piątek, 12 grudnia 2014

Legia - inna niż rok temu

                Jakość. Chyba właśnie tym słowem najłatwiej opisać dotychczasowe występy Legii Warszawa w europejskich pucharach w bieżącym sezonie. Jakość i diametralna zmiana. Rok temu stołeczni – jeszcze pod wodzą Jana Urbana – byli prawdziwym pośmiewiskiem europejskich salonów, przegrywając pięć kolejnych spotkań w fazie grupowej Ligi Europy, w dodatku nie strzelając w nich żadnej bramki. Minął ledwie rok i sytuacja odwróciła się o 180 stopni. Czy zatrudnienie Henninga Berga naprawdę mogło przynieść aż tak wielką zmianę?
            Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że największy wpływ na obecne wyniki Legii w Europie ma przygotowanie mentalne. Oczywiście norweskiemu szkoleniowcowi w żaden sposób nie można odmówić znakomitego warsztatu trenerskiego oraz znajomości nowinek taktycznych, ale do tego jeszcze dojdziemy. „Clue” tej sprawy jest takie, iż w tegorocznej edycji ligi europejskiej legioniści – nawet nie grając pięknie dla oka – potrafią wygrywać spotkania. Tak było chociażby w wyjazdowym starciu z Trabzonsporem czy chociażby w Kijowie, gdzie podopieczni trenera Berga pokonali 1-0 Metalist Charków. Rzecz jasna można mówić, że Legia miała w tamtych meczach szczęście, że rywale nie należą do europejskiej czołówki, tylko co to tak naprawdę zmienia? Sęk w tym, że stołeczni piłkarze posiedli umiejętność, która charakteryzuje naprawdę wielkie drużyny. Umiejętność „zabicia” meczu w odpowiednim momencie, nawet w sytuacji, gdy poszczególni zawodnicy nie prezentują danego dnia poziomu, do którego przyzwyczaili. Rzecz jasna daleko mi do stwierdzenia, że Legia jest już wielkim, europejskim zespołem, ale niezaprzeczalny wydaje się fakt, że drużyna jest bardzo mocna psychicznie, a w dodatku nabrała swoistego „wyrachowania”. Najlepiej widać to na przykładzie zeszłorocznych „dokonań” ówczesnej drużyny Jana Urbana. Były mecze, w których legioniści prezentowali się naprawdę przyzwoicie, nie odstając w znaczący sposób od rywali. Ale właśnie – dziwnym trafem wszystkie te mecze przegrywali. Brakowało tej „iskry”, wiary we własne umiejętności oraz w to, że każdego można pokonać. Brakował czegoś, co w obecnej chwili posiada drużyna Henninga Berga.
            Wyraziłem już swoje zdanie na temat roli norweskiego szkoleniowca w przygotowaniu mentalnym piłkarzy. Nie sposób jednak nie docenić jego zasług w czysto „boiskowych” sprawach. Od przyjścia Berga, po raz pierwszy od naprawdę długiego czasu widzę, że ta drużyna ma swój wypracowany styl. Za czasów Macieja Skorży legioniści potrafili wyjść na domowe spotkanie z beniaminkiem z trzema defensywnymi pomocnikami w środku pola, a po strzeleniu gola na 1-0 bronić się na 30. metrze przed własną bramką. Za Jana Urbana również spora część zwycięstw była „wymęczona”, opierała się nie na ciekawym pomyśle na grę, ale na indywidualnych umiejętnościach poszczególnych zawodników. W obecnej chwili naprawdę widoczny jest pomysł trenera na tę drużynę. Każdy z zawodników znajdujących się na placu wie, co ma robić, jak się zachowywać, jak poruszać się po boisku. Nie ma już sytuacji, w których środkowi pomocnicy z uporem maniaka dogrywają piłki do skrzydłowych, a Ci – „z braku laku” – wrzucają piłkę w pole karne licząc, że osamotniony napastnik jakimś cudem zdoła oddać strzał. Obecna drużyna gra naprawdę pomysłowo, panuje duża wymienność pozycji. Berg zaszczepił również w swoich zawodnikach gen gry kombinacyjnej. Ci piłkarze nie boją się zagrać w sposób niekonwencjonalny, lubią podejmować ryzyko, które często się opłaca. Jasne, oponenci Norwega mogą powiedzieć, że jego poprzednicy nie mieli do dyspozycji takich nazwisk jak Ondrej Duda czy Orlando Sa, ale warto zauważyć, że to w dużej mierze dzięki Bergowi ci zawodnicy rozwinęli skrzydła.
            Skoro już wspomniałem o Ondreju i Orlando, pora skupić się na ostatnim, bardzo ważnym czynniku – transferach. W tej sytuacji bardziej niż trenera Berga zachwalać należy szefa warszawskiego scoutingu – Michała Żewłakowa. Zimą – krótko po zmianie szkoleniowca – do Legii trafiło również trzech nowych zawodników. I choć początkowo nie wszystko na to wskazywało, to po blisko roku można stwierdzić, iż każdy z tych transferów okazał się poważnym wzmocnieniem zespołu. Największą gwiazdą okazał się oczywiście Ondrej Duda. 20-letni Słowak ma niesamowity talent, w dodatku rozwija się bardzo harmonijnie. A co najważniejsze Ondrej jest bardzo ułożonym człowiekiem, który twardo stąpa po ziemi i wie, że jeszcze wiele pracy przed nim. Taka postawa może zaprowadzić go do któregoś z czołowych europejskich klubów, a już teraz można stwierdzić, że wykupienie jego karty od Koszyc było majstersztykiem działaczy z Łazienkowskiej. Przeciwieństwem Dudy jest Orlando Sa – nieco rozkapryszony, niepokorny, ale – co najważniejsze – zabójczo skuteczny napastnik. Można mieć do niego pretensje o zbytni egoizm na boisku, ale fakty są takie, że w tym sezonie w ekstraklasie Portugalczyk strzela średnio co 77 minut, będąc w tej klasyfikacji absolutnie bezkonkurencyjnym. I choć nie dostaje od trenera tylu szans ilu pewnie by oczekiwał, zdążył w tym sezonie już 9 razy trafić do siatki na polskich boiskach. A jego ciągły rozwój pod okiem Henninga Berga sprawi moim zdaniem, iż tych szans Orlando będzie dostawał coraz więcej. Ostatnim sprowadzonym zimą zawodnikiem był Guillerhme. Brazylijczyk zagrał wiosną ledwie dwa mecze, po czym na kilka miesięcy wypadł ze składu z powodu kontuzji. Wrócił dopiero na wyjazdowy mecz z Metalistem Charków i od razu pokazał, jaki potencjał w nim drzemie. Pomimo, iż nie gra na swojej nominalnej pozycji, prezentuje się naprawdę bardzo dobrze. Cechuje go ogromna waleczność i wola walki, a do tego świetna technika i liczne ofensywne wejścia, tak przecież pożądane u bocznych obrońców. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że Tomasz Brzyski – po powrocie po kontuzji – może już nie odzyskać miejsca w pierwszej jedenastce. Oczywiście letnie transfery na razie nie wyglądają imponująco, ale z ich oceną powinniśmy wstrzymać się jeszcze przynajmniej do lata. Po kilku miesiącach Orlando i Gui również nie byli uznawani za dobre transfery, a dziś mało kto wyobraża sobie pierwszą jedenastkę „Wojskowych” bez tych zawodników.

            Podsumowując, wydaje mi się, iż przyszłość klubu z Łazienkowskiej zdecydowanie rysuje się w jasnych barwach. Bardzo dobra – jak na polskie warunki – drużyna, w dodatku bardzo silna mentalnie, do tego trener z wizją oraz mądra polityka transferowa. Rzecz jasna dużo zależy jeszcze od tego, kogo Gianni Infantino przydzieli warszawskiej drużynie w poniedziałkowym losowaniu 1/16 finału ligi europejskiej. Ale już teraz można powiedzieć,  że – poza nielicznymi wyjątkami – powinien być to rywal w zasięgu Legii. I wydaje mi się, że przy odrobinie szczęścia może być to przygoda, którą polscy kibice będą wspominać jeszcze przez lata. Czego sobie i wszystkim kibicom życzę!

wtorek, 1 lipca 2014

O transferach słów kilka...

                Mundialowa gorączka trwa w najlepsze. Codziennie jesteśmy świadkami pięknych, sportowych widowisk. Jest to zdecydowanie najbardziej ekscytujący mundial, który miałem okazję oglądać na żywo (a kilka już ich było). Piękne bramki, jak choćby sobotnia bramka Rodrigueza przeciwko Urugwajowi, fenomenalne interwencje bramkarzy, w których "specjalizują się" przede wszystkim Ochoa oraz Navas. I mnóstwo niespodzianek. Przede wszystkim tych pozytywnych, jak rewelacyjna Kostaryka, czy też niesamowicie ambitni Algierczycy, którzy jak równy z równym mierzyli się z jednym z faworytów do końcowego triumfu – Niemcami. Było też jednak kilka wielkich rozczarowań – na pierwszy plan wysuwają się oczywiście reprezentacje Hiszpanii, Włoch czy Anglii, ale wielkim zawodem była również postawa drużyn afrykańskich, spośród których jedynie Algieria oraz Nigeria wyszły z grupy.
                No właśnie, mistrzostwa świata w Brazylii wchodzą powoli w decydującą fazę, co sprawia, że jest to temat numer jeden na wszystkich portalach sportowych, a także w gazetach. Ja jednak postanowiłem wyłamać się z panującego kanonu, więc dzisiejszy tekst poświęcony będzie polskiej piłce. A konkretnie temu, co wywołuje największą ekscytację wśród kibiców – transferom. Wziąłem pod lupę dwie drużyny: aktualnego mistrza Polski – zespół Legii Warszawa – oraz jedną z większych rewelacji poprzedniego sezonu, czyli gdańską Lechię. Wydaje mi się bowiem, że już teraz można powiedzieć, że są to najwięksi wygrani letniego okna transferowego (choć tak na dobrą sprawę dopiero dzisiaj się ono otwiera). Przede wszystkim oba kluby większość ruchów transferowych wykonały jeszcze przed rozpoczęciem przygotowań do sezonu, co jest niezwykle dużym komfortem dla szkoleniowców, którzy będą mieli czas dopasować nowych graczy do swoich taktyk. Choć tak naprawdę nie da się jeszcze ocenić, czy ruchy transferowe obu klubów okażą się tak udane, jak wyglądają na papierze, postanowiłem trochę „powróżyć z fusów” i przedstawić krótką analizę.
                Na początku bieżącego roku w mediach zawrzało – Lechia Gdańsk ma nowego właściciela! I to nie byle jakiego. Majątek Franza Jozefa Wernze, który wykupił pakiet większościowy klubu, szacowany jest na 900 milionów Euro. Zimą włodarze gdańskiego klubu nie „szaleli” na rynku transferowym, ale transfery Vranjesa, Makuszewskiego czy Sadajewa okazały się bardzo udane. Prawdziwą ofensywę transferową Lechia przeprowadziła dopiero latem. Do klubu przyszli kolejno: Danijel Aleksic (bez klubu, wcześniej m.in. Genoa), Ariel Borysiuk (Wołga), Adam Buksa (Novara), Diogo Ribeiro (Braga B), Adam Dźwigała (Jagiellonia), Adłan Kacajew (Łucz-Energija Władywostok), Daniel Łukasik (Legia), Dariusz Trela (Piast) oraz Bartłomiej Pawłowski (Widzew). Robi wrażenie, prawda? W dodatku rzekomo prowadzone są rozmowy z kilkoma zawodnikami rezerw słynnej Benfici Lizbona, którzy mieliby trafić do Lechii na zasadzie wypożyczenia. Klub wykupił także kartę Macieja Makuszewskiego, a także przedłużył o rok wypożyczenie Zaura Sadajewa.  Na papierze – w skali polskiej ligi – te wzmocnienia naprawdę mogą się podobać, bez dwóch zdań. Dwóch stosunkowo młodych, a już doświadczonych środkowych pomocników (Borysiuk i Łukasik), bardzo dobre skrzydła (Makuszewski i Pawłowski), do tego solidny bramkarz (Trela) oraz młodzi zawodnicy, w przyszłości mający szansę stać się ważnymi postaciami w drużynie trenera Joaquim’a Machado (Buksa oraz Dźwigała). Mam tylko jedną wątpliwość. Otóż, moim zdaniem nie da się przebudować całej drużyny w zaledwie jedno okno transferowe. Nowe nabytki potrzebują zwykle trochę czasu. Przede wszystkim na aklimatyzację, ale także na poznanie filozofii szkoleniowca, dopasowanie się do taktyki drużyny, wypracowanie schematów. Jasne, jedni adaptują się szybciej, inni wolniej, ale wydaje mi się, że przy tak dużej liczbie nowych piłkarzy Lechia była w stanie „odpalić” już na początku sezonu. Tak, czy inaczej wydają się być pewniakiem do gry w grupie mistrzowskiej, możliwe, że przy odrobinie szczęścia powalczą o puchary. Moim zdaniem to jednak wszystko, na co będzie ich stać w nadchodzącym sezonie. Jeśli jednak za rok utrzymają trzon zespołu, a do tego wzmocnią się 2-3 klasowymi graczami, to będą w stanie rywalizować z Legią o tytuł mistrzowski.
                No właśnie, Legia. Zewsząd słychać głosy, że mistrzowie Polski ściągają do siebie tzw. „szrot”, czyli graczy, którzy w najmniejszym stopniu nie pasują poziomem do drużyny chcącej grać w elitarnej Lidze Mistrzów. Sęk jednak w tym, że sam prezes warszawskiego klubu – Bogusław Leśnodorski – zapowiadał, że celem na ten sezon jest awans do fazy grupowej Ligi Europejskiej, a Liga Mistrzów to cel, który klub będzie chciał zrealizować w przeciągu najbliższych 2-3 lat. Nie oznacza to oczywiście, że Legia w tym sezonie zrobi wszystko, aby do LM nie awansować. Nie, przy odrobinie szczęścia może się to udać, ale klub jest budowany z myślą o obronie mistrzowskiego tytułu, a także godnym reprezentowaniu Polski w Lidze Europejskiej. Przeanalizujmy więc poszczególne transfery. Do klubu trafili kolejno:
1)      Łukasz Budziłek z GKS Katowice – bezsprzecznie najlepszy bramkarz 1. Ligi w ubiegłym sezonie. Jak     na bramkarza wciąż bardzo młody (23 lata). Pod okiem Krzysztofa Dowhania jest w stanie zrobić ogromne postępy, by w przyszłości zastąpić Dusana Kuciaka między słupkami.
2)      Mateusz Szwoch z Arki Gdynia – jeden z najlepszych zawodników 1. Ligi minionego sezonu, a do tego jeden z najbardziej perspektywicznych. Mateusz pomimo młodego wieku (21 lat) wielokrotnie pokazywał, że na boisku nie ma kompleksów, nie boi się gry. Jeśli dodamy do tego bardzo dobrą technikę użytkową oraz niezły strzał z dystansu – mamy materiał na klasowego ofensywnego pomocnika.
3)      Ronan z Fluminense – młody, 19-letni Brazylijczyk trafił na Łazienkowską jako konkurencja dla Tomasza Brzyskiego. Póki co ciężko cokolwiek o nim powiedzieć, ale brazylijskie media informują, że jego głównymi atutami są: świetna technika, ogromna wydolność, a także umiejętność gry jeden na jeden. Gorzej co prawda jest z grą obronną, ale Ronan jest na tyle młodym zawodnikiem, że te braki można jeszcze nadrobić. Warto też dodać, że swego czasu interesowała się nim londyńska Chelsea. Ostatecznie z transferu nic nie wyszło, ale już samo zainteresowanie świadczy o wychowanku Fluminense nad wyraz dobrze. Jeśli po sezonie Legia zdecyduje się go wykupić, może okazać się znaczącym wzmocnieniem.
4)      Arkadiusz Piech z Zagłębia Lubin – transfer 29-letniego wychowanka Polonii Świdnica wywołał niemałe kontrowersje. Ale patrząc na chłodno, jest to transfer naprawdę przemyślany. Pomimo gry w najsłabszej drużynie ekstraklasy zeszłego sezonu, Piech potrafił zdobyć w niej 14 bramek (9 w lidze, 5 w pucharze Polski). Zawodnik przyszedł do Legii za sumę ok. 250 tys. Euro, nie jest to więc astronomiczna cena. Wydaje się, że wobec niemal pewnego odejścia Wladimera Dwaliszwilego transfer Piecha jest jak najbardziej na miejscu. Tym bardziej, że były napastnik Zagłębia to typ „boiskowego pracusia”, niezwykle dynamicznego, walczącego o każdą piłkę. A ktoś taki może się przydać w grze o europejskie puchary, gdzie Legia będzie miała możliwość gry z kontrataku.
5)      Igor Lewczuk z Zawiszy Bydgoszcz – Wychowanek Hetmana Białystok trafił na Łazienkowską za kwotę 200 tys. Euro. Igor miał za sobą bardzo udany sezon w barwach bydgoskiego Zawiszy, będąc jednym z najlepszych prawych obrońców w ekstraklasie. Jego dobra forma nie umknęła też uwadze selekcjonerowi kadry narodowej, Adamowi Nawałce, który powołał Lewczuka na czerwcowe spotkania towarzyskie. Wydaje się, że głównym powodem sprowadzenia tego zawodnika – poza dobrą formą z zeszłego sezonu – była jego uniwersalność. Lewczuk to bowiem nominalnie prawy obrońca, do Legii sprowadzono go jako alternatywa dla stoperów – Jakuba Rzeźniczaka, Dossy Juniora oraz Inakiego Astiza – a w sytuacji awaryjnej może też zagrać na lewej stronie obrony lub na pozycji defensywnego pomocnika.

       Podsumowując, na papierze transfery obu klubów wydają się naprawdę przemyślane. Wzmocniono pozycję, które tego wymagały, większość transferów przeprowadzono za rozsądne pieniądze. Legia wzmocniła się zawodnikami, którzy prawdopodobnie wydatnie pomogą w walce o obronę krajowego trofeum oraz takich, którzy będą mieli szansę zabłysnąć w przyszłości. Lechia przypuściła prawdziwą ofensywę transferową, która w najbliższym sezonie może nie przyniesie jeszcze wymiernych efektów, ale przy odpowiedniej kontynuacji może doprowadzić do zbudowania najsilniejszej Lechii w historii. W teorii więc do transferów obu klubów nie można się przyczepić. A jak będzie w praktyce? Czas pokaże.

sobota, 14 czerwca 2014

O mundialu sprzed 60 lat...

                MUNDIAL. Jedno słowo, tysiące emocji. Czas, kiedy możemy oglądać fantastyczne bramki, zachwycać się fenomenalnymi interwencjami bramkarzy, podziwiać pomysłowość ludzi zasiadających na trybunach, a także – niestety – czuć zażenowanie po kolejnych sędziowskich gafach. Tak, mistrzostwa świata w piłce nożnej Brasil 2014 ruszyły pełną parą… Jednak nie o bieżących wydarzeniach mam dziś zamiar pisać. Jak wszyscy zapewne doskonale już wiedzą, największym beneficjentem pierwszych dwóch dni turnieju są Holendrzy, którzy rozbili w pył aktualnych mistrzów świata – Hiszpanów. Drużyna Oranje zagrała nie tylko pięknie dla oka, ale i bardzo skutecznie, co z miejsca stawia ich w roli mocnego kandydata do medalu. Klamrą spinającą wczorajsze spotkanie pomiędzy Hiszpanią a Holandią oraz to, o czym będzie traktował ten tekst jest właśnie piękna gra. Otóż, równe 60 lat temu – w 1954r. – widzowie mieli okazję oglądać jedną z najlepszych drużyn w historii futbolu.
                WĘGRY. Aktualnie co najwyżej europejski średniak. Kraj, który ostatni raz na wielkim turnieju zagrał blisko 30 lat temu, w 1986 roku w Meksyku. Dzisiaj na dźwięk tego słowa żadnemu z poważnych zawodników nie zadrżą łydki. Ale w okresie powojennym, na przełomie lat 40. i 50. było zupełnie inaczej. „Madziarzy” doczekali się wówczas piłkarskiego pokolenia, które zdarza się raz na kilkaset lat. Narodziny „złotej drużyny” miały miejsce w 1952 roku, podczas Igrzysk Olimpijskich w Helsinkach. Węgrzy wygrali wówczas wszystkie pięć spotkań, które przyszło im rozgrywać. Strzelili w nich 20 bramek, tracąc zaledwie 2. Prawdziwy popis dali w ćwierćfinale – pokonując Turków 7:1 – a następnie w półfinale, kiedy to rozbili Szwedów 6:0.
                Swoją dominację Węgrzy chcieli potwierdzić dwa lata później, na mundialu w Szwajcarii. Mając w składzie takich zawodników jak József Bozsik, Ferenc Puskas, czy fenomenalny Sandor Kocsis z miejsca stali się głównym faworytem do zdobycia Złotej Nike. W fazie grupowej los przydzielił im reprezentacje RFN, Turcji oraz Korei Południowej. W swoim pierwszym spotkaniu „Madziarzy” rozbili Koreę Południową aż 9:0, a kilka dni później „przejechali się” po  Niemcach 8:3! Siedem spośród tych bramek zdobył Kocsis, trzy dołożył Puskas. W ćwierćfinale przyszło im zmierzyć się z ekipą „Canarinhos”, który bez trudu ograli 4:2. Dopiero w półfinale trafili na godnego siebie rywala, kiedy to po dogrywce (po dwóch golach Kocsisa) pokonali – również w stosunku 4:2 – Urugwaj. W finale los ponownie zetknął ich z drużyną RFN, która zdążyli już upokorzyć podczas spotkań grupowych. I przez pierwszych kilka minut wydawało się, że finał będzie miał identyczny przebieg. Węgrzy błyskawicznie wyszli na dwubramkowe prowadzenie po golach Puskasa oraz Czibora. Potem jednak stała się rzecz niewytłumaczalna. Jedna drużyna nagle przestała grać w piłkę, drugiej natomiast wszystko zaczęło wychodzić. Niemcy straty odrobili jeszcze przed przerwą, a w drugiej części strzelili zwycięskiego gola, zdobywając tym samym trofeum. Tyleż niespodziewanie, co zasłużenie. Węgrom na pocieszenie został jedynie tytuł króla strzelców dla Sandora Kocsisa (11 bramek).
                Jak się okazało, był to schyłek jednej z najwspanialszych drużyn w historii futbolu. Podczas następnych Igrzysk Olimpijskich – w 1956 roku w Melbourne – węgierscy piłkarze już nie wystąpili. Za punkt kulminacyjny uważa się Powstanie Węgierskie (właśnie w 1956 roku), z powodu którego wielu świetnych zawodników – na czele z Puskasem, Kocsisem i Cziborem – wyemigrowało do Hiszpanii. Puskas został zawodnikiem Realu Madryt, Kocsis i Czibor grali w Barcelonie. Rzecz jasna w tamtych czasach Węgry znajdowały się za tzw. „Żelazną Kurtyną”, emigracja oznaczała zatem dożywotni zakaz gry w reprezentacji narodowej. Z biegiem lat reprezentacja Węgier stawała się coraz słabsza i nigdy już nie powróciła do dawnej świetności.

                W kolejnych latach futbol rozwijał się bardzo dynamicznie, na mistrzostwach świata pojawiały się kolejne drużyny grające niezwykle widowiskowo – jak choćby Brazylia w 1970r. albo Rinus Michels oraz jego „futbol totalny”. W ostatnich latach pojawiła się także „La Furia Roja” – Hiszpania ze swoją słynną tiki-taką. Zaryzykuję jednak tezę, że żadna z tych drużyn – umiejętnościami ani widowiskowością – nie dorównywała legendarnej ekipie „Madziarów”, prowadzonej przez Gustava Szebesa. Kto wie, może wreszcie, po tylu latach, podczas tegorocznego mundialu objawi nam się drużyna pokroju Puskasa, Kocsisa i spółki?

wtorek, 10 czerwca 2014

Pieniądz okiełznał "Nieposkromione Lwy"?

                Po bardzo długim czasie postanowiłem reaktywować mojego bloga i ponownie zacząć pisać… Dlaczego wracam do pisania? Choć w zasadzie lepsze będzie pytanie: dlaczego przestałem pisać? Otóż złożyło się na to wiele czynników. Przede wszystkim długa kontuzja, która wyeliminowała mnie z treningów na długi czas, przez co nie mogłem opisywać swoich biegowych zmagań. Brak weny? Możliwe. Mało interesujący czas w świecie futbolu? Niewykluczone. Najważniejsze jednak, że znów postanowiłem pisać i tym razem mam zamiar ruszyć z kopyta! Mam nadzieję, że ktokolwiek będzie tu zaglądał J
                Kilka dni temu natknąłem się na informację, która wywarła na mnie kolosalne wrażenie. Jak co dzień przeglądałem Internet w poszukiwaniu tekstów wartych zainteresowania, kiedy to na jednej ze stron dosłownie powalił mnie ogromny tytuł, który brzmiał: „Reprezentacja Kamerunu nie pojechała na mundial”. Jak zwykle w tego typu sytuacjach, spór rozchodzi się o pieniądze. Władze kameruńskiej federacji proponują zawodnikom po 70 tys. Euro premii na głowę, zawodnicy oczekują stawki w wysokości… 180 tys. Euro! Głównym argumentem piłkarzy „Nieposkromionych Lwów” jest fakt, iż każda federacja za udział w mundialu otrzyma około 6 mln Euro, więc działacze mają z czego płacić. I choć ostatecznie Samuel Eto’o i jego koledzy zameldowali się na brazylijskiej ziemi, ja chciałbym odnieść się krótko do zaistniałej sytuacji.
                W mojej opinii nie do pomyślenia jest, aby o tym, czy drużyna zaprezentuje swój kraj na mundialu decydowała wysokość premii. Niewykluczone, że mam do tego staromodne, trochę idealistyczne podejście, ale według mnie reprezentowanie kraju, z którego się pochodzi jest największą nagrodą. Świadomość, że spośród kilkudziesięciu milionów ludzi znajdujesz się pośród dwudziestu trzech, tych najlepiej grających w piłkę. Ciarki, które przechodzą po plecach, kiedy słuchasz hymnu narodowego oraz świadomość, ile radości możesz dać ludziom w swojej ojczyźnie powinna być ważniejsza niż kilkadziesiąt tysięcy więcej na koncie bankowym. Tym bardziej, że nie mówimy tutaj o zwykłej grupie ludzi. Nie, tutaj chodzi o piłkarzy, którzy w zdecydowanej większości grają w bardzo dobrych, europejskich klubach (względnie – klubach azjatyckich, gdzie zarabiają bajońskie sumy) i ostatnią rzeczą, o której powinni w takiej sytuacji myśleć jest stan konta.
                Warto również zwrócić uwagę na aspekt czysto piłkarski. Otóż, takie przepychanki pomiędzy związkiem a piłkarzami na pewno nie wpływają korzystnie na formę oraz morale tych drugich. Podopieczni Volkera Finke – zamiast przygotowywać się do jednego z najważniejszych wydarzeń w ich sportowych karierach – kłócą się z działaczami o wysokość premii. Niełatwo jest odciąć się od tego na boisku, więc większość z nich nie zaprząta sobie głowy jak najlepszym reprezentowaniem Kamerunu na mundialu, ale ilością zer na rachunku bankowym. I choć pierwotnie szanse „Nieposkromionych Lwów” na wyjście z grupy, w której znajdują się jeszcze Brazylia, Chorwacja oraz Meksyk oceniano relatywnie wysoko, to po tych wszystkich kłótniach o pieniądze mam wrażenie, że prawdopodobieństwo, iż zobaczymy Kamerun w fazie pucharowej są bliskie zeru.
                Sytuacja przypomina mi trochę tę sprzed Euro 2012, kiedy to reprezentanci Polski – na czele z Jakubem Błaszczykowskim – „boksowali się” ze związkiem o wielkość tzw. „wyjściówek”, a także o ilość darmowych biletów na poszczególne mecze. Ostatecznie znaleziono kompromis, choć niesmak pozostał. A nie muszę chyba przypominać, jakie rezultaty osiągała nasza reprezentacja na tamtym turnieju. Z Samuelem Eto’o i jego kolegami może być podobnie…

PS. Ostatecznie reprezentanci Kamerunu postanowili polecieć do Brazylii, co jednak nie zmienia mojej opinii na ich temat.  

czwartek, 22 sierpnia 2013

Steaua-Legia, czyli nie taki diabeł straszny...

    Wczoraj odbyła się pierwsza połowa dwumeczu pomiędzy Steauą Bukareszt i warszawską Legią, którego stawką jest awans do fazy grupowej Ligi Mistrzów (a przy okazji pokaźny zastrzyk gotówki). Legioniści, remisując na wyjeździe 1-1 uzyskali satysfakcjonujący wynik i wydaje się, że mając w perspektywie rewanż na własnym boisku są delikatnym faworytem do awansu. W zasadzie mecz ten został już przez wszystkich rozłożony na czynniki pierwsze (pierwsza połowa - dramat, druga - lepiej), dlatego też nie mam zamiaru po raz kolejny tego opisywać. Chciałbym natomiast skupić się na czynnikach, które mogą być decydujące podczas rewanżu na Łazienkowskiej.
    Przede wszystkim legioniści nie mogą, podobnie jak w kilku ostatnich pucharowych potyczkach, "przespać" pierwszych minut spotkania. Jeśli w Warszawie Rumuni zdobędą szybko gola, to o awans będzie naprawdę bardzo trudno. Goście będą mogli skupić się wówczas na obronie wyniku, a kontry w wykonaniu świetnych skrzydłowych: Popy oraz Tanase, mogą okazać się gwoździem do legijnej trumny.
    Kolejnym aspektem jest agresywna i ostra gra, na pograniczu faulu. "Wojskowi" powinni zagrać tak, jak w pierwszej części prezentowali się piłkarze Steauy, którzy momentalnie doskakiwali do legionistów, uniemożliwiając im tym samym swobodne rozegranie piłki, co skutkowało notorycznym wybijaniem futbolówki "na oślep". Jeśli zespół z Łazienkowskiej w rewanżu zagra w ten sposób, gryząc trawę, to jego szanse na awans na pewno delikatnie wzrosną. To jest zresztą ten aspekt, którego zabrakło w pierwszej części spotkania w Bukareszcie. Dodajmy, aspekt kluczowy!
    Warto również podkreślić, że w rewanżu na Łazienkowskiej legioniści nie mogą wyjść z przeświadczeniem, że do awansu do upragnionej Ligi Mistrzów wystarcza im remis. W poprzedniej rundzie, w spotkaniu rewanżowym z norweskim Molde, taktyka ta okazała się skuteczna, co nie oznacza, że sprawdzi się również w najbliższym spotkaniu. Bo, co by nie mówić, Steaua to jednak zespół o klasę lepszy od mistrzów Norwegii. Te dwie drużyny różnią się przede wszystkim tym, iż w Molde gra ofensywna opierała się na jednym zawodniku, którym był Daniel Chima Chukwu. W ekipie z Bukaresztu takich zawodników jest przynajmniej kilku. Każdy z ofensywnych piłkarzy: napastnik, środkowi pomocnicy, czy też skrzydłowi mają wysokie umiejętności i spuszczenie ich z oka, choćby na sekundę, może skończyć się utratą gola. A to, jak już wspomniałem wcześniej, może oznaczać koniec marzeń o fazie grupowej LM.
    I ostatni, chyba najważniejszy czynnik. Kibice! Decyzja UEFY o zamknięciu "Żylety" była już przez wszystkich szeroko komentowana, dlatego opiszę ją tylko jednym słowem: żenada. Jeśli jednak w siedzibie europejskiej federacji piłkarskiej pójdą po rozum do głowy i swoją decyzję cofną, to legioniści w rewanżu zyskają potężną (jeśli nie najpotężniejszą) broń. Nie od dziś bowiem wiadomo, że kibice Legii należą do ścisłej europejskiej czołówki, co zresztą zgodnie potwierdzają nawet rumuńskie media. Jeśli więc "dwunasty zawodnik" będzie obecny na meczu, Rumuni wyjdą na boisko zestresowani jak nigdy dotąd. A to stworzy Legii możliwość szybkiego zdobycia bramki i ustawienia całego meczu.
    Podsumowując, wymieniłem cztery, wg mnie najważniejsze czynniki, które powinny pomóc (lub przeszkodzić) Legii w awansie do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Takich aspektów jest oczywiście o wiele, wiele więcej, np. dyspozycja dnia, wyjściowa jedenastka, czy losowy podmuch wiatru. Jednak te wymienione przeze mnie uważam za kluczowe. I mam wielką nadzieję, że wszystko potoczy się po myśli mojego ukochanego klubu i po 17 latach ujrzymy wreszcie polski klub w Lidze Mistrzów. Do boju Legio!

wtorek, 16 lipca 2013

Dawno mnie tu nie było...

                II bieg Morskie Oko miał być dla mnie jedynie kolejnym etapem przygotowań do biegu Powstania Warszawskiego, na który od kilku tygodni szlifuję formę. Nie oznaczało to jednak, że z uśmiechem na ustach przetruchtam cały dystans, który wynosił 5 km. Co to, to nie. Celem było pobiegnięcie całej trasy w trzecim zakresie (tzw. wytrzymałość tempowa), czyli tempem ok. 4:00/km, co w rezultacie dałoby mi czas zbliżony do 20 minut.
                Rano standardowe procedury, czyli wczesna pobudka, lekkie śniadanie, sznurowanie butów… i w drogę! Dwa autobusy, 40 minut drogi i byłem na miejscu. Na jeden z autobusów oczywiście się spóźniłem, przez co nie zdążyłem przeprowadzić tak intensywnej rozgrzewki, jak planowałem. Wcześniej musiałem również odstać swoje w kolejce do depozytu. Już wtedy wiedziałem, że tego dnia złamanie bariery 20 minut będzie graniczyło z cudem. Trasa była bowiem pełna stromych podbiegów, a do tego bardzo wąską, co utrudniało wyprzedzanie rywali. Do tego we znaki dawały mi się bolące, ciężkie nogi, co było skutkiem wyczerpujących treningów przez dwa ostatnie dni.
                Punktualnie o 12:00, niczym w amerykańskim westernie, starter dał sygnał i można było biec. Rzecz jasna przed startem nie udało mi się „dopchnąć” do pierwszych rzędów biegaczy i, tak jak przypuszczałem, drogo za to zapłaciłem. Pierwsze kilka minut biegłem klasycznymi „zrywami”, czyli głównie ślimacze tempo, przeplatane sprintami w miejscach, gdzie dało się wyprzedzać. Dopiero po ok. 2 kilometrach zaczęło się robić luźniej, gdyż Ci słabsi odpadali na długim, stromym podbiegu. Koniec pierwszej pętli (były przewidziane dwie) prowadził już zdecydowanie z górki, i to właśnie tam chciałem nadrobić czas, stracony w pierwszym fragmencie. Na półmetku wynosił on bowiem 10:53, co jasno dało mi do zrozumienia, że wynik poniżej 20 minut zrobię innym razem. Tym bardziej, że ciężkie nogi coraz bardziej dawały mi się we znaki. Drugą pętlę biegło się już zdecydowanie lepiej, gdyż nie trzeba było już wyprzedzać najwolniejszych i można było biec swoim tempem. Problem w tym, iż… pokonał mnie podbieg. To tam straciłem kilkadziesiąt kolejnych sekund, gdyż mięśnie łydek, a także dwu- oraz czworogłowe ewidentnie odmawiały już posłuszeństwa. W wyniku tego musiałem zwolnić tempo biegu, co z pewnością przełożyło się na końcowy wynik. Na zbiegach było już jednak lepiej, a na ostatniej prostej zostało mi jeszcze trochę pary na stumetrowy sprint, aż do linii mety. Ostatecznie ukończyłem bieg z czasem 21:39. Niby życiówka, a radości nie było. Co najwyżej rozczarowanie…
                Na koniec jeszcze kilka słów odnośnie samego biegu i jego organizacji. Trasa była bardzo fajna, urozmaicona licznymi podbiegami i zbiegami. Ale owe podbiegi czyniły ją naprawdę trudną, a co za tym idzie, ciężko było bić na niej rekordy życiowe. Była również bardzo wąska, przez co na samym początku trudno było wyprzedzić kogokolwiek. A jak już wspomniałem wcześniej, wystartowałem pod koniec stawki, dlatego też przez początkowe dwa kilometry musiałem cierpliwie przebijać się przez tych, którzy biegli na czas w granicach 30 minut. Na oko, straciłem przez to ponad minutę. Kolejnym kamyczkiem, wrzuconym do ogródka organizatorów jest fakt, iż faktycznie linia mety była kilkanaście metrów za napisem „META”, i to w dodatku za zakrętem. I przyznam szczerze, nie widziałem nikogo, kto przed dobiegnięciem do „właściwej linii mety” nie zatrzymał się najpierw kilkanaście metrów wcześniej. Tu straciłem kolejne kilka sekund.

                Podsumowując, bieg całkiem sympatyczny, ciekawa trasa i słaby rezultat. Tym razem zrzucę to jednak na karb ciężkich treningów J A już za dwa tygodnie bieg Powstania Warszawskiego, na dystansie 10 km. Tam już żadnej wymówki nie będzie, a zamierzony cel po prostu MUSZĘ zrealizować. Trzymajcie kciuki! J






Ja oraz mój podopieczny :)

poniedziałek, 13 maja 2013

Przed meczem sezonu w T-Mobile Ekstraklasie

     Mecz, który wydaje się być decydujący w walce o mistrzostwo Polski, zbliża się wielkimi krokami. Już w najbliższą sobotę o godzinie 13:30 jedenastki Legii Warszawa i Lecha Poznań wybiegną na murawę stadionu im. Wojska Polskiego, by zmierzyć się ze sobą w spotkaniu 27. kolejki piłkarskiej T-Mobile Ekstraklasy. Jakby nie patrzeć, gospodarzy w tym spotkaniu "urządza" nawet remis, poznaniacy natomiast za wszelką cenę muszą zwyciężyć. Wygrana legionistów sprawi, iż losy tytułu będą już praktycznie rozstrzygnięte. Nikt w Warszawie nie wyobraża sobie bowiem, by podopieczni Jana Urbana byliby w stanie roztrwonić 5-punktową przewagę (w zasadzie przewaga będzie wynosiła 6 punktów, bowiem w przypadku wygranej Legia będzie miała również lepszy bilans bezpośrednich spotkań z Lechem) w zaledwie trzy kolejki. Przed tego typu szlagierami dosyć popularne ostatnio stało się porównywanie sił obu zespołów "na papierze". W skrócie, porównuje się zawodników grających na tych samych pozycjach, a lepszemu z nich przyznaje się punkt. Drużyna, która tych punktów zdobędzie więcej, wygrywa to "papierowe starcie". Ja również postanowiłem pobawić się w porównanie obu drużyn. Oto moja analiza...
      Bramkarze: Dusan Kuciak vs Krzysztof Kotorowski
Gdyby nie fakt, że kontuzjowany jest podstawowy bramkarz Lecha, Jasmin Buric, pewnie miałbym duży problem ze wskazaniem tego, który prezentuje wyższy poziom. Jednak Bośniak z pewnością przeciwko Legii nie zagra, a Kotorowski, choć to solidny golkiper, prezentuje jednak poziom o dwie klasy niższy od słowackiego bramkarza gospodarzy. Przewaga Legii.
      Prawi obrońcy: Bartosz Bereszyński vs Kebba Ceesay
Największy smaczek tego spotkania. W Legii wystąpi bowiem Bartek Bereszyński, który jeszcze jesienią reprezentował barwy "Kolejorza". Pół żartem, pół serio można stwierdzić, iż "Bereś" jest jedynym zawodnikiem, który bez względu na rozstrzygnięcia w końcówce sezonu zostanie mistrzem Polski. Co do poziomu zawodników, obaj bardzo dobrze prezentują się w ofensywie, trochę gorzej radząc sobie przy tym w obronie. Delikatny plus po stronie zawodnika "Wojskowych", który w poczynaniach defensywnych radzi sobie nieco lepiej od Gambijczyka. Umiejętności jednak bardzo zbliżone. Remis.
       Środkowi obrońcy: Artur Jędrzejczyk i Tomasz Jodłowiec vs Marcin Kamiński i Hubert Wołąkiewicz
Bez wątpienia są to dwie, najlepsze pary stoperów w T-Mobile Ekstraklasie. Michał Żewłakow powiedział niedawno o "Jędzy", iż ten na boku obrony jest bardzo dobry, ale jako stoper może być wybitny. I oglądając ostatnie poczynania Artura nie sposób się z tym nie zgodzić. Na uwagę zasługuje również fakt, że coraz pewniej w Legii zaczyna się czuć Tomasz Jodłowiec. W Białymstoku zawodnik ten zdobył swoją pierwszą bramkę w barwach stołecznego klubu, a i jego gra obronna może napawać optymizmem. Jeśli chodzi o Lecha, to pewnym odkryciem tej rundy jest Kamiński. Zawodnik, który na jesieni był pośmiewiskiem całej ekstraklasy pokazuje wiosną, że jednak potrafi grać w piłkę. Na plus fakt, że zaczął również strzelać bramki. Wołąkiewicz natomiast z pewnością nie jest wirtuozem, aczkolwiek poniżej pewnego poziomu również schodzi bardzo rzadko. Ot, solidny ligowiec. Wydaje się jednak, że dwójka stoperów Legii minimalnie wygrywa to starcie. Remis ze wskazaniem na Legię.
        Lewi obrońcy: Jakub Wawrzyniak vs Luis Henriquez
Piłkarski poziom obu zawodników wydaje się być mocno zbliżony. Przewaga Wawrzyniaka polega jednak na tym, że potrafi grać twardo, ale nie brutalnie. Panamczyk natomiast tej granicy nie potrafi odróżnić, przez co od czasu do czasu zdarzają mu się chamskie wejścia. Nietrudno go również sprowokować, co w takim meczu może okazać się kluczowe. Zarówno Wawrzyniak, jak i Henriquez lubią grać ofensywnie, zdarzają im się natomiast "obcinki" obronie. Na tę chwilę wydaje mi się, że w nieco lepszej formie jest jednak Wawrzyniak. Przewaga Legii.
         Defensywni pomocnicy: Ivica Vrdoljak vs Rafał Murawski
Zarówno jeden, jak i drugi prezentują ostatnio naprawdę wysoką formę. Murawski wreszcie zaczyna przypominać zawodnika sprzed wyjazdu do Rubina Kazań, a Vrdoljak za wszelką cenę próbuje udowodnić, że zasługuje na nowy kontrakt. I jak na razie mu się to udaje. Wadą Chorwata jest to, iż w przeciwieństwie do "Murasia", jest pomocnikiem typowo defensywnym. Charakteryzuje go odbiór piłki, a następnie oddanie jej do najbliższego kolegi. Zawodnik Lecha jest bardziej wszechstronny, potrafi rozegrać do przodu, a także popisać się prostopadłą piłką, otwierającą kolegom drogę do bramki. Przewaga Lecha.
         Defensywni pomocnicy: Daniel Łukasik vs Łukasz Trałka
O Łukasiku w tym sezonie powiedziano już chyba wszystko. I niewiele się pomylę, jeśli powiem, iż jest to jedno z odkryć tego sezonu. Świetny odbiór, niezły przerzut, a także umiejętność rozegrania piłki do przodu (co jednak do tej pory czyni zbyt rzadko). Daniel nie boi się wziąć na siebie ciężaru gry, dzięki czemu w przyszłości może nawet stanowić o sile naszej kadry. Trałka natomiast ostatnimi czasy prezentuje się lepiej, niż choćby jesienią, ale to wciąż nie jest ten poziom, do którego nas przyzwyczaił, grając chociażby w barwach Polonii. Przewaga Legii.
         Ofensywni pomocnicy: Vladimer Dvalishvili vs Kasper Hamalainen
Dwaj, kompletnie różni zawodnicy. Gruzin to typowy napastnik, który sprawdza się jednak również na pozycji tego "fałszywego". Charakteryzuje go ogromna dynamika, instynkt strzelecki, a także niesamowita siła. Hamalainen natomiast to typowa '10'. Ofensywny pomocnik, który potrafi rozegrać, rzucić prostopadłą piłkę, od czasu do czasu huknąć z dystansu, jak choćby w spotkaniu z Zagłębiem Lubin. Jego problemem w Lechu jest duża chimeryczność. Potrafi poprowadzić zespół do zwycięstwa, by trzy dni później zagrać kompletne dno. Choć są to dwaj, zupełnie różni zawodnicy, to dają swoim drużynom podobną jakość. Ale, tak jak pisałem, Hamalainen jest zbyt chimeryczny, więc mój wybór pada na Dvalishvilego. Przewaga Legii.
         Prawi skrzydłowi: Jakub Kosecki vs Gergo Lovrencics
Sytuacja na tej pozycji również wydaje się być bardzo wyrównana. "Kosa" powoli wraca do formy z jesieni, kiedy to był jedną z wiodących postaci w ekipie Jana Urbana. Węgier jesienią prezentował się bardzo słabo, ale na wiosnę udowadnia, iż jednak potrafi grać w piłkę. Zdobył kilka ważnych bramek, a jego gra naprawdę może się podobać. Wpływ na to może mieć fakt, iż do Lecha jest tylko wypożyczony, a swoją wartość musi udowodnić najpóźniej do końca sezonu. W tej chwili obaj zawodnicy prezentują podobny poziom. Remis.
          Lewi skrzydłowi: Michał Kucharczyk vs Aleksandar Tonew
Tutaj sytuacja jest jasna. Bo choć Kucharczyk w ostatnich tygodniach zdaje się łapać formę, to od Tonewa wciąż jest zdecydowanie słabszy. Gdyby w formie był Miroslav Radovic, to pewnie on wyszedłby w pierwszym składzie, i to on wygrałby bezpośrednie starcie z Bułgarem. "Rado" jest jednak kompletnie bez formy, a także "po przejściach", dlatego też w pierwszej jedenastce wybiegnie wychowanek Świtu Nowy Dwór Mazowiecki. Przewaga Lecha.
           Napastnicy: Marek Saganowski vs Bartosz Ślusarski
Statystyki przemawiają za napastnikiem Lecha, który w tym sezonie zdobył już w lidze 11 goli (przy 6 "Sagana"). Trzeba jednak zwrócić uwagę, że zawodnik "Wojskowych" przez długi czas był poza grą, z powodu problemów kardiologicznych. Moim zdaniem Marek daje dużo więcej drużynie, gdyż nie zajmuje się tylko "wpychaniem" piłki do siatki z kilku metrów, jak Ślusarski, ale też przez 90 minut bardzo mocno pracuje na całym boisku, wywierając ciągłą presję na obrońcach, zmuszając ich przy tym do popełnienia błędu. Obaj zawodnicy dobrze grają tyłem do bramki, ale "Sagan" częściej bierze na siebie ciężar gry, umie również rozegrać piłkę. Według mnie: Przewaga Legii.

Wynik ostateczny: 8 - 5 dla Legii.

Być może, jako kibic Legii jestem w mojej ocenie nieco subiektywny, ale "na chłodno" tak właśnie oceniam potencjał obu ekip. "Na papierze" silniejsza wydaje się Legia, ale wszystko zweryfikuje boisko. Jak zwykle zresztą...:)