wtorek, 24 lutego 2015

W świecie pieniądza



              Stało się. Miro Radovic zaakceptował niewyobrażalną ofertę, którą zaproponowali mu Chińczycy i po blisko dziewięciu latach opuszcza Łazienkowską. Można się spierać czy Serb postąpił słusznie, ale ja nie mam wątpliwości. Piłka nożna to jego zawód, główne (a najczęściej jedyne) źródło dochodu. Niech każdy z was zastanowi się, jak by postąpił, gdyby nagle dostał ofertę pracy w konkurencyjnej firmie, a przeprowadzka wiązałaby się z 15-krotną podwyżką zarobków. Zrezygnowalibyście? Wątpię. Dość już jednak o Rado, gdyż ten wstęp mógłby sugerować tekst w dużej mierze traktujący o Legii, a tak nie będzie. Transfer największej gwiazdy klubu z Łazienkowskiej po raz kolejny pokazał bowiem, jak wielka w dzisiejszych czasach jest siła pieniądza. Piłka nożna w ciągu ostatnich kilku lat stała się skomercjalizowana do granic możliwości. Futbol stał się jednym, wielkim biznesem, w którym nie ma miejsca na sentymenty. I choć nie mam na to absolutnie żadnego wpływu, to komercjalizacja mojej ukochanej dyscypliny bardzo mnie martwi. Cytując klasyka: „Against modern football!”

Klubowe ikony

            Jeszcze na przełomie wieków można było podawać bardzo wiele przykładów zawodników, którzy całą karierę poświęcili tylko jednemu klubowi. Byli to zawodnicy, którzy ponad dobra materialne cenili sobie takie wartości jak lojalność, szacunek czy przywiązanie do klubowych barw. Niestety, tacy zawodnicy są w dzisiejszych czasach towarem deficytowym. Swoje piękne, długoletnie kariery zakończyli chociażby Paolo Maldini – symbol Milanu, czy Javier Zanetti – żywa legenda Interu Mediolan. W Romie żywym pomnikiem jest Francesco Totti, ale i on wielkimi krokami zbliża się do końca swojej przygody z futbolem. W dalszym ciągu są oczywiście piłkarze, którzy spędzają kariery w jednym tylko klubie, że wspomnę chociażby Bastiego Schweinsteigera czy Johna Terry’ego. Wydaje mi się, że akurat w ich przypadku zarabiane pieniądze to jedno, a możliwość walki o trofea to drugie. Zaryzykuję tezę, że gdyby zgłosiły się po nich kluby o podobnej lub wyższej renomie, oferując większą gażę, to obaj ci zawodnicy zmieniliby klubowe barwy. Są to jednak tylko moje domysły.
            Zdarzają się jednak przypadki, w których role są zupełnie odwrócone. Wcześniej wspominałem bowiem o sytuacji, w której zawodnicy zmieniają kluby jak rękawiczki, w pogoni za pieniądzem. Ale nierzadko dochodzi również do sytuacji, w których to klub oddaje klubową legendę, by „zejść z budżetu płacowego”, a także dlatego, iż według działaczy zawodnik ten nie daje już odpowiedniej jakości piłkarskiej (abstrahując od tego, że często jest to „przywódca szatni” i jest nieodzownym elementem tworzenia pozytywnej atmosfery wewnątrz drużyny). Najlepszym przykładem takiej polityki jest Alessandro Del Piero, który w 2012 roku, po 19 latach spędzonych w klubie, musiał opuścić Juventus na rzecz australijskiej drużyny Sydney FC. Działacze z Turynu uznali bowiem, że Del Piero jest już zbyt wiekowym graczem, by stanowić o sile obecnego Juventusu. Bardzo podobne były przypadki Franka Lamparda, dla którego miejsca w Chelsea nie widział już Jose Mourinho oraz Stevena Gerrarda, który nie był w stanie porozumieć się z Liverpoolem w sprawie nowego kontraktu i od nowego sezonu będzie reprezentował barwy Los Angeles Galaxy, klubu występującego na co dzień w amerykańskiej lidze MLS.

Światełko w tunelu

            Fakt, że w obecnych czasach futbol został całkowicie zdominowany przez pieniądz jest niepodważalny. Ale jest jedna jasna strona takiego obrotu spraw. Otóż, jak powszechnie wiadomo, najbogatsze kluby bardzo często wzmacniają się kosztem tych słabszych (albo nawet niekoniecznie słabszych, a po prostu mniej zamożnych). Panująca sytuacja zmusza mniejsze kluby do radzenia sobie w inny sposób. W polskiej ekstraklasie – przynajmniej do tej pory – dominowała opcja ściągania tzw. szrotu. Chodzi o graczy, którzy z całą pewnością nie podniosą poziomu ligi, a ich jedyną zaletą jest to, iż są niedrodzy w utrzymaniu. I wydaje się, że nie jest to najlepsza droga. Moim zdaniem wszystkie mniej zamożne kluby powinny podążać drogą francuskiego Lyonu. Jeszcze niedawno OL było w bardzo ciężkiej sytuacji finansowej, bez większych perspektyw na przyszłość. Wtedy to klubowi działacze postanowili wdrożyć projekt zakładający oparcie pierwszej drużyny na młodych wychowankach ze Stade Gerland. Włodarze Les Gones słusznie uznali, że zamiast wydawać krocie na gwiazdy światowej piłki, lepiej będzie samemu je wykreować. Dzisiaj Olympique Lyon, w składzie którego grają praktycznie sami wychowankowie, jest liderem Ligue 1 i wyprzedza szejków z Paryża, którzy na budowę swojej drużyny wydali kilkaset milionów Euro. Można? Można, jak widać na załączonym obrazku. Podobny, choć nieco inny projekt wybrali działacze Olympique Marsylia. Ich wizja zakłada bowiem ściąganie za stosunkowo niewielkie pieniądze najbardziej uzdolnionych francuskich graczy, których po ukształtowaniu będzie można sprzedać z ogromnym zyskiem. Jest to filozofia nieco droższa niż w przypadku OL, ale wciąż bardzo opłacalna. Efekt jest taki, że obie te drużyny – wraz z PSG, zasilanym niewyobrażalną sumą petrodolarów – będą do końca sezonu biły się o mistrzostwo Francji.

Słowo na niedzielę

            Podsumowując, wydaje się, że niestety proces komercjalizacji futbolu jest nieunikniony. Czasy, kiedy zawodnik spędzał karierę w jednym klubie, nie patrząc specjalnie na aspekty finansowe, już dawno minęły. I dotyczy to zarówno zawodników, którzy odchodzą w pogoni za większą ilością zer na koncie, jak i klubów, które w starszych zawodnikach – legendach klubu – nie widzą już potencjału na wypracowanie zysku. Jest jednak pewne światełko w tunelu, głównie wśród tych klubów, które nie są zaliczane do europejskich gigantów. Muszą (a raczej powinny) opierać swoją filozofię na młodych zawodnikach, klubowych wychowankach. A zatem na ludziach, którzy identyfikują się z klubem. W przyszłości może to bowiem przynieść wymierne efekty, zarówno sportowe jak i ekonomiczne. Przypadki Olympique Marsylia, Olympique Lyon czy FC Porto pokazują, że takie podejście jest bardzo opłacalne. 

niedziela, 15 lutego 2015

Pamiętam jak kiedyś...

               

             Do napisania tego tekstu szykowałem się od ładnych kilku dni. Dokładniej od momentu, kiedy przeczytałem, że Juan Roman Riquelme postanowił zawiesić buty na kołku i przejść na piłkarską emeryturę. Właśnie wtedy dotarło do mnie, że pewna epoka w futbolu dobiega końca. Oczywiście nie wysnułem tego na podstawie zakończenia kariery przez Argentyńczyka, jest to rzecz jasna proces długotrwały. Ale Riquelme był pewnym bodźcem, który sprawił, iż poczułem, że to właśnie ten moment. Może to dlatego, że był to typ zawodnika, który ceniłem najbardziej? Od zawsze bowiem dużo wyżej od efektownych dryblingów podziwiałem umiejętność regulowania tempa gry, a nade wszystko przemawiała do mnie gracja, z jaką zawodnicy tego typu poruszali się po boisku. Wcześniej chociażby Zidane czy właśnie Riquelme, obecnie Mesut Ozil, Andres Iniesta czy David Silva. Ale wracając do meritum, kiedy po przeczytaniu tej informacji zacząłem na Youtube oglądać popisy legendy Boca Juniors dotarło do mnie, że nieuchronnie kończy się pewien rozdział futbolu. Rozdział mojego dzieciństwa…
            Wszystko zaczęło się w roku 2006, kiedy to karierę postanowił zakończyć Zinedine Zidane. Miałem wtedy ledwie 15 lat i z pewnością nie postrzegałem tego w ten sposób, jak robię to obecnie. Niemniej jednak jego odejście było pewną linią graniczną. Zizou był bowiem pierwszym z moich ulubieńców, który postanowił zawiesić buty na kołku. Dużo gorzej czułem się natomiast prawie równo 4 lata temu, 14. lutego 2011 roku. Karierę postanowił wtedy zakończyć najlepszy wg mnie zawodnik w historii futbolu – Ronaldo. Brazylijczyk był moim idolem odkąd skończyłem 6 lat. Oglądałem wszystkie mecze z jego udziałem, prowadziłem wnikliwe statystyki. Kiedy w 2002 roku strzelił swoją pierwszą bramkę po powrocie z blisko 2-letniego rozbratu z piłką, cieszyłem się tak jakbym tam był. Zakończenie przez niego przygody z futbolem było dla mnie tym większym szokiem, że Brazylijczyk miał ledwie 34 lata i żywiłem nadzieję, że będę mógł podziwiać go jeszcze podczas wielu meczów. Do tej pory pamiętam konferencję prasową, na której Phenomeno ogłosił swój rozbrat z futbolem. Brazylijczyk ryczał jak bóbr, a ja razem z nim.
            Odejście Ronaldo było chyba takim punktem kulminacyjnym. Od momentu odejścia Brazyliczyka futbol stał się dla mnie bardziej obojętny. Oczywiście w dalszym ciągu mam obsesję na punkcie tego wspaniałego sportu, ale nie jest to już ten sam poziom emocji, jaki towarzyszył mi podczas występów Il Phenomeno. Chyba właśnie z tego powodu jakoś łagodniej znosiłem fakt, iż kolejni z moich idoli, coraz częściej kończyli kariery. Ruud van Nistelrooy, Carles Puyol, Roberto Carlos, Thierry Henry, Raul Gonzalez… Ci legendarni zawodnicy również nie grają już profesjonalnie w piłkę. Bardziej emocjonalnie przeżyłem tylko odejście Javiera Zanettiego, legendy mojego ukochanego Interu. I tu dochodzimy do ściany, czyli informacji o zakończeniu kariery przez Juana Romana Riquelme. Ta informacja sprawiła, iż doszło do mnie, że moja ukochana futbolowa epoka dobiega końca. Że już nie będę mógł podziwiać zawodników, których podziwiałem mając 8, 10 czy 13 lat. Niestety, te czasy już nie wrócą…

            Znamienny jest również fakt, że przez to (a może dzięki temu), że miałem przyjemność oglądać w akcji Ronaldo czy Zidane’a, w żaden sposób nie jestem w stanie stwierdzić, że obecne gwiazdy futbolu dorównują im poziomem. Oczywiście doceniam to co robią Messi i Cristiano, bardzo podoba mi się styl gry Aguero oraz wcześniej wspomnianych Iniesty czy Silvy, ale to zdecydowanie nie jest to. Phenomeno, Zizou oraz cała plejada gwiazd z tamtego okresu była poziom wyżej od obecnych zawodników. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że Zidane oraz Ronaldo byli dwie półki wyżej. Zdaję sobie sprawę, że moja ocena jest mocno subiektywna i nacechowana pewną nostalgią, ale taki jest właśnie mój kąt postrzegania obecnego futbolu. Podejrzewam, że ludzie, którzy mieli okazję oglądać w akcji Maradonę powiedzą to samo o pokoleniu Ronniego i Zizou. I niewykluczone, że będą mieli rację. Ja swojego zdania nie mam jednak zamiaru zmieniać. Piłkarskie czasy, w których się wychowałem to najlepsza epoka w historii futbolu i bardzo ciężko przyznać mi, że właśnie dobiega końca. Taka jest jednak naturalna kolej rzeczy… 

środa, 28 stycznia 2015

Giełda transferowa - made in Poland

                Uff… Przez ostatnie dwa tygodnie nie pisałem. Cóż, zbliżająca się sesja oraz choroba zrobiły swoje. Przez ten czas w świecie futbolu wydarzyło się całkiem sporo. Real zdążył pożegnać się z Copa del Rey po porażce z rywalem zza miedzy – Atletico, Wilfried Bony za grubą kasę przeszedł do niebieskiej części Manchesteru, a Marsylia – w przeciwieństwie do Lyonu – zupełnie wytraciła impet i przestała liderować w Ligue 1. Dziś jednak chciałbym poruszyć temat transferów w polskiej T-Mobile Ekstraklasie. Tak się bowiem dziwnie złożyło, że w obecnym okienku transferowym nie jesteśmy z każdej strony zalewani informacjami o sprowadzaniu do poszczególnych klubów tzw. „piłkarskiego szrotu z zagranicy”. Najwyraźniej kluby zaczynają wyciągać wnioski, co sprawiło, że tej zimy do naszej rodzimej ligi trafiło kilku naprawdę ciekawych zawodników. Miłą odmianą są również transfery przeprowadzane wewnątrz T-Mobile Ekstraklasy. W ostatnich latach były to bardzo rzadko spotykane transakcje, głównie ze względu na stawianie przez kluby zaporowych cen. O najciekawszych – moim zdaniem – ruchach transferowych możecie przeczytać poniżej.

Sebastiana Mili powrót do korzeni

    O transferze Sebastiana Mili do Lechii Gdańsk mówiło się już od dłuższego czasu. Sam zainteresowany wielokrotnie powtarzał zresztą, że to w Gdańsku stawiał swoje pierwsze, piłkarskie kroki, i że to właśnie tam chciałby zakończyć swą piłkarską karierę. Kluby bardzo długo nie mogły się dogadać – Lechia dawała milion złotych, włodarze Śląska oczekiwali kwoty o 50% większej. Ostatecznie – jeśli wierzyć portalowi transfermarkt.pl – cena za reprezentanta Polski zamknęła się w granicach 1,4 mln zł. Sam Mila podpisał natomiast 5,5-letni kontrakt, który po zakończeniu kariery pozwoli mu nadal działać w strukturach klubu. Ze strony Lechii jest to dobry interes. Nie dość, że pozyskują piłkarza o uznanej marce, który ostatnio znajdował się w bardzo wysokiej formie, to trafia do nich człowiek niezwykle mocno identyfikujący się z klubem. Mila nie jest już piłkarzem młodym (w tym roku skończy 33 lata), ale myślę, że przez najbliższe 1,5 sezonu będzie w stanie prezentować w gdańskim klubie wysoki poziom. Na pewno będzie to wzmocnienie Lechii.

Legia się zbroi

    W ostatnich dniach pieniądze na transfery zyskał również mistrz Polski, Legia Warszawa. Głównie za sprawą założenia funduszu inwestycyjnego. Jest to „zabieg” zupełnie innowacyjny na naszym podwórku, natomiast w czołowych ligach Europy bardzo powszechny (Więcej na ten temat można przeczytać TUTAJ). Jeszcze przed założeniem owego funduszu do Warszawy powrócił Dominik Furman. Zawodnik, który dokładnie rok wcześniej trafił do francuskiej Tuluzy ponownie zameldował się przy Łazienkowskiej, aby odbudować swoją formę i wrócić do piłkarskiego świata żywych. Ostatni rok nie był dla „Furmiego” dobry: grał baaaardzo mało, często nie łapał się nawet na ławkę. Teraz wraca do Legii i będzie chciał pokazać, że jednak nie jest tak słabym piłkarzem jak obecnie się o tym mówi. Biorąc pod uwagę jesienną dyspozycję Ivicy Vrdoljaka i Tomasza Jodłowca można śmiało powiedzieć, że nie będzie to zawodnik na pierwszy skład, a jedynie cenne uzupełnienie zespołu.
    Do Warszawy prawdopodobnie trafią też Michał Masłowski (transfer już praktycznie przyklepany) oraz Taye Taiwo (aktualnie przebywa na testach). Masłowski trafi do Legii z Zawiszy Bydgoszcz za około 800 tys. Euro. Można się spierać czy jest to kwota adekwatna do jego umiejętności (wg mnie jednak nie), ale bez wątpienia „Masło” to jeden z lepszych środkowych pomocników w polskiej lidze. Co prawda jego nominalną pozycją jest „10”, gdzie w Legii na tej pozycji są już Rado, Duda i Szwoch. Ale może też zagrać cofniętego pomocnika. Jest to o tyle ważne, że w starciu z potencjalnie słabszymi rywalami Henning Berg będzie mógł nieco odciążyć Ivicę bądź „Jodłę”, dając tym samym szansę Masłowskiemu. Byłby to o tyle ciekawy manewr, że legioniści graliby wtedy jednym, klasycznym defensywnym pomocnikiem, a Michał występowałby na pozycji „8”, kreując grę „Wojskowych”.  Wydaje się również, że jest to transfer przygotowany pod kątem letniego odejścia Ondreja Dudy. Masłowski będzie miał bowiem pół roku na przyswojenie koncepcji trenera Berga, a także aklimatyzację w Warszawie. Wydaje mi się więc, że jeśli tylko będą omijać go kontuzje – może to być dobry transfer działaczy z Łazienkowskiej.
    Na koniec kilka słów o Taye Taiwo. Co prawda są to na razie tylko testy, ale w z pewnością gracza o takim CV w naszej lidze jeszcze nie było. Nigeryjczyk to wielokrotny reprezentant swojego kraju, była gwiazda Olympique Marsylia, zawodnik Milanu czy Dynama Kijów. Bardzo racjonalnie do całej sprawy podchodzi jednak Henning Berg. Szkoleniowiec Legii stwierdził bowiem, iż z pewnością CV Taiwo robi wrażenie, ale liczy się tylko to, co prezentuje w obecnej chwili. Jeśli Nigeryjczyk przypadnie do gustu sztabowi szkoleniowemu, najprawdopodobniej zostanie na pół roku wypożyczony z tureckiego Bursasporu.

W Gdańsku wreszcie z głową

   Ciekawie na rynku transferowym prezentuje się również gdańska Lechia. Po letnim trzęsieniu ziemi, podczas którego do Gdańska trafiło 1358 piłkarzy, zimowe zakupy są już dużo bardziej stonowane. I – co najważniejsze – wydają się naprawdę przemyślane. O zakupie Sebastiana Mili pisałem już wcześniej. Do klubu trafiła też jednak dwójka doświadczonych, bocznych obrońców. Z TSV 1860 Monachium przybył Grzegorz Wojtkowiak, rosyjski Amkar Perm na Lechię zamienił także Jakub Wawrzyniak. Nie są to być może wirtuozi, ale zawodnicy, którzy poniżej pewnego, przyzwoitego poziomu raczej nie schodzą. Ich atutami są też z pewnością doświadczenie (zarówno klubowe, jak i reprezentacyjne), a także wszechstronność. Choć są to nominalni boczni obrońcy, to każdy z nich z powodzeniem może występować również na środku defensywy. Warto dodać, że nawet jeśli ci piłkarze nie będą regularnie grali w pierwszym składzie, to w najgorszym przypadku wywrą odpowiednią presję na teoretycznie podstawowych bocznych obrońcach Lechii, czyli Lekovicu i Możdżeniu. Widać, że działacze z Gdańska wyciągnęli wnioski z letniej kampanii transferowej, gdyż obecna polityka klubu zdaje się mieć ręce i nogi. Póki co dokonano jedynie trzech transferów, ale wszystko są to gracze o uznanej marce, a także sporym doświadczeniu. I co najważniejsze, wzmocnione zostały pozycje, które naprawdę tego wymagały.

Giełda transferowa w pozostałych klubach

    O klubach najbardziej aktywnych na transferowym rynku już wspominałem, teraz przyszedł czas na pozytywne niespodzianki. Bo nie tylko Legia i Lechia mądrze wzmocniły swoje kadry. Dobrym przykładem jest Cracovia, do której trafił wielokrotny reprezentant Słowacji, a wcześniej uznana postać w Bundeslidze – Erik Jendrisek. Słowak ma wszelkie predyspozycje żeby w T-Mobile Ekstraklasie stać się jednym z najlepszych na swojej pozycji. „Pasy” dokonały ciekawego wzmocnienia, ale nie próżnował też ich rywal zza miedzy. Wiśle udało się zakontraktować Bobana Jovica – jednego z najbardziej utalentowanych bocznych obrońców w Słowenii. Co prawda na tę chwilę wydaje się, że zawodnik trafi do Krakowa dopiero w lipcu, po wygaśnięciu jego umowy z dotychczasowym klubem. Jednak po tym jak kontuzję odniósł Łukasz Burliga całkiem prawdopodobne, że działacze z Reymonta postarają się ściągnąć zawodnika już zimą. Warto dodać, że klub zmienił także Michał Janota. Środkowy pomocnik zamienił Kielce na Szczecin i od nowej rundy przywdziewać będzie koszulkę Pogoni. Michał z pewnością jest zawodnikiem o sporym potencjale. Dobry drybling, niekonwencjonalne podanie, niezły strzał. Jego ogromnym problemem jest jednak chimeryczność, zbyt duże wahania formy. Jeśli tylko uda mu się ustabilizować formę i wejść na swój wysoki poziom, to w Szczecinie będą mieli z niego dużo pociechy.
    Tak jak pisałem wcześniej, kluby w T-Mobile Ekstaklasie prowadzą tej zimy naprawdę interesującą politykę transferową. Wygląda na to, że miejsce piłkarskich debili zaczynają zajmować gracze, którzy naprawdę otarli się w przeszłości o poważną piłkę lub tacy, którzy będą mieli szansę się otrzeć. Oczywiście póki co żaden z tych zawodników nie zagrał jeszcze ani minuty w oficjalnym spotkaniu swojego nowego klubu, więc są to tylko czyste spekulacje, a wszystko zweryfikuje zielona murawa. Na papierze wszystko wygląda jednak całkiem optymistycznie i mam nadzieję, że w kolejnych okienkach transferowych ten trend zostanie podtrzymany.


PS. Przed chwilą okazało się, że Taye Taiwo jednak nie podpisze kontraktu z Warszawską Legią. Cóż, moim zdaniem wielka szkoda, że sprawy tak się potoczyły…

czwartek, 15 stycznia 2015

Transferowa Legia

Dawno nie było żadnej wzmianki o moim ukochanym klubie, dlatego też dzisiaj kilka słów o Legii. Przez kilka ostatnich tygodni zawodnicy oraz sztab szkoleniowy zapadli w zimowy sen. Dopiero w poniedziałek na Łazienkowską powrócił trener Henning Berg, a dwa dni po nim reszta sztabu oraz piłkarze, którzy 13. stycznia rozpoczęli przygotowania do rundy wiosennej. Celem drużyny jest oczywiście zdobycie podwójnej korony (obrona tytułu mistrzowskiego oraz odzyskanie krajowego pucharu), a także jak najlepsze zaprezentowanie się na arenie europejskiej. Póki co stołeczni działacze nie są zbyt aktywni na rynku transferowym (choć w grę wchodzi również opcja, iż po prostu załatwiają wszystko „po cichu”), choć za duży sukces można z pewnością uznać przedłużanie kontraktów z czołowymi postaciami klubu. W grudniu nowy kontrakt podpisał Łukasz Broź, a kilka dni temu klub ogłosił, że Henning Berg podpisał umowę wiążącą go z klubem do 2018 roku. Co więcej, lada chwila Guilherme stanie się oficjalnie zawodnikiem stołecznego klubu, podpisując 3-letni kontrakt. W kwestii transferów najwięcej mówi się jednak o Krystianie Bieliku oraz Arkadiuszu Malarzu. Ten pierwszy jest bowiem bardzo bliski przejścia do Arsenalu, natomiast golkiper GKSu Bełchatów ma wzmocnić rywalizację w bramce „Wojskowych”. Dziś parę słów o tym, dlaczego, według mnie, są to dobre posunięcia.

Bielik, czyli sukces warszawskiego scoutingu

            Dziś już prawie pewne wydaje się, że młody pomocnik Legii zasili szeregi The Gunners. Kluby ostatecznie porozumiały się w sprawie transferu, a i sam zawodnik podjął już ostateczną decyzję o odejściu. Oficjalnie mówi się o kwocie około 3 milionów funtów (wliczając w to wszelkiego rodzaju bonusy). Moim zdaniem jest to majstersztyk działaczy z Łazienkowskiej i wyśmienita okazja na to, aby sprzedać Bielika. Legia pozyskała Krystiana pół roku temu, a koszt jaki w związku z tym poniosła to około 100 tys. Euro (ekwiwalent za wyszkolenie). Przez ten czas młody zawodnik zagrał jedynie w kilku meczach „Wojskowych” i tak naprawdę nie miał wielu okazji do zaprezentowania swoich umiejętności. Myślę, że nawet najwięksi optymiści nie spodziewali się, iż po utalentowanego 17-latka po kilku miesiącach zapuka sam Arsene Wenger i zaproponuje 30-krotne przebicie sumy, za którą Legia pozyskała Bielika. Myślę, że żaden z polskich klubów nie byłby w stanie odrzucić takiej oferty, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że i sam zawodnik jest nastawiony na wyjazd.
            I tym właśnie sposobem płynnie przeszliśmy do samego zainteresowanego. Wydaje mi się bowiem, że ten transfer jest bardzo korzystny dla Legii, ale jeszcze bardziej dla Krystiana Bielika. Pomijam już najbardziej oczywistą kwestią, iż akademia Arsenalu jest jedną z najlepszych na świecie i z pewnością nauczy się tam dużo więcej niż zostając w Warszawie. Sęk w tym, że Bielik jest zawodnikiem bardzo, ale to bardzo młodym, w styczniu skończył ledwie 17 lat. Będzie miał więc jeszcze dużo czasu, by skorygować ewentualne błędy. Nawet zakładając najbardziej pesymistyczny obrót spraw, w którym nie przebija się w Arsenalu oraz nie sprawdza się na wypożyczeniach, wracając po kilku latach do rodzimej ligi. Nawet jeśli będzie miał wtedy 20-21 lat, to wciąż będzie zawodnikiem na tyle młodym, by zrobić w piłce niemałą karierę. A oferta z takiego klubu jak Arsenal nie pojawia się co pół roku, więc grzechem byłoby z niej nie skorzystać.

Malarz, czyli rutyna ponad młodością


            Od kilkunastu dni chodzą również słuchy, że bardzo blisko transferu na Łazienkowską jest Arkadiusz Malarz. Doświadczony golkiper, broniący do tej pory barw GKSu Bełchatów miałby trafić do Legii kosztem Konrada Jałochy, który zostałby wypożyczony, aby nabrać doświadczenia. Wielu ludzi mocno krytykuje ten transfer, moim zdaniem jest to jednak całkiem rozsądne rozwiązanie. Prawda jest bowiem taka, że w obecnej chwili ani wspomniany Jałocha, ani Łukasz Budziłek nie wywierają najmniejszej presji na Dusanie Kuciaku. Słowak jest absolutnym numerem 1 w bramce „Wojskowych” i zdaje sobie sprawę, że nie ma praktycznie żadnej konkurencji. A sytuacja, w której bramkarz czuje się zbyt pewnie nie jest dobra, co pokazały jesienne występy Dusana na ligowych boiskach. Bez wątpienia Jałocha oraz Budziłek mają potencjał, by zostać w przyszłości dobrymi bramkarzami. Sęk w tym, że do tego potrzeba im regularnej gry, sam trening nie pozwoli na ciągłe podnoszenie sobie poprzeczki. Dlatego też przyjście Malarza wydaje mi się tak dobrym rozwiązaniem. Bramkarz ten jest bowiem „w gazie”, ma za sobą naprawdę udaną rundę i z pewnością będzie mocno naciskał na pozycję Dusana. Jałocha natomiast w tym roku skończy 24 lata. Nie jest to już zatem żaden młodzieniaszek, ale pamiętajmy, że bramkarze zwykle są w stanie grać na dobrym poziomie o wiele dłużej niż zawodnicy z pola. Można więc powiedzieć, że Konrad – jak na bramkarza – jest jeszcze stosunkowo młody. Jeśli teraz zacząłby regularnie grać w którymś z ekstraklasowych klubów, to przez ten rok nie tylko podniesie swoje umiejętności, ale także nabierze niezbędnego doświadczenia. I – o ile na wypożyczeniu będzie grał regularnie i dobrze się spisywał – będzie mógł podjąć realną rywalizację o miejsce w bramce Legii. Mówiąc krótko, moim zdaniem taka krótkoterminowa wymiana bramkarzy ma praktycznie same plusy. 

czwartek, 8 stycznia 2015

Poldi w Interze? Dla mnie bomba!

           


            Styczeń to z punktu widzenia piłkarskiego fana niezbyt ciekawy miesiąc. Większość lig zapada wtedy w zimowy sen, grają nieliczni. Niespecjalnie jest o czym pisać, gdyż najważniejszymi obecnie sprawami jest „kryzys” Realu Madryt (abstrahując od tego, że używanie tego słowa po dwóch porażkach jest niedorzeczne) oraz wielkie sprzątanie w gabinetach dyrektorskich na Camp Nou. Jest jednak jeden aspekt, który sprawia, iż nie jest to dla futbolu miesiąc stracony. Transfery. Wraz z nowym rokiem otwiera się bowiem zimowe okienko transferowe, a kluby przez cały miesiąc mogą pozyskiwać oraz sprzedawać zawodników. Media prześcigają się w wymyślaniu coraz to nowych plotek dotyczących ruchów na transferowym rynku. Ja jednak chciałbym odnieść się do pewnego dokonanego już transferu, do którego wielu ekspertów nie ma przekonania. W przeciwieństwie do zdecydowanej większości uważam bowiem, iż transfer Łukasza Podolskiego do Interu Mediolan może okazać się „strzałem w dziesiątkę”. Dlaczego? Składa się na to kilka aspektów…

Niewielkie ryzyko

            Portal transfermarkt.pl podaje, że Podolski został wypożyczony do Interu na okres sześciu miesięcy, a opłata za ten transfer wyniosła klub ze stolicy Lombardii 600 tys. Euro. I choć obecnie Mediolańczycy nie wydają już na zawodników takich pieniędzy jak jeszcze kilka lat temu, to wciąż jest to dla nich bardzo niewielka kwota. W zamian otrzymali zaś bardzo dobrego zawodnika, który dodatkowo jest w najlepszym wieku swojej piłkarskiej kariery. „Poldi” ma bowiem dopiero 29 lat, więc przy dobrym prowadzeniu jest w stanie grać na wysokim poziomie jeszcze przynajmniej przez 5 lat. Oczywiście jeśli Podolski przekona do siebie trenera Manciniego to Inter będzie musiał głębiej sięgnąć do portfela, aby sprowadzić Niemca na stałe. Nieoficjalnie mówi się o kwocie 8-10 milionów Euro, co jak na zawodnika tej klasy wydaje się ceną promocyjną. Sęk jednak w tym, że wypożyczenie Łukasza nie jest obarczone praktycznie żadnym ryzykiem. Jeśli zawodnik wypożyczony z Arsenalu sprawdzi się w Interze to Mediolańczycy będą mogli wykupić go po bardzo atrakcyjnej cenie. Jeśli jednak Niemiec okazałby się transferowym niewypałem to latem wróci na Emirates Stadium, a Inter poniesie jedynie koszty wypożyczenia, czyli wspomniane wcześniej 600 tys. Euro.

Klasa piłkarska Poldiego

            Płynnie przeszliśmy zatem do punktu drugiego, czyli umiejętności czysto piłkarskich. Wspomniałem wcześniej, że gdyby Łukasz nie sprawdził się w Mediolanie to po sezonie wróciłby do Arsenalu. Wydaje mi się to jednak bardzo mało prawdopodobne. Wiele osób zapomina bowiem, iż to już nie ten sam Inter co kilka lat temu. Czasy Sneijdera, Milito czy Zlatana minęły bezpowrotnie. W tej chwili mediolańczycy nie mają w swoich szeregach wielu zawodników, którzy potrafiliby sami rozstrzygnąć mecz. A moim zdaniem Łukasz jest właśnie takim zawodnikiem. Dodatkowo sam zawodnik z pewnością będzie wyjątkowo zmotywowany, chcąc pokazać ludziom z Emirates Stadium, że za wcześnie został skreślony. Warto również wspomnieć o tym, że jeśli tylko Podolski dostawał szansę od Arsene’a Wengera to najczęściej ją wykorzystywał, o czym świadczą chociażby 3 bramki zdobyte w tegorocznej edycji Ligi Mistrzów. Mam wielką nadzieję, że w przyszłym sezonie nowy nabytek Interu będzie miał okazję strzelać bramki w tych elitarnych rozgrywkach dla mediolańskiego klubu.

Bodziec dla innych zawodników

            Ostatni, ale bardzo ważny aspekt. W ostatnich latach Inter przyzwyczaił swoich kibiców do sprowadzania tabunów do bólu przeciętnych piłkarzy. Wystarczy wspomnieć takich zawodników jak chociażby Matias Ezequiel Schelotto, Ishak Belfodil, Gabi Mudingayi, Alvaro Pereira czy Tommaso Rocchi. Raz na jakiś czas mediolańskim działaczom udawało się przeprowadzić transfer młodego, perspektywicznego zawodnika, jak Mateo Kovacic czy Mauro Icardi, ale generalnie – umówmy się – szału nie było. Wypożyczenia Podolskiego wydaje się być swoistym przełomem w tej kwestii. Do klubu przyszedł bowiem zawodnik z wyrobionym nazwiskiem, o uznanej marce, ale wciąż na tyle młody żeby stać się wiodącą postacią tego zespołu. I jego osoba może sprawić, że do niebieskiej części Mediolanu coraz częściej zaczną trafiać zawodnicy o takim profilu. Zresztą coraz więcej mówi się o sprowadzeniu do Interu Xherdana Shaqiriego z Bayernu Monachium oraz Paulinho z Tottenhamu. Oczywiście do realizacji tych transferów jeszcze daleka droga, ale źródła bliskie tym klubom potwierdzają, iż Inter faktycznie stara się o wyżej wymienionych zawodników. To pokazuje, że działacze Interu – wraz z trenerem Roberto Mancinim – dobrze odrobili pracę domową. A wcześniejsze pozyskanie Podolskiego może im jedynie pomóc w sprowadzeniu kolejnych graczy o uznanej marce.
           
           


wtorek, 30 grudnia 2014

Na zawsze Phenomeno!

                
           Koniec roku. W świecie sportu (i nie tylko) jest to doskonały czas na różnego rodzaju podsumowania, przypominanie najważniejszych wydarzeń mijającego roku. Jest też jednak druga strona medalu – swoista „posucha” w futbolu. Myślę, że wszyscy piłkarscy fanatycy doskonale wiedzą, o co mi chodzi. Jest to bowiem okres, w którym wszystkie ligi europejskie (poza angielską Premier League) mają świąteczno-noworoczną przerwę. Jedni do gry wracają wcześniej (Primera Division – 3. stycznia), inni później (Bundesliga – 31. stycznia), ale nie zmienia to faktu, że większość zawodników i trenerów w tym okresie regeneruje się po meczowym maratonie. I choć nie ma się co dziwić – w końcu piłkarze to też ludzie, którzy chcą spędzić ten szczególny czas z najbliższymi – to mimo wszystko człowiek czuje taką wewnętrzną pustkę wywołaną brakiem futbolu. I choć w tym miejscu nie mogę napisać o pięknych bramkach, spektakularnych paradach bramkarskich czy brutalnych faulach, postaram się przedstawić piłkę nożną w trochę innym wydaniu. Zapewne obiło wam się kiedyś o uszy nazwisko (a właściwie imię) Ronaldo. Brazylijczyk był bowiem jednym z najlepszych – a dla mnie bezsprzecznie najlepszym – zawodnikiem w historii futbolu. Ronaldo Luis Nazario da Lima, bo tak brzmi jego pełne imię i nazwisko, w swojej najlepszej formie był gościem z zupełnie innej planety. Mógłbym w tym momencie zacząć wyliczać wszystkie przydomki oddające jego klasę i wirtuozerię, ale myślę, że lepiej zrobi to ERIC CANTONA. Popularny Phenomeno z pewnością jest osobą znaną na całym świecie, ale jego życie skrywa naprawdę dużo ciekawostek, o których przeciętny kibic piłkarski nie ma bladego pojęcia. I ja postaram się przytoczyć najciekawsze z nich. Uprzedzam od razu wszelkie pytania typu „A dlaczego akurat Ronaldo?”. Jedno słowo: IDOL.

Powtórnie urodzony

            Pierwsza ciekawostka dotycząca brazylijskiego geniusza dotyczy jego daty urodzenia. Według wszelkich oficjalnych danych Ronaldo przyszedł na świat 22. września 1976 roku w Rio de Janeiro. Mało kto wie jednak, że tak naprawdę przyszły gwiazdor futbolu urodził się 4 dni wcześniej – 18. września. Cała sytuacja wzięła się z tego, iż w latach 70-tych XX wieku w Brazylii panował przepis, według którego rodzice mają obowiązek zarejestrować swoje nowonarodzone dziecko. Sęk w tym, że taka rejestracja wiązała się z kosztem w wysokości 10 $. Rodzina państwa Nazario żyła jednak na granicy ubóstwa, toteż potrzebną kwotę udało się uzbierać dopiero po czterech dniach. Ojciec Ronaldo, Nelio, zarejestrował wtedy swego syna, ale w obawie przed karą za zwłokę powiedział, iż urodził się on 22. września. Od tamtej pory Ronaldo obchodzi urodziny dwa razy w roku.

Szaman prawdę Ci powie

            Pewnym jest, że piłka nożna była naturalnym przeznaczeniem Brazylijczyka. Świadczy o tym m.in. historia, która wydarzyła się, kiedy Ronaldo nie było jeszcze na świecie. Do domu państwa Nazario zapukał człowiek, który podawał się za jasnowidza.  Sonia – matka Ronaldo – zaprosiła go do środka i poprosiła o wróżbę. W odpowiedzi usłyszała, że jej trzecie dziecko będzie chłopcem posiadającym niewiarygodne umiejętności, które pomogą całej rodzinie uciec ze slumsów na zawsze. Sonia tak wspomina jego słowa: „Pewnego dnia Twój syn odmieni Twoje życie i uczyni Cię bardzo bogatą”. Po latach okazało się, iż tajemniczy szaman nie pomylił się w żadnym calu. Ronaldo posiadł niewiarygodne umiejętności, które pozwoliły jego rodzinie na zawsze uciec ze slumsów. Sonia wspominała jednak po latach, że była przeciwna grze syna w piłkę, a przepowiednię jasnowidza odebrała jako zapowiedź, iż jej syn znajdzie dobrze płatną pracę, chociażby jako lekarz. Mówiła: „Nie chciałam żeby Ronaldo grał w piłkę. Próbowałam go powstrzymywać, ale to była jego wielka pasja. Nie mogłam pogodzić się z tym, że mój syn myślał tylko o futbolu. Jaka przyszłość mogła go czekać? Kiedy zaczęłam coraz częściej widywać go grającego w pelada (podwórkowa odmiana piłki nożnej), w czasie gdy powinien być w szkole, wiedziałam, że przegrałam moją walkę”. Czas pokazał jednak, że związek z futbolem zapewnił Ronaldo oraz jego rodzinie świetlaną przyszłość.

Oblane testy

            Bez wątpienia pierwszą piłkarską miłością Ronniego było Flamengo. Klub z jego rodzinnego miasta – Rio de Janeiro – to jedna z najbardziej utytułowanych brazylijskich drużyn. I choć po latach R9 przywdziewał koszulkę ich największego rywala – Corinthians – to jego uczucia względem Flamengo się nie zmieniły. Po latach Brazylijczyk wspominał, że to dzięki ojcu pokochał ten klub. Nelio zabrał kiedyś syna na derby Rio, czyli mecz pomiędzy Flamego a Vasco da Gama, który odbywał się na słynnej Maracanie. Od tego momentu zaczęła się obsesja małego Ronaldo na punkcie całego klubu oraz jego największej gwiazdy – Zico, który był wtedy uznawany za jednego z najlepszych piłkarzy na świecie. I chociaż w dorosłą piłkę Il Phenomeno wkraczał w barwach Cruzeiro Belo Horizonte to niewiele brakowało żeby uczynił to w koszulce swego ukochanego klubu. Mając bowiem 13 lat Ronaldo pojechał na testy do Flamengo. Przeszedł je pozytywnie, wpadł w oko trenerowi i była szansa, że zostanie tam na stałe. Przeszkodą nie do przejścia okazały się – jak zwykle – finanse. Rodzinny dom państwa Nazario był położony o kilkanaście kilometrów od stadionu Flamengo, co wiązało się z kosztami dojeżdżania na treningi. Rodzice wysłali do klubu pismo z prośbą o sfinansowanie dojazdów syna do klubu, ale otrzymali odpowiedź odmowną. Sam Ronaldo – co nie powinno dziwić – był zrozpaczony. Na domiar złego podczas drogi powrotnej napadło na niego dwóch starszych chłopaków, którzy pobili młodego Ronaldo, a także ukradli mu zegarek o wartości 20 $. Brazylijczyk nie załamał się jednak i niedługo później trafił do lokalnego klubu Sao Cristovao, z którego ruszył w świat wielkiej piłki.

Świat jest mały

            Słowa zawarte w tytule są w tym przypadku jak najbardziej trafne. Jak bowiem powszechnie wiadomo, pierwszą dziewczyną, z którą Ronaldo spotykał się „na poważnie” była Suzana Werner – obecnie brazylijska modelka oraz aktorka, o rok młodsza od Phenomeno. Para spotykała się w latach 1997-1999, a Suzana została nawet uznana za Miss France ’98, czyli najpiękniejszą kibickę „wychwyconą” na trybunach podczas francuskiego mundialu. Ostatecznie jednak związek Ronaldo i Suzany rozpadł się pod koniec 1999 roku. Nie było by w tym nic wartego wspomnienia gdyby nie fakt, że obecnie Suzana Werner jest żoną... reprezentacyjnego kolegi Ronaldo – Julio Cesara. Były bramkarz mediolańskiego Interu oraz brazylijska gwiazdka pobrali się w 2002 roku, para ma również dwójkę dzieci: Cauet oraz Giulia.

Il hamburgero


            „Il Hamburgero”, „Il Gordo” (czyli po prostu „grubas”) – to tylko niektóre pseudonimy, których Ronaldo doczekał się w późniejszej fazie swojej kariery. Nie będzie oczywiście żadnym zaskoczeniem jeśli napiszę, że wszystkie te przydomki wzięły się z nadmiernej wagi Brazylijczyka. Nie wszyscy zdają sobie jednak sprawę, że problemy z wagą Ronniego w dużej mierze miały podłoże zdrowotne. Brazylijski gwiazdor od lat cierpi bowiem na niedoczynność tarczycy. Pisząc w dużym uproszczeniu, jest to zaburzenie, w którym tarczyca produkuje za mało hormonów w stosunku do potrzeb organizmu. Choroba ta objawia się najczęściej poprzez zmęczenie, zaburzenia pamięci oraz przyrost masy ciała. Uściślijmy: Ronaldo na pewno nie był wzorem profesjonalizmu. Powszechnie znana była bowiem jego słabość do hamburgerów, a także innych potraw typu Fast food. Jak każdy Brazylijczyk lubił się również zabawić. Faktem niezaprzeczalnym pozostaje jednak, że przy niedoczynności tarczycy utrzymanie prawidłowej wagi jest bardzo trudne, nawet przy obciążeniach fizycznych występujących w przypadku profesjonalnego piłkarza. Pokazuje to zresztą sytuacja Ronniego po zakończeniu kariery, kiedy to w bardzo krótkim czasie piłkarz „zyskał” dodatkowe kilkanaście kilogramów. Niepodważalne jest także to, że nawet pomimo niesportowego trybu życia Ronaldo był jednym z najlepszych piłkarzy w historii futbolu. A na pewno najbardziej utalentowanym. 

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Grudzień, czyli czas podsumowań

Okres przedświąteczny to czas, w którym piłka schodzi na dalszy plan. Wszystkie poważne ligi – nie licząc angielskiej Premiership – zapadają w zimowy sen. Najszybciej, bo już 3. stycznia rozgrywki wznawia Primera Division. Kilka dni później na boiska powrócą przedstawiciele Serie A, natomiast zawodnicy w Niemczech wznowią rozgrywki dopiero ostatniego dnia stycznia. Koniec grudnia to także czas, w którym większość lig znajduje się dokładnie na półmetku, co stwarza okazję do różnego rodzaju podsumowań pierwszej części sezonu. Ja postanowiłem spojrzeć na sprawę trochę z innej perspektywy i wybrać największe pozytywne niespodzianki oraz największe rozczarowania rundy jesiennej w najlepszych ligach europejskich – Premier League, Primera Division, Bundeslidze, Serie A oraz Ligue 1. Od razu zaznaczę, że jest to mój subiektywny wybór, który dotyczy najbardziej spektakularnych „zjazdów” oraz największych progresów. Z tego też względu nie brałem pod uwagę m.in. mojego ukochanego Interu. Nerazzurri oczywiście mocno w tym sezonie zawodzą – zajmując w lidze dopiero 11. lokatę – ale proces „rozkładu” tej drużyny trwa już od kilku ładnych lat i dla każdego kibica śledzącego ligę włoską nie jest to wielkie zaskoczenie. Ale żeby już nie przedłużać…

Do Kloppa z taką Borussią

Żadna niespodzianka, niekwestionowany lider rankingu. Podopieczni Jurgena Kloppa zaliczyli najbardziej spektakularny „zjazd” w ciągu kilkunastu ostatnich lat. Pomimo straty Roberta Lewandowskiego klub z Zagłębia Ruhry wydał na transfery naprawdę wielkie pieniądze i wydawało się, że drużyna wciąż będzie na tyle silna, aby zagrozić monachijskiemu hegemonowi w walce o tytuł mistrzowski. Rzeczywistość okazała się jednak niezwykle brutalna. Blisko 50 milionów Euro wydanych na transfery w większości okazało się nietrafionymi inwestycjami. Immobile nie strzela bramek, Adrian Ramos w ogóle rzadko pojawia się na boisku, a Kagawa w żadnym stopniu nie przypomina zawodnika, który czarował kibiców na Westfallen przed odejściem do Manchersteru United. Jest jeszcze Matthias Ginter, ale jest to raczej melodia przyszłości i zawodnik, który szykowany jest na następcę Hummelsa, a nie jego partnera na środku defensywy. Może dziwnie to zabrzmi, ale wygląda mi na to, że działacze Borussii mają problem z nadmiarem gotówki przeznaczonej na transfery. Jak pewnie niektórzy pamiętają, kiedy Jurgen Klopp obejmował stery w BVB, Borussia była klubem biednym, z bardzo ograniczonym budżetem. Jej filozofia polegała na sprowadzaniu młodych, utalentowanych zawodników, którzy z czasem mieli rozwijać się pod okiem młodego, inteligentnego szkoleniowca, jakim bez wątpienia jest Klopp. I faktycznie, transfery Kagawy, Bendera, Lewandowskiego czy Hummelsa pokazały, że jest to filozofia bardzo trafna i – co ważniejsze – bardzo opłacalna z ekonomicznego punktu widzenia. W pewnym momencie została ona jednak zachwiana. Zaczęto sprowadzać – za coraz większe pieniądze – zawodników, którzy takich pieniędzy zwyczajnie nie byli warci. Bo jak logicznie wytłumaczyć zapłacenie 27 milionów Euro za Mchitarjana, który zagra dwa dobre mecze w sezonie? Z zawodników sprowadzonych przez klub w ciągu ostatnich dwóch lat „jako-tako” sprawdziło się dwóch: Sokratis oraz Aubameyang. Może warto więc powrócić do korzeni i ponownie postawić na kadrę opartą na młodych, perspektywicznych zawodnikach?

Brendan zatoczył koło

Jeszcze kilka miesięcy temu Brendan Rodgers w czerwonej części Merseyside był noszony na rękach. Drużyna pod jego wodzą grała fenomenalną piłkę, zbierając za to zasłużone słowa pochwały. „The Reds” ostatecznie przegrali wyścig o mistrzostwo z londyńską Chelsea, co z pewnością wpłynęło na decyzję Luisa Suareza odnośnie transferu do Barcelony. Celowo na samym początku wspomniałem jednak o szkoleniowcu drużyny z Liverpool’u, gdyż niedawno została „odkopana”  jego wypowiedź sprzed kilkunastu miesięcy. Irlandczyk odniósł się w niej do sytuacji Tottenhamu, który po sprzedaży Garetha Bale’a wydał na transfery około stu milionów Euro, by ostatecznie zakończyć rozgrywki w sezonie 13/14 na szóstej lokacie. Menedżer „The Reds” stwierdził, że gdyby mógł wydać na transfery tak wielką kwotę to z pewnością do końca biłby się o mistrzostwo kraju. Życie pokazało jednak młodemu szkoleniowcowi jak bardzo się mylił. Sprzedaż Luisa Suareza oraz dobra kondycja finansowa klubu sprawiły, że latem na Anfield sprowadzono graczy za łączną sumę ponad 150 milionów Euro. Zawodnicy tacy jak Adam Lallana, Dejan Lovren, Lazar Markovic, Emre Can czy – przede wszystkim – Mario Balotelli mieli sprawić, że fani z czerwonej części Liverpool’u doczekają się wreszcie kolejnego tytułu mistrzowskiego dla swojej ukochanej drużyny. Fakty są jednak takie, że po 17 kolejkach podopieczni Rodgersa okupują dopiero 10. lokatę i bliżej niż do mistrzostwa jest im do strefy spadkowej. Część sympatyków oraz dziennikarzy zaczyna domagać się już zwolnienia Irlandczyka, wydaje mi się jednak, że jest na to zdecydowanie za wcześnie. Rodgers to naprawdę zdolny szkoleniowiec, który po prostu wygłupił się tą wypowiedzią o rywalu z White Hart Lane. Uważam, że w obecnej chwili ma już jednak świadomość, iż „poukładanie klocków” z tak wieloma nowymi elementami wymaga czasu. A ten gra na jego korzyść. Ważnym aspektem jest również nieobecność największej gwiazdy „The Reds” – Daniela Sturridge’a. Według mnie z każdym miesiącem powinno być już tylko lepiej i niewykluczone, że w przyszłym sezonie ponownie zobaczymy Liverpool w europejskich pucharach.

Olimpijska forma Marsylii i Lyonu

Mamy za sobą największe rozczarowania, pora zatem na największe niespodzianki „In plus”. Traf chciał, że obie te drużyny grają w tej samej lidze i noszą tę samą nazwę. Olympique Marsylia i Olympique Lyon – bo oczywiście o nich mowa – zbierają w tej chwili owoce polityki transferowej, obranej jakiś czas temu. Warto zauważyć, że są to projekty dość podobne.
Zacznijmy od Marsylczyków. Nie ma najmniejszych wątpliwości, że najlepszym transferem klubu z Lazurowego Wybrzeża było… sprowadzenie nowego szkoleniowca. Marcelo Bielsa po raz kolejny udowadnia, że jest trenerskim geniuszem. W kilka miesięcy odmienił OM nie do poznania, zmieniając przeciętną do bólu drużynę w jednego z głównych kandydatów do zdobycia mistrzostwa Francji. Warto jednak zauważyć, że – jak wspomniałem wcześniej – Marsylczycy zbierają obecnie owoce swojej polityki transferowej. W zeszłym roku klub postanowił wdrożyć w życie plan, który polega na sprowadzaniu najzdolniejszych francuskich piłkarzy młodego pokolenia, których rzecz jasna będzie można w przyszłości sprzedać. I to z dużym zyskiem. Zeszłego lata do klubu trafili więc najzdolniejsi, młodzi Francuzi: Gianelli Imbula, Florian Thauvin, Benjamin Mendy czy Mario Lemina. I chociaż w minionym sezonie żaden z tych zawodników nie pokazał niczego nadzwyczajnego, to w bieżących rozgrywkach – pod wodzą chilijskiego trenera – wreszcie zaczęli prezentować pełnię swoich możliwości. A gdy dodamy do tego takich piłkarzy jak Mandanda, N’koulou, Payet, Gignac, Andre Ayew czy sprowadzony latem Batshuayi to otrzymujemy naprawdę fenomenalną drużynę, która ma szansę powalczyć z Paris Saint Germain o tytuł mistrzowski. Jedynym problemem w przypadku OM wydaje się być krótka ławka rezerwowych, dlatego też bardzo ważne będzie to, jak Marsylczycy rozegrają zimowe okno transferowe.
Jeszcze bardziej ekonomiczny projekt realizują Olimpijczycy z Lyonu. Oni również postawili na piłkarzy młodego pokolenia, ale nie sprowadzają ich z całej Francji, tylko „produkują” zawodników we własnej akademii. W obecnej chwili Olympique Lyon to drużyna, która w zdecydowanej większości składa się z wychowanków akademii, którzy nie skończyli jeszcze 23 lat. I – jak widać – system ten sprawdza się wyjątkowo dobrze. Lyończykom nie przeszkodził nawet fakt, iż przez większą część obecnego sezonu nie mogli liczyć na Clement Grenier’a, czyli największą gwiazdę zespołu. Pod jego nieobecność filarem drużyny stał się Alexandre Lacazette. Napastnik „Les Gones” w bieżących rozgrywkach już 17 razy pokonywał bramkarzy rywali i wydaje się, że najpóźniej latem odejdzie do któregoś z wielkich europejskich klubów. Jeśli podopieczni Huberta Fournier’a nadal będą grać w takim stylu, a dodatkowo wyleczy się Clement Grenier to Lyon może być sprawcą jednej z większych niespodzianek ostatnich lat w lidze francuskiej.

Jak widać projekty Marsylii i Lyonu – choć opierają się na kształtowaniu młodych zawodników  - to jednak nieco się od siebie różnią. W obu przypadkach efekt jest jednak wspaniały, gdyż obie te drużyny na półmetku sezonu wyprzedzają w tabeli finansowego potentata z Paryża. Drużyna z Lazurowego Wybrzeża w 19 meczach zgromadziła 41 punktów, Lyon uzbierał o dwa „oczka” mniej. Po raz kolejny potwierdza się zatem stara piłkarska prawda, według której pieniądze nie grają…