiają Barcę. Real z pewnością będzie chciał jednak powetować sobie ostatnie, nienajlepsze wyniki. Bez względu na wynik liczę jednak na świetny, wyrównany mecz. Czego sobie i wam życzę J

piątek, 27 lutego 2015

Jak to Ajax Legię ograł...

    Po takim meczu jak ten dzisiejszy ciężko na gorąco wysnuć jakieś konstruktywne wnioski. Na usta cisną się bowiem nieparlamentarne w większości słowa. Od kilku dni w szeregach warszawskiej Legii panowały niezwykle bojowe nastroje, które skończyły się… wraz z pierwszym gwizdkiem sędziego. Wyglądało to tak, jakby po wyjściu na boisko piłkarze stołecznego zespołu całą swoją pozytywną energię przekuli w strach. Strach, że jedna bramka Ajaxu praktycznie uniemożliwi im awans do dalszej fazy rozgrywek. Podopieczni trenera Berga grali niezwykle nerwowo, było dużo niedokładności, prostych strat. Sam mecz rozstrzygnął się w dwie minuty, kiedy najpierw po indywidualnej akcji gola zdobył Milik, a chwilę później po centrze z rzutu wolnego, strzałem głową wynik podwyższył Viergever. Przed przerwą trzecią bramkę dorzucił Milik i można było spodziewać się pogromu. Szczęście w nieszczęściu, że w drugiej części gry Ajax nie miał już parcia na kolejne bramki, a w ostatnich kilkunastu minutach oddał nawet inicjatywę Legii. Podopieczni Franka de Boer’a wyszli chyba jednak z założenia „grajcie, bo nam się już nie chce”. Ostatecznie wynik do końca nie uległ zmianie i klub z Łazienkowskiej pożegnał się z europejskimi pucharami.
    Rzecz jasna ta porażka nie powinna zamazać naprawdę udanej przygody Legii w tegorocznej edycji europejskich pucharów. Wspaniały dwumecz z Celticiem (jak wiadomo zaprzepaszczony w najgłupszy z możliwych sposobów, ale to już nie wina piłkarzy), łatwe ogranie Kazachów z Aktobe, 15 punktów i pierwsze miejsce w grupie Ligi Europy. Tak, z pewnością za te osiągnięcia piłkarzom oraz całemu sztabowi szkoleniowemu należą się duże brawa. Nie zmienia to jednak faktu, że w dwumeczu z Ajaxem legioniści rozegrali jedynie jedną dobrą połówkę, a w pozostałej części rywalizacji byli głównie statystami. Jak już pisałem wcześniej, ciężko po takim meczu wysnuć na gorąco jakieś wnioski, ale mimo to spróbuję:

Gra bez bramkarza

    Dusan Kuciak to z pewnością bardzo dobry bramkarz, można powiedzieć, że w skali polskiej ligi nawet znakomity. Nie zmienia to jednak faktu, że w obecnym sezonie jest po prostu bez formy. Już jesienią przytrafiały mu się liczne błędy, że przypomnę tylko mecze w Gliwicach, Bielsku-Białej czy Szczecinie. Według mnie w dzisiejszym spotkaniu również się nie popisał, a dwie pierwsze bramki w dużej mierze obciążają jego konto. W pierwszej sytuacji miał obowiązek złapać piłkę po uderzeniu Milika, który w zasadzie trafił prosto w niego. W drugiej natomiast miał obowiązek wyjść do dośrodkowania, które spadało w okolice 5-6 metra. Warto również zaznaczyć, na co wielu ekspertów nie zwraca uwagi, że Słowak kompletnie nie umie grać nogami. W tym elemencie piłkarskiego rzemiosła jest po prostu tragiczny. A jeśli dodamy do tego słabą formę „czysto bramkarską” to mamy taki obraz, jaki widzieliśmy w dzisiejszym meczu.

Brak skuteczności

    Sprawa dość oczywista. Jeśli nie strzelasz bramek to nie masz prawa myśleć o awansie do kolejnej rundy. Zaryzykuję twierdzenie, że Legia w tym dwumeczu stworzyła sobie więcej dobrych okazji bramkowych od Ajaxu. Różnica polegała na tym, że podopieczni de Boer’a byli bezlitośni i praktycznie każdy błąd byli w stanie zamienić na bramkę, a Legia co chwila obijała Cillessena. Prym wiedli w tym oczywiście Orlando Sa oraz Michał Żyro, ale swoje sytuacje mieli również Michał Kucharczyk (spektakularne pudło!) czy Tomasz Jodłowiec. Niestety, z takim rywalem jak Ajax Amsterdam takie sytuacje po prostu trzeba zamieniać na gole.

Brak środka pola

    Bez dwóch zdań, Ajax dosłownie zmasakrował Legię w środku pola. Najlepszy w holenderskiej drużynie był moim zdaniem Thulani Serero, ale i reszta zawodników z Amsterdamu nie ustępowała mu poziomem. Cechowało ich świetne przewidywanie gry, bardzo dobry odbiór, a także umiejętność gry na jeden kontakt. Druga linia mistrza Holandii przewyższała tę warszawską przynajmniej o dwie klasy. Na tle kolegów najmniej tragicznie prezentował się chyba Ivica Vrdoljak: dużo walki, kilka odbiorów, próba wzięcia ciężaru gry na siebie. Michał Masłowski wypadł podobnie jak cała Legia: w całym dwumeczu zagrał dobrze jedynie drugą połowę meczu w Amsterdamie. Przez resztę czasu był zupełnie niewidoczny, odcięty od gry, przestraszony. Widać, że ten chłopak potrzebuje jeszcze czasu, aby przyswoić taktykę i schematy Henninga Berga. Największy zawód sprawił jednak Tomasz Jodłowiec, który zagrał dziś chyba najgorszy mecz w swojej przygodzie z piłką. Mnóstwo strat, niewymuszone błędy, brak udanych, ofensywnych wejść… Jednym słowem: dramat. Najlepszym dowodem na słabość legijnego środka był fakt, iż najlepszym zawodnikiem tej formacji okazał się… Helio Pinto, który pojawił się na boisku z ławki rezerwowych. Cóż, z tak dysponowanym środkiem pola – który najczęściej ma największy wpływ na boiskowy rozwój wypadków – Legia nie miała prawa ograć Ajaxu.

Absencje

    Nie napiszę niczego nowego, ale kluczowa dla ofensywnych poczynań Legii była nieobecność Miro Radovica oraz Ondreja Dudy. Tych dwóch gości nie dość, że potrafiło w pojedynkę wygrać mecz, to jeszcze świetnie rozumiało się na boisku, stanowiąc niezwykle groźny i kreatywny duet. Od początku wydawało się, że Michał Masłowski to jeszcze nie ten kaliber i niestety, obawy te się potwierdziły. Niełatwo też zrozumieć decyzję Henninga Berga, który w Amsterdamie nie znalazł dla Rado miejsca nawet na ławce. A moim zdaniem to właśnie tam legioniści przegrali awans. Gdyby strzelili choć jedną bramkę – w Warszawie to Ajax musiałby od początku zaatakować, a drużyna z Łazienkowskiej mogłaby nastawić się na kontry, czyli to, co jej najbardziej odpowiada. Nie ma jednak co gdybać – mistrz Polski okazał się słabszy od mistrza Holandii i zasłużenie odpadł z rozgrywek. Oby piłkarze, sztab szkoleniowy oraz działacze wyciągnęli odpowiednie wnioski. Tak, abyśmy za rok o podobnej porze świętowali awans do kolejnej rundy, bądź emocjonowali się starciami polskiego klubu w Lidze Mistrzów. 

wtorek, 24 lutego 2015

W świecie pieniądza



              Stało się. Miro Radovic zaakceptował niewyobrażalną ofertę, którą zaproponowali mu Chińczycy i po blisko dziewięciu latach opuszcza Łazienkowską. Można się spierać czy Serb postąpił słusznie, ale ja nie mam wątpliwości. Piłka nożna to jego zawód, główne (a najczęściej jedyne) źródło dochodu. Niech każdy z was zastanowi się, jak by postąpił, gdyby nagle dostał ofertę pracy w konkurencyjnej firmie, a przeprowadzka wiązałaby się z 15-krotną podwyżką zarobków. Zrezygnowalibyście? Wątpię. Dość już jednak o Rado, gdyż ten wstęp mógłby sugerować tekst w dużej mierze traktujący o Legii, a tak nie będzie. Transfer największej gwiazdy klubu z Łazienkowskiej po raz kolejny pokazał bowiem, jak wielka w dzisiejszych czasach jest siła pieniądza. Piłka nożna w ciągu ostatnich kilku lat stała się skomercjalizowana do granic możliwości. Futbol stał się jednym, wielkim biznesem, w którym nie ma miejsca na sentymenty. I choć nie mam na to absolutnie żadnego wpływu, to komercjalizacja mojej ukochanej dyscypliny bardzo mnie martwi. Cytując klasyka: „Against modern football!”

Klubowe ikony

            Jeszcze na przełomie wieków można było podawać bardzo wiele przykładów zawodników, którzy całą karierę poświęcili tylko jednemu klubowi. Byli to zawodnicy, którzy ponad dobra materialne cenili sobie takie wartości jak lojalność, szacunek czy przywiązanie do klubowych barw. Niestety, tacy zawodnicy są w dzisiejszych czasach towarem deficytowym. Swoje piękne, długoletnie kariery zakończyli chociażby Paolo Maldini – symbol Milanu, czy Javier Zanetti – żywa legenda Interu Mediolan. W Romie żywym pomnikiem jest Francesco Totti, ale i on wielkimi krokami zbliża się do końca swojej przygody z futbolem. W dalszym ciągu są oczywiście piłkarze, którzy spędzają kariery w jednym tylko klubie, że wspomnę chociażby Bastiego Schweinsteigera czy Johna Terry’ego. Wydaje mi się, że akurat w ich przypadku zarabiane pieniądze to jedno, a możliwość walki o trofea to drugie. Zaryzykuję tezę, że gdyby zgłosiły się po nich kluby o podobnej lub wyższej renomie, oferując większą gażę, to obaj ci zawodnicy zmieniliby klubowe barwy. Są to jednak tylko moje domysły.
            Zdarzają się jednak przypadki, w których role są zupełnie odwrócone. Wcześniej wspominałem bowiem o sytuacji, w której zawodnicy zmieniają kluby jak rękawiczki, w pogoni za pieniądzem. Ale nierzadko dochodzi również do sytuacji, w których to klub oddaje klubową legendę, by „zejść z budżetu płacowego”, a także dlatego, iż według działaczy zawodnik ten nie daje już odpowiedniej jakości piłkarskiej (abstrahując od tego, że często jest to „przywódca szatni” i jest nieodzownym elementem tworzenia pozytywnej atmosfery wewnątrz drużyny). Najlepszym przykładem takiej polityki jest Alessandro Del Piero, który w 2012 roku, po 19 latach spędzonych w klubie, musiał opuścić Juventus na rzecz australijskiej drużyny Sydney FC. Działacze z Turynu uznali bowiem, że Del Piero jest już zbyt wiekowym graczem, by stanowić o sile obecnego Juventusu. Bardzo podobne były przypadki Franka Lamparda, dla którego miejsca w Chelsea nie widział już Jose Mourinho oraz Stevena Gerrarda, który nie był w stanie porozumieć się z Liverpoolem w sprawie nowego kontraktu i od nowego sezonu będzie reprezentował barwy Los Angeles Galaxy, klubu występującego na co dzień w amerykańskiej lidze MLS.

Światełko w tunelu

            Fakt, że w obecnych czasach futbol został całkowicie zdominowany przez pieniądz jest niepodważalny. Ale jest jedna jasna strona takiego obrotu spraw. Otóż, jak powszechnie wiadomo, najbogatsze kluby bardzo często wzmacniają się kosztem tych słabszych (albo nawet niekoniecznie słabszych, a po prostu mniej zamożnych). Panująca sytuacja zmusza mniejsze kluby do radzenia sobie w inny sposób. W polskiej ekstraklasie – przynajmniej do tej pory – dominowała opcja ściągania tzw. szrotu. Chodzi o graczy, którzy z całą pewnością nie podniosą poziomu ligi, a ich jedyną zaletą jest to, iż są niedrodzy w utrzymaniu. I wydaje się, że nie jest to najlepsza droga. Moim zdaniem wszystkie mniej zamożne kluby powinny podążać drogą francuskiego Lyonu. Jeszcze niedawno OL było w bardzo ciężkiej sytuacji finansowej, bez większych perspektyw na przyszłość. Wtedy to klubowi działacze postanowili wdrożyć projekt zakładający oparcie pierwszej drużyny na młodych wychowankach ze Stade Gerland. Włodarze Les Gones słusznie uznali, że zamiast wydawać krocie na gwiazdy światowej piłki, lepiej będzie samemu je wykreować. Dzisiaj Olympique Lyon, w składzie którego grają praktycznie sami wychowankowie, jest liderem Ligue 1 i wyprzedza szejków z Paryża, którzy na budowę swojej drużyny wydali kilkaset milionów Euro. Można? Można, jak widać na załączonym obrazku. Podobny, choć nieco inny projekt wybrali działacze Olympique Marsylia. Ich wizja zakłada bowiem ściąganie za stosunkowo niewielkie pieniądze najbardziej uzdolnionych francuskich graczy, których po ukształtowaniu będzie można sprzedać z ogromnym zyskiem. Jest to filozofia nieco droższa niż w przypadku OL, ale wciąż bardzo opłacalna. Efekt jest taki, że obie te drużyny – wraz z PSG, zasilanym niewyobrażalną sumą petrodolarów – będą do końca sezonu biły się o mistrzostwo Francji.

Słowo na niedzielę

            Podsumowując, wydaje się, że niestety proces komercjalizacji futbolu jest nieunikniony. Czasy, kiedy zawodnik spędzał karierę w jednym klubie, nie patrząc specjalnie na aspekty finansowe, już dawno minęły. I dotyczy to zarówno zawodników, którzy odchodzą w pogoni za większą ilością zer na koncie, jak i klubów, które w starszych zawodnikach – legendach klubu – nie widzą już potencjału na wypracowanie zysku. Jest jednak pewne światełko w tunelu, głównie wśród tych klubów, które nie są zaliczane do europejskich gigantów. Muszą (a raczej powinny) opierać swoją filozofię na młodych zawodnikach, klubowych wychowankach. A zatem na ludziach, którzy identyfikują się z klubem. W przyszłości może to bowiem przynieść wymierne efekty, zarówno sportowe jak i ekonomiczne. Przypadki Olympique Marsylia, Olympique Lyon czy FC Porto pokazują, że takie podejście jest bardzo opłacalne. 

niedziela, 15 lutego 2015

Pamiętam jak kiedyś...

               

             Do napisania tego tekstu szykowałem się od ładnych kilku dni. Dokładniej od momentu, kiedy przeczytałem, że Juan Roman Riquelme postanowił zawiesić buty na kołku i przejść na piłkarską emeryturę. Właśnie wtedy dotarło do mnie, że pewna epoka w futbolu dobiega końca. Oczywiście nie wysnułem tego na podstawie zakończenia kariery przez Argentyńczyka, jest to rzecz jasna proces długotrwały. Ale Riquelme był pewnym bodźcem, który sprawił, iż poczułem, że to właśnie ten moment. Może to dlatego, że był to typ zawodnika, który ceniłem najbardziej? Od zawsze bowiem dużo wyżej od efektownych dryblingów podziwiałem umiejętność regulowania tempa gry, a nade wszystko przemawiała do mnie gracja, z jaką zawodnicy tego typu poruszali się po boisku. Wcześniej chociażby Zidane czy właśnie Riquelme, obecnie Mesut Ozil, Andres Iniesta czy David Silva. Ale wracając do meritum, kiedy po przeczytaniu tej informacji zacząłem na Youtube oglądać popisy legendy Boca Juniors dotarło do mnie, że nieuchronnie kończy się pewien rozdział futbolu. Rozdział mojego dzieciństwa…
            Wszystko zaczęło się w roku 2006, kiedy to karierę postanowił zakończyć Zinedine Zidane. Miałem wtedy ledwie 15 lat i z pewnością nie postrzegałem tego w ten sposób, jak robię to obecnie. Niemniej jednak jego odejście było pewną linią graniczną. Zizou był bowiem pierwszym z moich ulubieńców, który postanowił zawiesić buty na kołku. Dużo gorzej czułem się natomiast prawie równo 4 lata temu, 14. lutego 2011 roku. Karierę postanowił wtedy zakończyć najlepszy wg mnie zawodnik w historii futbolu – Ronaldo. Brazylijczyk był moim idolem odkąd skończyłem 6 lat. Oglądałem wszystkie mecze z jego udziałem, prowadziłem wnikliwe statystyki. Kiedy w 2002 roku strzelił swoją pierwszą bramkę po powrocie z blisko 2-letniego rozbratu z piłką, cieszyłem się tak jakbym tam był. Zakończenie przez niego przygody z futbolem było dla mnie tym większym szokiem, że Brazylijczyk miał ledwie 34 lata i żywiłem nadzieję, że będę mógł podziwiać go jeszcze podczas wielu meczów. Do tej pory pamiętam konferencję prasową, na której Phenomeno ogłosił swój rozbrat z futbolem. Brazylijczyk ryczał jak bóbr, a ja razem z nim.
            Odejście Ronaldo było chyba takim punktem kulminacyjnym. Od momentu odejścia Brazyliczyka futbol stał się dla mnie bardziej obojętny. Oczywiście w dalszym ciągu mam obsesję na punkcie tego wspaniałego sportu, ale nie jest to już ten sam poziom emocji, jaki towarzyszył mi podczas występów Il Phenomeno. Chyba właśnie z tego powodu jakoś łagodniej znosiłem fakt, iż kolejni z moich idoli, coraz częściej kończyli kariery. Ruud van Nistelrooy, Carles Puyol, Roberto Carlos, Thierry Henry, Raul Gonzalez… Ci legendarni zawodnicy również nie grają już profesjonalnie w piłkę. Bardziej emocjonalnie przeżyłem tylko odejście Javiera Zanettiego, legendy mojego ukochanego Interu. I tu dochodzimy do ściany, czyli informacji o zakończeniu kariery przez Juana Romana Riquelme. Ta informacja sprawiła, iż doszło do mnie, że moja ukochana futbolowa epoka dobiega końca. Że już nie będę mógł podziwiać zawodników, których podziwiałem mając 8, 10 czy 13 lat. Niestety, te czasy już nie wrócą…

            Znamienny jest również fakt, że przez to (a może dzięki temu), że miałem przyjemność oglądać w akcji Ronaldo czy Zidane’a, w żaden sposób nie jestem w stanie stwierdzić, że obecne gwiazdy futbolu dorównują im poziomem. Oczywiście doceniam to co robią Messi i Cristiano, bardzo podoba mi się styl gry Aguero oraz wcześniej wspomnianych Iniesty czy Silvy, ale to zdecydowanie nie jest to. Phenomeno, Zizou oraz cała plejada gwiazd z tamtego okresu była poziom wyżej od obecnych zawodników. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że Zidane oraz Ronaldo byli dwie półki wyżej. Zdaję sobie sprawę, że moja ocena jest mocno subiektywna i nacechowana pewną nostalgią, ale taki jest właśnie mój kąt postrzegania obecnego futbolu. Podejrzewam, że ludzie, którzy mieli okazję oglądać w akcji Maradonę powiedzą to samo o pokoleniu Ronniego i Zizou. I niewykluczone, że będą mieli rację. Ja swojego zdania nie mam jednak zamiaru zmieniać. Piłkarskie czasy, w których się wychowałem to najlepsza epoka w historii futbolu i bardzo ciężko przyznać mi, że właśnie dobiega końca. Taka jest jednak naturalna kolej rzeczy… 

środa, 28 stycznia 2015

Giełda transferowa - made in Poland

                Uff… Przez ostatnie dwa tygodnie nie pisałem. Cóż, zbliżająca się sesja oraz choroba zrobiły swoje. Przez ten czas w świecie futbolu wydarzyło się całkiem sporo. Real zdążył pożegnać się z Copa del Rey po porażce z rywalem zza miedzy – Atletico, Wilfried Bony za grubą kasę przeszedł do niebieskiej części Manchesteru, a Marsylia – w przeciwieństwie do Lyonu – zupełnie wytraciła impet i przestała liderować w Ligue 1. Dziś jednak chciałbym poruszyć temat transferów w polskiej T-Mobile Ekstraklasie. Tak się bowiem dziwnie złożyło, że w obecnym okienku transferowym nie jesteśmy z każdej strony zalewani informacjami o sprowadzaniu do poszczególnych klubów tzw. „piłkarskiego szrotu z zagranicy”. Najwyraźniej kluby zaczynają wyciągać wnioski, co sprawiło, że tej zimy do naszej rodzimej ligi trafiło kilku naprawdę ciekawych zawodników. Miłą odmianą są również transfery przeprowadzane wewnątrz T-Mobile Ekstraklasy. W ostatnich latach były to bardzo rzadko spotykane transakcje, głównie ze względu na stawianie przez kluby zaporowych cen. O najciekawszych – moim zdaniem – ruchach transferowych możecie przeczytać poniżej.

Sebastiana Mili powrót do korzeni

    O transferze Sebastiana Mili do Lechii Gdańsk mówiło się już od dłuższego czasu. Sam zainteresowany wielokrotnie powtarzał zresztą, że to w Gdańsku stawiał swoje pierwsze, piłkarskie kroki, i że to właśnie tam chciałby zakończyć swą piłkarską karierę. Kluby bardzo długo nie mogły się dogadać – Lechia dawała milion złotych, włodarze Śląska oczekiwali kwoty o 50% większej. Ostatecznie – jeśli wierzyć portalowi transfermarkt.pl – cena za reprezentanta Polski zamknęła się w granicach 1,4 mln zł. Sam Mila podpisał natomiast 5,5-letni kontrakt, który po zakończeniu kariery pozwoli mu nadal działać w strukturach klubu. Ze strony Lechii jest to dobry interes. Nie dość, że pozyskują piłkarza o uznanej marce, który ostatnio znajdował się w bardzo wysokiej formie, to trafia do nich człowiek niezwykle mocno identyfikujący się z klubem. Mila nie jest już piłkarzem młodym (w tym roku skończy 33 lata), ale myślę, że przez najbliższe 1,5 sezonu będzie w stanie prezentować w gdańskim klubie wysoki poziom. Na pewno będzie to wzmocnienie Lechii.

Legia się zbroi

    W ostatnich dniach pieniądze na transfery zyskał również mistrz Polski, Legia Warszawa. Głównie za sprawą założenia funduszu inwestycyjnego. Jest to „zabieg” zupełnie innowacyjny na naszym podwórku, natomiast w czołowych ligach Europy bardzo powszechny (Więcej na ten temat można przeczytać TUTAJ). Jeszcze przed założeniem owego funduszu do Warszawy powrócił Dominik Furman. Zawodnik, który dokładnie rok wcześniej trafił do francuskiej Tuluzy ponownie zameldował się przy Łazienkowskiej, aby odbudować swoją formę i wrócić do piłkarskiego świata żywych. Ostatni rok nie był dla „Furmiego” dobry: grał baaaardzo mało, często nie łapał się nawet na ławkę. Teraz wraca do Legii i będzie chciał pokazać, że jednak nie jest tak słabym piłkarzem jak obecnie się o tym mówi. Biorąc pod uwagę jesienną dyspozycję Ivicy Vrdoljaka i Tomasza Jodłowca można śmiało powiedzieć, że nie będzie to zawodnik na pierwszy skład, a jedynie cenne uzupełnienie zespołu.
    Do Warszawy prawdopodobnie trafią też Michał Masłowski (transfer już praktycznie przyklepany) oraz Taye Taiwo (aktualnie przebywa na testach). Masłowski trafi do Legii z Zawiszy Bydgoszcz za około 800 tys. Euro. Można się spierać czy jest to kwota adekwatna do jego umiejętności (wg mnie jednak nie), ale bez wątpienia „Masło” to jeden z lepszych środkowych pomocników w polskiej lidze. Co prawda jego nominalną pozycją jest „10”, gdzie w Legii na tej pozycji są już Rado, Duda i Szwoch. Ale może też zagrać cofniętego pomocnika. Jest to o tyle ważne, że w starciu z potencjalnie słabszymi rywalami Henning Berg będzie mógł nieco odciążyć Ivicę bądź „Jodłę”, dając tym samym szansę Masłowskiemu. Byłby to o tyle ciekawy manewr, że legioniści graliby wtedy jednym, klasycznym defensywnym pomocnikiem, a Michał występowałby na pozycji „8”, kreując grę „Wojskowych”.  Wydaje się również, że jest to transfer przygotowany pod kątem letniego odejścia Ondreja Dudy. Masłowski będzie miał bowiem pół roku na przyswojenie koncepcji trenera Berga, a także aklimatyzację w Warszawie. Wydaje mi się więc, że jeśli tylko będą omijać go kontuzje – może to być dobry transfer działaczy z Łazienkowskiej.
    Na koniec kilka słów o Taye Taiwo. Co prawda są to na razie tylko testy, ale w z pewnością gracza o takim CV w naszej lidze jeszcze nie było. Nigeryjczyk to wielokrotny reprezentant swojego kraju, była gwiazda Olympique Marsylia, zawodnik Milanu czy Dynama Kijów. Bardzo racjonalnie do całej sprawy podchodzi jednak Henning Berg. Szkoleniowiec Legii stwierdził bowiem, iż z pewnością CV Taiwo robi wrażenie, ale liczy się tylko to, co prezentuje w obecnej chwili. Jeśli Nigeryjczyk przypadnie do gustu sztabowi szkoleniowemu, najprawdopodobniej zostanie na pół roku wypożyczony z tureckiego Bursasporu.

W Gdańsku wreszcie z głową

   Ciekawie na rynku transferowym prezentuje się również gdańska Lechia. Po letnim trzęsieniu ziemi, podczas którego do Gdańska trafiło 1358 piłkarzy, zimowe zakupy są już dużo bardziej stonowane. I – co najważniejsze – wydają się naprawdę przemyślane. O zakupie Sebastiana Mili pisałem już wcześniej. Do klubu trafiła też jednak dwójka doświadczonych, bocznych obrońców. Z TSV 1860 Monachium przybył Grzegorz Wojtkowiak, rosyjski Amkar Perm na Lechię zamienił także Jakub Wawrzyniak. Nie są to być może wirtuozi, ale zawodnicy, którzy poniżej pewnego, przyzwoitego poziomu raczej nie schodzą. Ich atutami są też z pewnością doświadczenie (zarówno klubowe, jak i reprezentacyjne), a także wszechstronność. Choć są to nominalni boczni obrońcy, to każdy z nich z powodzeniem może występować również na środku defensywy. Warto dodać, że nawet jeśli ci piłkarze nie będą regularnie grali w pierwszym składzie, to w najgorszym przypadku wywrą odpowiednią presję na teoretycznie podstawowych bocznych obrońcach Lechii, czyli Lekovicu i Możdżeniu. Widać, że działacze z Gdańska wyciągnęli wnioski z letniej kampanii transferowej, gdyż obecna polityka klubu zdaje się mieć ręce i nogi. Póki co dokonano jedynie trzech transferów, ale wszystko są to gracze o uznanej marce, a także sporym doświadczeniu. I co najważniejsze, wzmocnione zostały pozycje, które naprawdę tego wymagały.

Giełda transferowa w pozostałych klubach

    O klubach najbardziej aktywnych na transferowym rynku już wspominałem, teraz przyszedł czas na pozytywne niespodzianki. Bo nie tylko Legia i Lechia mądrze wzmocniły swoje kadry. Dobrym przykładem jest Cracovia, do której trafił wielokrotny reprezentant Słowacji, a wcześniej uznana postać w Bundeslidze – Erik Jendrisek. Słowak ma wszelkie predyspozycje żeby w T-Mobile Ekstraklasie stać się jednym z najlepszych na swojej pozycji. „Pasy” dokonały ciekawego wzmocnienia, ale nie próżnował też ich rywal zza miedzy. Wiśle udało się zakontraktować Bobana Jovica – jednego z najbardziej utalentowanych bocznych obrońców w Słowenii. Co prawda na tę chwilę wydaje się, że zawodnik trafi do Krakowa dopiero w lipcu, po wygaśnięciu jego umowy z dotychczasowym klubem. Jednak po tym jak kontuzję odniósł Łukasz Burliga całkiem prawdopodobne, że działacze z Reymonta postarają się ściągnąć zawodnika już zimą. Warto dodać, że klub zmienił także Michał Janota. Środkowy pomocnik zamienił Kielce na Szczecin i od nowej rundy przywdziewać będzie koszulkę Pogoni. Michał z pewnością jest zawodnikiem o sporym potencjale. Dobry drybling, niekonwencjonalne podanie, niezły strzał. Jego ogromnym problemem jest jednak chimeryczność, zbyt duże wahania formy. Jeśli tylko uda mu się ustabilizować formę i wejść na swój wysoki poziom, to w Szczecinie będą mieli z niego dużo pociechy.
    Tak jak pisałem wcześniej, kluby w T-Mobile Ekstaklasie prowadzą tej zimy naprawdę interesującą politykę transferową. Wygląda na to, że miejsce piłkarskich debili zaczynają zajmować gracze, którzy naprawdę otarli się w przeszłości o poważną piłkę lub tacy, którzy będą mieli szansę się otrzeć. Oczywiście póki co żaden z tych zawodników nie zagrał jeszcze ani minuty w oficjalnym spotkaniu swojego nowego klubu, więc są to tylko czyste spekulacje, a wszystko zweryfikuje zielona murawa. Na papierze wszystko wygląda jednak całkiem optymistycznie i mam nadzieję, że w kolejnych okienkach transferowych ten trend zostanie podtrzymany.


PS. Przed chwilą okazało się, że Taye Taiwo jednak nie podpisze kontraktu z Warszawską Legią. Cóż, moim zdaniem wielka szkoda, że sprawy tak się potoczyły…

czwartek, 15 stycznia 2015

Transferowa Legia

Dawno nie było żadnej wzmianki o moim ukochanym klubie, dlatego też dzisiaj kilka słów o Legii. Przez kilka ostatnich tygodni zawodnicy oraz sztab szkoleniowy zapadli w zimowy sen. Dopiero w poniedziałek na Łazienkowską powrócił trener Henning Berg, a dwa dni po nim reszta sztabu oraz piłkarze, którzy 13. stycznia rozpoczęli przygotowania do rundy wiosennej. Celem drużyny jest oczywiście zdobycie podwójnej korony (obrona tytułu mistrzowskiego oraz odzyskanie krajowego pucharu), a także jak najlepsze zaprezentowanie się na arenie europejskiej. Póki co stołeczni działacze nie są zbyt aktywni na rynku transferowym (choć w grę wchodzi również opcja, iż po prostu załatwiają wszystko „po cichu”), choć za duży sukces można z pewnością uznać przedłużanie kontraktów z czołowymi postaciami klubu. W grudniu nowy kontrakt podpisał Łukasz Broź, a kilka dni temu klub ogłosił, że Henning Berg podpisał umowę wiążącą go z klubem do 2018 roku. Co więcej, lada chwila Guilherme stanie się oficjalnie zawodnikiem stołecznego klubu, podpisując 3-letni kontrakt. W kwestii transferów najwięcej mówi się jednak o Krystianie Bieliku oraz Arkadiuszu Malarzu. Ten pierwszy jest bowiem bardzo bliski przejścia do Arsenalu, natomiast golkiper GKSu Bełchatów ma wzmocnić rywalizację w bramce „Wojskowych”. Dziś parę słów o tym, dlaczego, według mnie, są to dobre posunięcia.

Bielik, czyli sukces warszawskiego scoutingu

            Dziś już prawie pewne wydaje się, że młody pomocnik Legii zasili szeregi The Gunners. Kluby ostatecznie porozumiały się w sprawie transferu, a i sam zawodnik podjął już ostateczną decyzję o odejściu. Oficjalnie mówi się o kwocie około 3 milionów funtów (wliczając w to wszelkiego rodzaju bonusy). Moim zdaniem jest to majstersztyk działaczy z Łazienkowskiej i wyśmienita okazja na to, aby sprzedać Bielika. Legia pozyskała Krystiana pół roku temu, a koszt jaki w związku z tym poniosła to około 100 tys. Euro (ekwiwalent za wyszkolenie). Przez ten czas młody zawodnik zagrał jedynie w kilku meczach „Wojskowych” i tak naprawdę nie miał wielu okazji do zaprezentowania swoich umiejętności. Myślę, że nawet najwięksi optymiści nie spodziewali się, iż po utalentowanego 17-latka po kilku miesiącach zapuka sam Arsene Wenger i zaproponuje 30-krotne przebicie sumy, za którą Legia pozyskała Bielika. Myślę, że żaden z polskich klubów nie byłby w stanie odrzucić takiej oferty, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że i sam zawodnik jest nastawiony na wyjazd.
            I tym właśnie sposobem płynnie przeszliśmy do samego zainteresowanego. Wydaje mi się bowiem, że ten transfer jest bardzo korzystny dla Legii, ale jeszcze bardziej dla Krystiana Bielika. Pomijam już najbardziej oczywistą kwestią, iż akademia Arsenalu jest jedną z najlepszych na świecie i z pewnością nauczy się tam dużo więcej niż zostając w Warszawie. Sęk w tym, że Bielik jest zawodnikiem bardzo, ale to bardzo młodym, w styczniu skończył ledwie 17 lat. Będzie miał więc jeszcze dużo czasu, by skorygować ewentualne błędy. Nawet zakładając najbardziej pesymistyczny obrót spraw, w którym nie przebija się w Arsenalu oraz nie sprawdza się na wypożyczeniach, wracając po kilku latach do rodzimej ligi. Nawet jeśli będzie miał wtedy 20-21 lat, to wciąż będzie zawodnikiem na tyle młodym, by zrobić w piłce niemałą karierę. A oferta z takiego klubu jak Arsenal nie pojawia się co pół roku, więc grzechem byłoby z niej nie skorzystać.

Malarz, czyli rutyna ponad młodością


            Od kilkunastu dni chodzą również słuchy, że bardzo blisko transferu na Łazienkowską jest Arkadiusz Malarz. Doświadczony golkiper, broniący do tej pory barw GKSu Bełchatów miałby trafić do Legii kosztem Konrada Jałochy, który zostałby wypożyczony, aby nabrać doświadczenia. Wielu ludzi mocno krytykuje ten transfer, moim zdaniem jest to jednak całkiem rozsądne rozwiązanie. Prawda jest bowiem taka, że w obecnej chwili ani wspomniany Jałocha, ani Łukasz Budziłek nie wywierają najmniejszej presji na Dusanie Kuciaku. Słowak jest absolutnym numerem 1 w bramce „Wojskowych” i zdaje sobie sprawę, że nie ma praktycznie żadnej konkurencji. A sytuacja, w której bramkarz czuje się zbyt pewnie nie jest dobra, co pokazały jesienne występy Dusana na ligowych boiskach. Bez wątpienia Jałocha oraz Budziłek mają potencjał, by zostać w przyszłości dobrymi bramkarzami. Sęk w tym, że do tego potrzeba im regularnej gry, sam trening nie pozwoli na ciągłe podnoszenie sobie poprzeczki. Dlatego też przyjście Malarza wydaje mi się tak dobrym rozwiązaniem. Bramkarz ten jest bowiem „w gazie”, ma za sobą naprawdę udaną rundę i z pewnością będzie mocno naciskał na pozycję Dusana. Jałocha natomiast w tym roku skończy 24 lata. Nie jest to już zatem żaden młodzieniaszek, ale pamiętajmy, że bramkarze zwykle są w stanie grać na dobrym poziomie o wiele dłużej niż zawodnicy z pola. Można więc powiedzieć, że Konrad – jak na bramkarza – jest jeszcze stosunkowo młody. Jeśli teraz zacząłby regularnie grać w którymś z ekstraklasowych klubów, to przez ten rok nie tylko podniesie swoje umiejętności, ale także nabierze niezbędnego doświadczenia. I – o ile na wypożyczeniu będzie grał regularnie i dobrze się spisywał – będzie mógł podjąć realną rywalizację o miejsce w bramce Legii. Mówiąc krótko, moim zdaniem taka krótkoterminowa wymiana bramkarzy ma praktycznie same plusy. 

czwartek, 8 stycznia 2015

Poldi w Interze? Dla mnie bomba!

           


            Styczeń to z punktu widzenia piłkarskiego fana niezbyt ciekawy miesiąc. Większość lig zapada wtedy w zimowy sen, grają nieliczni. Niespecjalnie jest o czym pisać, gdyż najważniejszymi obecnie sprawami jest „kryzys” Realu Madryt (abstrahując od tego, że używanie tego słowa po dwóch porażkach jest niedorzeczne) oraz wielkie sprzątanie w gabinetach dyrektorskich na Camp Nou. Jest jednak jeden aspekt, który sprawia, iż nie jest to dla futbolu miesiąc stracony. Transfery. Wraz z nowym rokiem otwiera się bowiem zimowe okienko transferowe, a kluby przez cały miesiąc mogą pozyskiwać oraz sprzedawać zawodników. Media prześcigają się w wymyślaniu coraz to nowych plotek dotyczących ruchów na transferowym rynku. Ja jednak chciałbym odnieść się do pewnego dokonanego już transferu, do którego wielu ekspertów nie ma przekonania. W przeciwieństwie do zdecydowanej większości uważam bowiem, iż transfer Łukasza Podolskiego do Interu Mediolan może okazać się „strzałem w dziesiątkę”. Dlaczego? Składa się na to kilka aspektów…

Niewielkie ryzyko

            Portal transfermarkt.pl podaje, że Podolski został wypożyczony do Interu na okres sześciu miesięcy, a opłata za ten transfer wyniosła klub ze stolicy Lombardii 600 tys. Euro. I choć obecnie Mediolańczycy nie wydają już na zawodników takich pieniędzy jak jeszcze kilka lat temu, to wciąż jest to dla nich bardzo niewielka kwota. W zamian otrzymali zaś bardzo dobrego zawodnika, który dodatkowo jest w najlepszym wieku swojej piłkarskiej kariery. „Poldi” ma bowiem dopiero 29 lat, więc przy dobrym prowadzeniu jest w stanie grać na wysokim poziomie jeszcze przynajmniej przez 5 lat. Oczywiście jeśli Podolski przekona do siebie trenera Manciniego to Inter będzie musiał głębiej sięgnąć do portfela, aby sprowadzić Niemca na stałe. Nieoficjalnie mówi się o kwocie 8-10 milionów Euro, co jak na zawodnika tej klasy wydaje się ceną promocyjną. Sęk jednak w tym, że wypożyczenie Łukasza nie jest obarczone praktycznie żadnym ryzykiem. Jeśli zawodnik wypożyczony z Arsenalu sprawdzi się w Interze to Mediolańczycy będą mogli wykupić go po bardzo atrakcyjnej cenie. Jeśli jednak Niemiec okazałby się transferowym niewypałem to latem wróci na Emirates Stadium, a Inter poniesie jedynie koszty wypożyczenia, czyli wspomniane wcześniej 600 tys. Euro.

Klasa piłkarska Poldiego

            Płynnie przeszliśmy zatem do punktu drugiego, czyli umiejętności czysto piłkarskich. Wspomniałem wcześniej, że gdyby Łukasz nie sprawdził się w Mediolanie to po sezonie wróciłby do Arsenalu. Wydaje mi się to jednak bardzo mało prawdopodobne. Wiele osób zapomina bowiem, iż to już nie ten sam Inter co kilka lat temu. Czasy Sneijdera, Milito czy Zlatana minęły bezpowrotnie. W tej chwili mediolańczycy nie mają w swoich szeregach wielu zawodników, którzy potrafiliby sami rozstrzygnąć mecz. A moim zdaniem Łukasz jest właśnie takim zawodnikiem. Dodatkowo sam zawodnik z pewnością będzie wyjątkowo zmotywowany, chcąc pokazać ludziom z Emirates Stadium, że za wcześnie został skreślony. Warto również wspomnieć o tym, że jeśli tylko Podolski dostawał szansę od Arsene’a Wengera to najczęściej ją wykorzystywał, o czym świadczą chociażby 3 bramki zdobyte w tegorocznej edycji Ligi Mistrzów. Mam wielką nadzieję, że w przyszłym sezonie nowy nabytek Interu będzie miał okazję strzelać bramki w tych elitarnych rozgrywkach dla mediolańskiego klubu.

Bodziec dla innych zawodników

            Ostatni, ale bardzo ważny aspekt. W ostatnich latach Inter przyzwyczaił swoich kibiców do sprowadzania tabunów do bólu przeciętnych piłkarzy. Wystarczy wspomnieć takich zawodników jak chociażby Matias Ezequiel Schelotto, Ishak Belfodil, Gabi Mudingayi, Alvaro Pereira czy Tommaso Rocchi. Raz na jakiś czas mediolańskim działaczom udawało się przeprowadzić transfer młodego, perspektywicznego zawodnika, jak Mateo Kovacic czy Mauro Icardi, ale generalnie – umówmy się – szału nie było. Wypożyczenia Podolskiego wydaje się być swoistym przełomem w tej kwestii. Do klubu przyszedł bowiem zawodnik z wyrobionym nazwiskiem, o uznanej marce, ale wciąż na tyle młody żeby stać się wiodącą postacią tego zespołu. I jego osoba może sprawić, że do niebieskiej części Mediolanu coraz częściej zaczną trafiać zawodnicy o takim profilu. Zresztą coraz więcej mówi się o sprowadzeniu do Interu Xherdana Shaqiriego z Bayernu Monachium oraz Paulinho z Tottenhamu. Oczywiście do realizacji tych transferów jeszcze daleka droga, ale źródła bliskie tym klubom potwierdzają, iż Inter faktycznie stara się o wyżej wymienionych zawodników. To pokazuje, że działacze Interu – wraz z trenerem Roberto Mancinim – dobrze odrobili pracę domową. A wcześniejsze pozyskanie Podolskiego może im jedynie pomóc w sprowadzeniu kolejnych graczy o uznanej marce.